Nieatrakcyjna Halina

Nieciekawa Jadzia

– Matko Boska, czy to w ogóle mężczyzna?! Jakieś nieporozumienie! Jadzia naprawdę nie widzi, za kogo chce wyjść za mąż?! Mały, cherlawy, brzydki jak grzech śmiertelny!

– No już nie przesadzaj aż tak, Sylwia! Wzrostu mu faktycznie brakuje, to prawda. Ale przecież nie o urodę tu chodzi. Jadwiga też nie jest miss piękności.

– No tak, ale wyobraź sobie ich dzieci! Strach pomyśleć!

Młode matki, które z nudów plotkowały na ławce pod blokiem na osiedlu w Toruniu, zgodnie poprawiły kocyki w wózkach, z dumą zerkając na swoje śpiące pociechy. Ich dzieci przecież biją na głowę jakieś wyimaginowane potomstwo Jadzi

Jadzia zaś, wyładowując z samochodu narzeczonego torby z zakupami dla mamy, uśmiechnęła się do sąsiadek i od razu zabrała się do roboty:

Dawidku, nie za ciężko ci? Daj, ja coś wezmę! próbowała wyrwać choć jedną torbę Dawidowi, ale nie pozwolił jej na to.

Jadziu, ty lepiej przytrzymaj drzwi do klatki! Ciężary to już nie kobieca sprawa. Nie wolno ci!

Sąsiadki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

No popatrz, jaki szarmancki facet! Teraz taki opiekuńczy! Poczekaj, wyjdzie Jadzia za mąż i skończy się dżentelmen, zobaczysz!

Jadzia z Dawidem dawno już zniknęli na klatce, ale kobiety wciąż rozprawiały o ich wzroście, wadze, wyglądzie, cenie samochodu Dawida i o chwiejnym kroku Jadwigi. Cóż innego miały do roboty?

A Jadwidze nie w głowie były plotki. Pędziła do mamy, której nie widziała od dwóch tygodni. Najpierw delegacja do Wrocławia, potem remont w nowym mieszkaniu, który razem z Dawidem chcieli skończyć przed ślubem. Mama kazała się jej oszczędzać, nie denerwować i nie przyjeżdżać bez potrzeby. Lodówka pełna, telefon działa, a do ślubu już nic, tylko zdążyć ze wszystkim.

Ale Jadzia nie wytrzymała. Tak długo bez mamy jeszcze nie była. Z samotnością i niepokojem wciąż sobie nie radziła.

Jadwigę matka urodziła w wieku trzydziestu pięciu lat, co już samo w sobie wywołało sensację. Staropanieńska, niezgrabna i nieurodziwa Mariola, pracująca jako ekspedientka w małym spożywczym, dawno była skreślona przez rodzinę i znajomych. Cóż, komu dzieci w tym wieku?

Ale Mariola wszystkich zaskoczyła! Pojechała nad polskie morze do Ustki na urlop i przywiozła narzeczonego, mało tego wyjątkowego! Wysoki, szerokie bary, niebieskie oczy. Mariola przy nim wyglądała jak szara myszka przy dostojnym kocurze w futrze z Tatr. Niby nie para…

Ale od tej pory w futrze chodziła już ona. Mąż Marioli, Andrzej, był człowiekiem zaradnym i pracowitym, pieniądze nie tylko zarabiał, ale też dobrze nimi gospodarzył. A żonie, którą kochał ponad wszystko, żadnej złotówki nie żałował. Mariola wypiękniała, zmieniła fryzurę, odsunęła znajome.

Prawdziwych przyjaciół nie miała nigdy. Zbyt nieatrakcyjna, nikomu nie chciało się z nią zadawać. Na zabawy nikt jej nie prosił, bo psułaby klimat. Ale to jej nie bolało, bo przynajmniej nie była narażona na plotki, które w Polsce potrafią zniszczyć człowieka. Dom zamieniła w twierdzę tylko dla najbliższych.

Niepotrzebnie się martwiła. Andrzej świata poza Mariolą nie widział. Dobrze wiedział, że ludowe mądrości o wyglądzie nie są bez pokrycia. Wychowany przez babcię-alkoholiczkę, rodziców stracił wcześnie, wiedział jak to mieć trudno w życiu.

Andrzejowi nie było jeszcze trzech lat, kiedy w wypadku stracił mamę i tatę. Został z babcią, która po śmierci syna już nie umiała żyć bez wódki. I tak, zanim skończył osiem lat, potrafił sobie sam usmażyć jajko i wyprasować koszulę. Przez urodę miał raczej kłopoty niż korzyści. Zwracał uwagę nie tylko dzieci, ale i dorosłych, przez co bardzo często czuł się nie na miejscu.

Był uparty i zgorzkniały. Nic dziwnego, skoro czułości nie znał. Babcia zawsze przedkładała flaszkę nad wnuka, a ludzie tylko się rozczulali nad jego losem, nikt nigdy nie spytał: Co słychać, Andrzejku?

Nikt poza panią Wandą z piekarni, u której codziennie kupował chleb. Ta kobieta, samotnie wychowująca dwóch synów, sama doskonale wiedziała, co to brak rodziny. Sama dorastała w domu dziecka, ale dla dzieci budowała dom ciepły, choć ubogi. Na stole był świeży chleb, ziemniaki z patelni i herbata z miodem, którego dostarczał sąsiad pszczelarz.

O rany, ile płacę?

Od serca! Sama ludziom twarz pokazujesz, a innym żałujesz? Nie rób mi tego, kochana!

Andrzej za każdym razem dostawał od pani Wandy bułkę gratis.

Do szkoły zjedz! powtarzała stanowczo, gładząc jasne loki chłopca.

To czułe, bezinteresowne gesty trzymały go przy życiu. Najpierw odmawiał, później zrozumiał, że tym robi jej przykrość. Zaczął więc grzecznie dziękować i czasem pomagał po lekcjach w piekarni. Z biegiem lat myślał o niej jak o matce.

Los sam wszystko poukładał. Kiedy zmarła babcia, pani Wanda przyjęła Andrzeja jak własnego syna.

Od dawna jesteś moim dzieckiem. Teraz wszystko zalegalizujemy.

Tak Andrzej dostał rodzinę matkę i braci. Żal wyparował z jego serca, zostało miejsce na ciepło.

Skończył technikum, zrobił remont w babcinej kawalerce, znalazł dobrą pracę, ale z dziewczynami nie układało się ani trochę. Chętnie się z nim umawiały, ale na poważnie nie patrzyły. Największe rozczarowanie miało miejsce, gdy zakochał się w pięknej Kaśce. Ona mu prosto z mostu powiedziała:

Nie, Andrzejku, nie chcę poważnych relacji z tobą. Za ładny jesteś. Uciekniesz, zostawisz mnie, może nawet z dzieckiem na rękach. Takie przystojniaki mają świat u stóp. Dziewczyny na ciebie lecą drzwiami i oknami! Po co ci rodzina?

Złość wróciła, ale Andrzej wiedział już, gdzie się z nią udać.

Synku, to nie twoja. Twoja jeszcze chodzi po ziemi, na ciebie czeka. Nie trać nadziei! Bez wiary nic w życiu się nie uda. Czekaj cierpliwie, wszystko przyjdzie w swoim czasie.

Pani Wanda zawsze potrafiła dodać otuchy ukochanemu synowi, uspokajał się i nabrzmiewał nadziei.

Mijały lata, a tej właściwej nadal nie było. Andrzej znów stracił radość. Wtedy matka zmusiła go do wyjazdu nad morze.

Andrzejek! Musisz je zobaczyć! Jest takie

Jakie, mamo?

Ogromne! Delikatne, a czasami straszne! Ciągle się zmienia! Sam się przekonasz! Jedź! Takie szczęście!

W Ustce zobaczył Mariolę. Stała zamyślona przy molo, patrząc na wzburzone fale po burzy. Nikt nie zwracał na nią uwagi, ale Andrzej oniemiał wyglądała jak jego ukochana przybrana mama. A gdy się poznali bliżej, zrozumiał, że los po raz drugi podarował mu życie: tyle czułości, dobroci i pragnienia ciepła ile było w Marioli, nie spotkał nigdy. I postanowił, że nie zmarnuje okazji.

Swoją córkę Jadzia i Mariola kochali tak bardzo, aż bali się tej miłości.

Żebyśmy tylko jej nie rozpuścili, Andrzejku martwiła się Mariola. Może za bardzo?

Nie rozpuścimy! całował Jadzię w głowę. Mądra jest.

Tak w to wierzył, że Jadzia tylko mogła starać się uszczęśliwiać rodziców posłuszeństwem i dobrym sercem. Po mamie ma charakter, powtarzała pani Wanda. Taka sama dobra jak Mariolka. Pilnuj swoich kobiet, synku! Dom to szczęście, gdy jest w nim tyle miłości!

Z przybraną matką i braćmi Andrzej trzymał się blisko. Dlatego gdy poczuł się źle, powiedział najpierw braciom, żeby mama i żona się nie martwiły.

Dobrze zrobiłeś, Andrzejek! Zajmiemy się tym! bracia byli konkretni.

Po kilku dniach mieli już kontakt do lekarza, a potem tragiczna diagnoza. Ale nie pozwolili się poddać.

Nawet o tym nie myśl! Masz córkę! My pomożemy. Medycyna idzie naprzód.

Walczył latami. Lekarze byli zdziwieni jego siłą.

Inni już dawno by się poddali. Pan jest wyjątkowy.

Andrzej wiedział jedno: siła była w Marioli i Jadzi, która po szkole biegała do szpitala, by przynieść zupę.

Tato, jedz! Zupa przesolona, bo mama płakała gotując. Ale ja jej powiedziałam, że wkrótce wyzdrowiejesz i wrócisz! Prawda?

Prawda, Jadziu… Wszystko będzie dobrze…

I zawsze wracał do domu, choć prognozy były coraz gorsze. Musiał tam na niego czekali!

Odszedł cicho. W domu, na ramieniu Marioli. Zasnął i więcej się nie obudził. A ona przesiedziała przy nim całą noc, wspominając przeżyte lata.

Nie mam na co narzekać, Andrzejku Byłam tak bardzo szczęśliwa z tobą. Dziękuję ci…

Rano Jadzia wpadła do sypialni rodziców przed śniadaniem i zapiszczała cicho, jak spłoszony ptaszek.

Cicho, malutka! Tacie już nie boli Teraz mu dobrze Słyszysz? Nie płacz Mariola nie miała już siły walczyć ze łzami. Ja jestem z tobą

Nie zostały same. Bracia Andrzeja przyjeżdżali, odwiedzała pani Wanda. Rodzina się zjednoczyła w żalu i wiedziała, że tylko razem mogą przetrwać ból po stracie.

Lata mijały, Jadwiga rosła. Coraz mniej chciała patrzeć w lustro. Wiedziała, że nie jest ładna. I nic na to nie mogła poradzić. Czy mogła zmienić kształt nosa albo powiększyć oczy? Nie pomagały nawet zjedzone tony marchewki, bo podobno od niej się rośnie.

W szkole śmiali się z niej, a Mariola wycierała jej łzy i szeptała:

Jeszcze zobaczymy, moja córeczko, kto w życiu będzie szczęśliwszy! Daj tylko czas!

Jadzia skończyła liceum, poszła na uniwersytet, ale i tam nikt nie docenił jej dobroci i łagodności. Tylko notatki od niej pożyczali przed sesją. Zawsze miała najlepiej napisane, bo na wykładach słuchała, gdy inni plotkowali.

I co teraz, mamo? smętnie spytała Mariola, gdy zobaczyła, że córka jest świetnym specjalistą, z karierą, ale nie wie, jak ułożyć sobie życie prywatne.

Co? Nad morze ją wyślemy! uśmiechnęła się Wanda. Raz się udało, jak z twoim tatą! Może i powtórka będzie szczęśliwa! Co ty na to?

Dobre! Tylko Jadzia sama nie pojedzie. Uparciuch z niej.

Pojedziemy wszyscy! Zaprosimy braci ze swoimi rodzinami. Jadzia wtedy od nas ucieknie, jak w zeszłym roku z działki pamiętasz? Wanda się śmiała.

Pakujemy się! zdecydowała Mariola.

Ale los miał inne zamiary.

Pojechała nad morze, ale uparła się, że nie pójdzie nigdzie sama. Rodzina musiała się pogodzić.

A los szykował niespodziankę. Ledwo wróciła do Torunia po urlopie, spotkała swoją przyszłość. Wracając z pracy, zaparkowała samochód i wpadła prosto w ulewę. Buty zniszczone, więc zdjęła je i boso szła przez kałuże do domu, martwiąc się o mamę. Wtedy oblał ją błotem samochód przejeżdżający tuż przy niej.

Pięknie! wykrztusiła Jadzia.

A potem zaczęła się śmiać tak serdecznie, że kierowca Dawid, który zatrzymał się przeprosić, nie mógł oderwać od niej wzroku.

Los się uśmiechnął i wiedział już, że Jadzi i Dawidowi się ułoży.

I rzeczywiście tak się stało.

Po kilku latach te same sąsiadki, doglądając już dorosłych dzieci, zaczęły szeptać, gdy Dawid podjeżdżał pod blok:

Patrz, jaka futrzana kurtka na tej Jadzi! Ja swojego bym tak nie namówiła, a ona proszę!

No wiesz, nie każdemu futro pasuje! Do niej nie pasuje!

Zazdrościsz! Jadzia ma niedużego, nieładnego męża, ale rodzina szczęśliwa, dbają o siebie, dzieci piękne Ciebie zazdrość zżera!

Zżera! Dlaczego ktoś ma wszystko, nie wiadomo za co, a inny nic? Patrz na ich dzieci! Jak to możliwe?! Od takich rodziców takie śliczne dzieci?

Ano genetyka! Matka Jadzi mówiła, że jej tata był nieziemsko przystojny! Więc to czysta biologia.

Ale dlaczego ona taka miła dla wszystkich? Nigdy nikogo nie urazi, zawsze podziękuje, uśmiechnie się. A powinna świat nienawidzić za to, że los jej urody poskąpił!

Tak, ale nie musi. Może ty byś mniej zazdrościła, to by ci twarz pojaśniała!

Oj, daj spokój! Jak zrobić, żeby facet cię tak kochał? Może Jadzia zna jakiś sekret?

Zapytaj ją! Może się podzieli.

Nie będę od niej życia się uczyć!

Jak chcesz! Tylko szczęście lepiej mieć niż zęby zaciskać z zazdrości…

A Jadzia nie przejmowała się sąsiadkami. Miała własne życie, dom, dzieci, mamę, która coraz częściej wymagała wsparcia, Wandę gotową przeprowadzić się, by pomóc z prawnukami, braci, którzy zapraszali w gości, Dawida, który obiecał pomóc przy budowie, dzieci, które wymagały czujnego oka.

Szymon, Marysia, do domu! Babcia już upiekła szarlotkę! Nie wypada kazać czekać!

A wieczorem był czas na szczere rozmowy, gitarę, bajkę na dobranoc opowiedzianą przez Mariolę dla wnuków.

I toczyło się życie…

Oceń artykuł
TwojaCena
Nieatrakcyjna Halina