Porwanie stulecia
Chciałabym, żeby mężczyźni biegali za mną i płakali ze złości, że nie mogą mnie dogonić! Zosia głośno przeczytała swoje życzenie z karteczki i podpaliła ją zapalniczką. Zdmuchnęła popiół do kieliszka i dopiła resztę szampana, podczas gdy jej przyjaciółki wybuchały śmiechem.
Światełka na choince zamigotały, jakby się nad czymś zastanowiły, po czym rozbłysły jeszcze jaśniej. Muzyka rozbrzmiała głośniej, kieliszki zabrzęczały, twarze zaczęły się plątać w wirze sylwestrowej zabawy. Z gałęzi sypnął się złoty brokat a może to tak tylko zapamiętała…
Maaaama… Maaama, wstawaj!
Zosia z trudem otworzyła jedno oko. Nad nią stała prawie cała drużyna piłkarska.
Kim wy jesteście? Znam was, dzieci?
Dzieci, wygłupiając się, przedstawiały się po kolei, przechylając głowy:
Mamo, przypominasz sobie Kuba, 9 lat, Franek 7, Wiktor 5, Michał 3 lata!
Cały skład, bez zmian, wszyscy z szelmowskimi minami i pełnią energii. To chyba nie takich panów śniła sobie w sylwestrową noc…
A gdzie wasz trener… tfu, tata wasz gdzie? zachrypiała Zosia przesuszonym głosem. Przynieście mamie wodę…
Ledwo zamknęła na chwilę oczy, już znowu: Maaama!
Do rąk natychmiast wsunęły się dwa kubki wody, mandarynka i filiżanka ogórkowego soku. No proszę… Najstarszy już wie, jak postawić matkę na nogi po świętowaniu. Dzieci rosną!
Mamo, wstawaj, przecież obiecałaś… jęczały młodsze.
Zosia uczciwie próbowała sobie przypomnieć, jak tu trafiła i co takiego obiecała.
Do kina?
Nieee.
McDonalds?
Nie!
Do sklepu z zabawkami?
No mamo! Nie udawaj! My już prawie gotowi, a Ty śpisz i śpisz!
Ale dokąd w ogóle się wybieracie, powiedzcie matce? poddała się.
Kochanie, wstawaj usłyszała nagle męski głos. Do pokoju wszedł wysoki brunet. W jego piwnych oczach migotały złote iskierki. No proszę, jaki przystojniak!
My gotowi, samochód już zapakowany. Po drodze zajrzymy jeszcze do Biedronki i ruszamy!
Zosia szczerze próbowała sobie przypomnieć, kim jest ten facet i dlaczego te dzieci mówią na nią mama. W głowie miała jedną wielką pustkę. Ani jednej wskazówki.
Mamo, nie zapomnij naszych kąpielówek! Dla siebie też weź! rozległo się z pokoju dziecięcego.
Czyli jeszcze basen? przemknęło jej przez myśl. Jakie to życie, i czemu nic nie pamiętam?
Otworzyła oczy i powoli rozejrzała się po pokoju. Z każdą chwilą czuła się coraz mniej swojsko: nie poznaje tu nic. Ani jednego przedmiotu, ani zdjęcia na komodzie, nawet zasłony z dziwnym wzorem wydawały się obce.
Pokój był całkiem nieznany. Jedynym znajomym punktem był kwiatek w doniczce. Czerwona gwiazda betlejemska o delikatnie aksamitnych płatkach. Biała doniczka z maleńkimi perłowymi koralikami, też skądś znajoma.
Zamknęła oczy i ostrożnie próbowała odtworzyć w pamięci wczorajszy wieczór. Spotkały się z dziewczynami w restauracji, by świętować Nowy Rok i bawić się w Tajemniczego Mikołaja. Zupełnie jak dawniej, w akademiku; tylko teraz z eleganckimi torebkami, wymyślnymi fryzurami i nieustannym brakiem czasu.
Koleżanki były pięknie ubrane, radosne, lekko rozbawione tą odświętną wolnością. Udało im się na chwilę wyrwać z codziennej rutyny: mąż, dzieci, lekcje, przedszkole, garnki… Lśniły tą wolnością niczym licealistki, którym udało się uciec z ostatniej lekcji.
Tylko Zosia była spokojna i pewna siebie, jak zawsze. W końcu, była niezamężna, samodzielna. Nikogo nie musi informować, czekać, tłumaczyć się.
Ostatnia z panien młodych żartowały przyjaciółki, mrugając do niej i dolewając szampana.
Podarowała koleżance zestaw kosmetyków z kawiorem i złotymi nitkami. Śmiały się, że taki krem to można i na chleb posmarować na śniadanie. Żartowały, powtarzały się, robiły zdjęcia pudełku, jakby to było dzieło sztuki.
W zamian Zosia dostała kwiat tę samą gwiazdę betlejemską w białej doniczce ozdobionej koralikami. I butelkę rzadkiego szampana, którą koleżanka przywiozła z jakiegoś zamku pod Bordeaux. Takiego, co o nim się mówi szeptem i otwiera przy wyjątkowej okazji.
Przeczytała karteczkę czy to był toast, czy życzenie, już nie pamięta… Potem ciemność. Jak to mówią: szła, upadła, obudziła się gips!
Zosia spojrzała w lustro. Wciąż ta sama młoda dziewczyna, makijaż jak na Sylwestra. Ale skąd dzieci, mąż? Nie pamięta, żeby rodziła, przewijała, nie pamięta nawet swojego ślubu! Dziecięce imiona zna, imienia męża już nie. Co tu się wyrabia
Wyszła z pokoju. W korytarzu stały walizki na kółkach. Dwie duże, eleganckie czarna i beżowa, z logo drogiej firmy. Obok trzy dziecięce plecaczki.
Czyli jadą nie na piknik w lesie. To gdzie? W podróż?
W tej chwili mąż wrócił do mieszkania. Szybko, sprawnie złapał walizki, jakby robił to setki razy, i łagodnie popchnął ją ku drzwiom.
Nie spóźnijmy się, powiedział spokojnie, bez cienia złości.
Zosia odruchowo spojrzała na dłoń i znieruchomiała. Nie miała obrączki! Ani na swojej dłoni, ani na jego. Kolejna zagadka. Albo…?
Dzieci wrzuciły się do samochodu dużego, rodzinnego vana. Plecaczki na swoje miejsce, pasy zapięte jak w wojsku. Mąż za kierownicą. Zosia wzięła głęboki oddech i zasiadła z przodu.
Od razu podał jej kawę w kubku. Ciepłą, z mlekiem, której Zosia nie znosi! To zabolało najbardziej.
Jedziemy! powiedział wesoło, mrugając do dzieci. Auto ruszyło. Im dalej oddalali się od mieszkania, tym bardziej Zosia czuła dziwny niepokój.
Z tyłu dzieci śmiały się, kłóciły szeptem, coś knuły. On prowadził spokojnie, pewnie, co chwilę rzucając jej żartobliwe spojrzenia, jakby łączyła ich jakaś tajemnica. Jakby wiedział coś, co ona miała dopiero sobie przypomnieć.
Zosia patrzyła na drogę i czuła się jak jeż we mgle. Niby wszystko zrozumiałe: rodzina, auto, podróż. A jednak kompletnie nie wie, gdzie jest i z kim.
Gdy wyjechali na trasę, jej przekonanie się nasiliło: to nie jej rodzina, tylko obcy facet i obce dzieci!
To on ich porwał!
Nie on porwał ją!
Ale skąd zna imiona dzieci? W końcu wszystko się w niej poplątało, ale doszła do prostego wniosku: obcy facet, porwał mnie, trzeba działać!
Wyprostowała się w fotelu, chwyciła kubek z kawą i udawała, że patrzy na drogę. We wnętrzu przełączał się tryb: nie zagubionej kobiety, ale tej, która musi przetrwać.
Po pół godzinie dzieci zgodnie się zbuntowały.
Tato, siku!
Pić chcę!
A można coś zjeść?
Samochód zjechał na stację benzynową. Wszyscy wyskoczyli i ruszyli do środka.
To szansa na ucieczkę! Serce Zosi dudniło mocniej niż szum samochodów. Gdy nikt nie patrzył, chyłkiem wymknęła się z kawiarni i przygarbiona ruszyła do auta. Ręka na klamce, już niemal w środku…
Ale kluczyków w stacyjce brak.
Tu jesteś! Szukaliśmy cię usłyszała zza okna. Zosia drgnęła.
Skoro już wszyscy są, jedziemy dalej dodał łagodnie. Kochanie, ja poprowadzę, odpocznij sobie. I znów w drogę.
Po godzinie przed nimi wyrósł lotniskowy gmach szkło, beton, tłum ludzi. Auto zostawili na wielkim parkingu i całą ferajną ruszyli do środka.
Zosia była gotowa na wszystko. Nie da się wywieźć w nieznane, nie zostanie ofiarą żadnego porwania! Będzie walczyć!
Zaczęła zostawać nieco z tyłu za tą zbyt zgraną rodzinką. Krok, jeszcze krok, aż nagle rzuciła się naprzód.
To porwanie! Ratunku! krzyknęła, biegnąc do ochroniarza.
Ochroniarz zareagował natychmiast. Leżała na ziemi, odwrócona na brzuch, skuta kajdankami. Nagle pojawiło się kilka osób z bronią i radiotelefonami, z poważnymi minami.
Zaraz, spokojnie! Zaraz wszystko wyjaśnię! zawołał mężczyzna, którego uważała za porywacza.
To sylwestrowy żart! Zabawa! Nie mamy broni! Nie ma żadnego porwania!
Głos mężczyzny już jakby dochodził z oddali. I wtedy, jak w filmie, zobaczyła je swoje przyjaciółki stojące za reklamą. Uśmiechnięte, trochę przestraszone i szczęśliwe.
Mamusiu! dzieci rzuciły się w ramiona jednej z pań, która nagle stała po stronie przyjaciółek. Pozostałe koleżanki już biegły do ochrony, tłumacząc coś na wyścigi, śmiejąc się, przepraszając i prosząc o zdjęcie kajdanek.
Zosię podniesiono, rozkuwano. Świat przestał wirować. Stała na środku lotniska, potargana, z roztrzęsionym sercem i nagle pojęła: nikt jej nie porwał.
To był… żart?
Kiedy adrenalina opadła a szum w uszach zamilkł, zaczęła słyszeć słowa i rozumieć sytuację.
To był dowcip. Wielki, drogi, zbiorowy, z odrobiną kryminalnej inscenizacji.
Koleżanki przekrzykiwały się, śmiejąc i tłumacząc jednocześnie.
Ich plan był prosty: od dawna chciały poznać Zosię z fajnym facetem. Tym samym, który od dawna na nią zerkał i wzdychał, ale nigdy nie zrobił pierwszego kroku bo za dobrze znał jej charakter. A Zosia zawsze reagowała tak:
Dzięki, nie trzeba. Sama sobie radzę, jest mi świetnie.
Przyjaciółki wiedziały, że nie podejmą ryzyka wprost. Po co tracić czas na przekonywanie, skoro można od razu przejść do rzeczy?
Tak narodził się pomysł: nie przedstawiać, tylko wrzucić ją w rodzinną atmosferę. Oto proszę: poranek w rodzinie, kawa, zorganizowane dzieci, spokojny i troskliwy mężczyzna, który robi, co trzeba, a do tego się uśmiecha. No i oczy ma ładne, nawet bardzo.
Chciałyśmy, żebyś nie myślała, tylko po prostu poczuła ciepło tego wszystkiego przyznały szczerze.
Zosia próbowała się naprawdę złościć, ale już nie potrafiła. Kobieca logika nie znosi drastycznych manewrów, ale akceptuje efekt.
Tak, sposób był kontrowersyjny. Tak, blisko było do zawału. Ale za to eksperyment był uczciwy. Czasem, by się dowiedzieć, czy potrzebujesz kogoś u boku, wystarczy jedno poranne zamieszanie, trójka dzieci i kubek kawy od porywacza.
Wtedy dostrzegła go. Księcia z bajki stał, uśmiechając się z tym swoim półuśmieszkiem, który przypominał Kota ze Shreka, a w piwnych oczach tańczyły wesołe iskierki. Dzieci już okrążyły go, jak się okazało, były to jego siostrzeńcy szalały z radości po takim żarcie z ulubionym wujkiem.
Oj, zaraz wam ucieknie samolot! rozkrzyczały się nagle przyjaciółki. Szybko, do odprawy!
Co, znowu porwanie? pomyślała Zosia. I gdzie chcieli mnie zabrać? Nad morze? Na Mazury? Nurkować i jeść arbuzy?
On wysunął do niej dłoń.
Zacznijmy jeszcze raz. Mam na imię Tomek. Zgódź się, żebym cię porwał powiedział z ciepłym uśmiechem.
Zosia spojrzała na przyjaciółki. Stały cicho, trochę poddenerwowane. Czekały na jej decyzję. Zerknęła na walizki. I przeniosła wzrok na jego piwne oczy z tymi złotymi iskierkami, które zaglądały prosto w duszę.
Przez głowę przemknęła jej jedna myśl: co właściwie szkodzi spróbować?
No to jazda! powiedziała półgłosem, uśmiechając się tylko do siebie, wiedząc, że to porwanie jest najprzyjemniejszą przygodą w jej życiu.
I dodała ze śmiechem: Ale tylko jeśli dzieci zostaną w domu…
Przyjaciółki zaczęły się śmiać, on uśmiechnął się jeszcze szerzej, a lotnisko, tłum i gwar zamieniły się nagle w początek czegoś nowego zabawnego, ciepłego i zaskakująco przytulnego.
Czasem życie nas nie porywa.
Po prostu na przekór wszystkiemu rzuca nas tam, gdzie od dawna powinniśmy być.




