Zadziwiające życie

NIESAMOWITE ŻYCIE

Na weselu mojej przyjaciółki Zosi balowaliśmy dwa dni jedliśmy, piliśmy i śmialiśmy się bez końca. Pan młody był niczym polski amant z dawnych filmów uroda jak u aktora, skromność niemożliwa. Wszyscy goście, niby przypadkiem, dusili się, patrząc na Wojtka: oczy jak niezapominajki, rzęsy dłuższe niż większość dziewczyn by marzyła (serio, dlaczego faceci mają takie dary od losu, a dziewczyny nie?), mocny podbródek, prosty nos z jakiejś mitologii i perfekcyjna cera, lekko oliwkowa. No a wzrost prawie dwa metry i szerokie ramiona. Gdybyśmy nie lubili Zosi, to chyba byśmy się między sobą pobiły o Wojtka zaraz przy stole weselnym. No, robił wrażenie chłopak!

Zoska, kogoś ty sobie przygruchała! żartowałyśmy, udając tragicznie samotne, gdyby się okazało, że Wojtek ma jeszcze równie przystojnych i wolnych braci.

Dziewczyny, przestańcie! Ja go nie dla urody… Wojtek ze wsi, wychowany przez babcię, ogarnia gospodarstwo, złota rączka. Poznaliśmy się, jak moi rodzice kupili działkę u niego w okolicznych stronach. Taki czuły, dobry, solidny. Gospodarstwo pod opieką szok. Facet z jajem! I powiem szczerze, musiałam go długo namawiać, żeby się przeprowadził do miasta. Z dziesięć nocy na przekonywanie zmarnowane śmieje się Zosia.

Wojtek szybko nauczył się miejskich zwyczajów, rozmawiał z nową rodziną, ogarnął, co w trawie piszczy w kwestii alkoholu, perfum, polityki, dowcipów, sztuki, podróży i nawet coś tam z indeksu WIG rozumiał. Mówił już bez tego swojskiego akcentu z Mazur. Siedział za kółkiem wygodnego auta od teścia, a do tego teść ogarnął mu fajną robotę w firmie. Kto im kupił mieszkanie, to już się domyśl…

Po dwóch latach okazało się, że Wojtek ma słabość do białych skarpetek. Chodził w nich po domu i do ludzi bez kapci, nawet do gumowców je zakładał. Jak szedł boso po brudnej podłodze, to tylko w białych skarpetach.

Zosi ciężko było przełknąć tę miłość do białych skarpet, ale poddając się, myła podłogi dwa razy dziennie i inwestowała w wybielacze. Tak już się przyjęło, że Wojtek to teraz „Skarpetka”.

O tym, że Wojtek ma kogoś na boku, Zosia dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. Kochanka, jak się okazało, była na podobnym etapie.

Skarpetka został wyrzucony z domu, zwolniony z pracy i przeklęty przez rodzinę w przeciągu doby. Potem zaczęły się smętne, jesienne dni. Zosia cały czas leżała na, wydającej się teraz gigantycznej, kanapie i patrzyła sucho pod sufit.

Popłaczę później. Na razie nie wolno, bo dzidziuś w brzuchu.

Leżała jak pomnik, a my z dziewczynami na zmianę siedziałyśmy przy niej, podtrzymując ją swoją ciszą.

Chciało się wyć, drzeć kartki z książki życia, szlochać bez końca ale trzeba było siedzieć cicho i po prostu być.

Na wypis ze szpitala czekałyśmy z balonami, prosiłyśmy personel medyczny o kielicha herbaty i żeby wyskoczyć z nami do cygańskiej knajpki na Pradze, życząc wszystkim zdrowia i szczęścia. Dziadek nowo narodzonego wnuka przeszedł samego siebie: poprzedniego dnia, wzruszony, krzyczał pod oknem Zosi Dziękujemy za wnuka! na pół dzielnicy, a potem próbował zaśpiewać hymn musiała go wyprowadzać ochrona. Ale ochroniarz, dusza człowiek, zgodził się napić kontrabandyjnego winiaku na zapleczu i nikomu nie przeszkadzało.

W dzień wypisu dziadek był rześki, uśmiechnięty i mimo wszystko szczęśliwy, płakał z radości. My, całą ekipą, też ryczałyśmy, śmiałyśmy się, całowałyśmy Zosię, zerkałyśmy ukradkiem do błękitnego kokonika, milcząc wymownie o greckim nosku u malutkiego Antosia. Sama Zosia, nawet w szczęśliwych chwilach, nie płakała:

Później. Jeszcze mi mleko się skręci tłumaczyła.

Milczała z nami jeszcze dwa miesiące, a potem stwierdziła, że czas odwiedzić Wojtka. Bez zapałek, bez kwasu ale z ogromną chęcią pokrzyczenia i łez. Chciała tłuc pięściami w ściany, wykrzyczeć swój ból i po prostu się uwolnić od tego, co przykuło ją do łóżka. Wywalić wszystko na Wojtka, zniszczyciela jej marzeń i nadziei na rodzinę. Na człowieka, z którym widziała siebie, dziergającą dla nich skarpetki na kanapie w zimowe wieczory, uśmiechniętego Antosia trzymającego za ręce ich oboje na spacerze No i Wojtka wyjątkowo potrzebnego jej i synkowi.

A jeszcze Zosia bardzo chciała spojrzeć w oczy tej całej kochance, śpiącej z nie swoim mężem. Była pewna, że zobaczy bezczelne, piękne oczy. I postanowiła, że w te oczy splunie. A jak będzie trzeba to i wydrapie.

Gdzie dokładnie mieszka ta dziewczyna, Zosia dowiedziała się przypadkiem od działkowych babć podczas spaceru z wózkiem. Życzliwe panie zatrzymały ją, wyjaśniły, że Wojtek, to przecież, wiadomo, taki drań, opisały trasę do gniazda kochanków i podrzuciły kilka pomysłów na zemstę. Zosia miała wielką ochotę zawrócić i udawać, że niczego nie słyszała, ale jednak poszła.

No i stoi przed blokiem z wielkiej płyty, wystarczy wejść na piąte piętro wyjść, krzyczeć, kto chce.

Na pierwszym piętrze pomyślała, że przy jej szczęściu pewnie nikogo nie będzie. Na drugim że to nawet byłoby dobrze, gdyby nie było. A na trzecim usłyszała dramatyczny płacz dziecka z góry.

Otworzyła jej drzwi chuda, zapłakana dziewczyna, niepozorna, totalnie nie pasująca do wyobrażenia kusicielki, przez którą rozsypał się świat Zosi.

Zanim Zosia się otrząsnęła z osłupienia, w głębi mieszkania dalej słychać było przeraźliwe zawodzenie dziecka.

Dzień dobry, pani Zosiu. Wojtka tu nie ma, zostawił nas dwa tygodnie temu. Gdzie jest nie wiem powiedziała dziewczyna łamiącym się głosem i opadła na podłogę płacząc.

Zosi przeszła wszelka chęć do kłótni. Miała ochotę wejść, uspokoić to biedne dziecko tej nieogarniętej matki. A potem, może, przyłożyć jej jakąś ostrą uwagę w stylu Kto się bawi, ten ponosi konsekwencje, kochaniutka!. Po prostu to jej się należało jako tej, która została okłamana.

Dzidziuś był suchy, opuchnięty od płaczu było oczywiste, że jest głodny. Chłopczyk wył z głodu na końcu sił, a jego dziwaczna, zagubiona mama po prostu leżała na podłodze, zawodząc.

Jak później wspominała Zosia, błądziła po kuchni, po pustych szafkach, w lodówce powietrze, a na stole kartka z dramatycznie przerwanym napisem: Proszę w moim życ… i aż ciarki przechodziły.

Dziewczyna na podłodze wyznała Zosi, jakby bliskiej koleżance, że zaraz będzie musiała wyprowadzić się z wynajmowanego mieszkania, nie ma gdzie iść, nie ma pieniędzy, mleko zanikło, Wojtek przepadł, ona się bardzo wstydzi, bardzo żałuje i prosi o wybaczenie Że może ją nawet uderzyć, bo chyba powinna. Syn nazywa się Pawełek, niech Zosia zapamięta tak na wszelki wypadek. Pawełek był tylko o 9 dni starszy od Antosia.

Zosia pognała do domu, bo za 20 minut Antoś domagał się karmienia. Biegła z dwiema siatami od Kasi, Kasię trzymającą sytego, ziewającego Pawełka obok, i myślała, gdzie, do licha, ustawi jeszcze dwie łóżka w swoim M4.

Trzy lata później balowaliśmy na weselu Kasi, a za cztery lata Zosi. Mąż Zosi nienawidzi białych skarpetek, twierdzi, że życie ma być bardziej kolorowe, a żonę, syna i dwie córeczki uwielbia ponad wszystko. Kasia mama czterech chłopaków, jej mąż dalej ma nadzieję na córeczkę…

Takie to życie, kochana. Każda z nas, choćby nie chciała, zawsze gdzieś ciągle myje czyjeś białe skarpetki, a i tak zostaje po swojemu szczęśliwa.

Oceń artykuł
TwojaCena
Zadziwiające życie