Nie żałuję niczego

I żeby mieszkanie było posprzątane, kiedy wrócę! pani Olga Pietrzak wybiegła na klatkę schodową i zatrzasnęła drzwi z taką siłą, że aż szyby w drzwiach wejściowych zatrzęsły się z cichym brzękiem.

Malwina, która akurat schodziła po schodach, aż podskoczyła, a potem zatrzymała się w miejscu. Miała nadzieję, że sąsiadka jej nie zauważy. Niestety, nadzieje były płonne. Zauważyła.

A, Malwinko Dzień dobry!

Kobieta postawiła niechlujnie na podłodze kartonowe pudło po multicookerze i nerwowo zapinała ostatni guzik płaszcza. Ewidentnie bardzo się spieszyła.

Dzień dobry, pani Olgo, wymusiłem uśmiech. Znowu dzieci coś nabroiły?

Nawet nie pytaj! No, krew mnie zalewa wyrzuciła z siebie, zmagając się z guzikiem.

Nagle pudło na podłodze poruszyło się lekko.

Malwina odskoczyła z zaskoczenia, chociaż była w bezpiecznej odległości.

Nie, nigdy nie była tchórzliwa. Po prostu nie sądziła, że w tym kartonie ktoś się znajduje…

Ciekawe tylko czy aby na pewno nie żywa multicookerka? zażartowałem w myśli.

Wyobraźnia natychmiast podsunęła wizję wyjeżdżającej z pudła urazonej multicookerki, która pluła surowymi warzywami, za co dostała wyrok wywózka na śmietnik.

No, popatrz sama, powiedziała sąsiadka, podnosząc pudło i pokazując mi środek.

Zszedłem na klatkę i zajrzałem ostrożnie do pudełka.

Oczywiście, rozumiałem, że nie ma mowy o żadnej żywej multicookerze i nie ma się czego bać. Mimo to to, co zobaczyłem, mocno mnie zaskoczyło.

Pozytywnie.

Na dnie pudła wyłaniały się dwa ciekawskie spojrzenia należały do małego kotka.

O rany, ale słodziak! wymsknęło mi się.

Oj, znalazłeś powód do zachwytów mruknęła pod nosem pani Olga, zamykając pudło.

Skąd się u pani wziął?

Dzieci przyniosły… Żałuję, że w ogóle się zgodziłam. Więcej z nim zachodu niż słów. Też uległam uroku oczek i tej słodkiej mordce. Ale jak mawiają: Nie wszystko złoto, co się świeci. Z pozoru aniołek, a charakter jak mój były mąż.

Pani Olgo, kotek wydorośleje, uspokoi się podtrzymałem ją na duchu. Idziecie z nim do weterynarza na szczepienie?

Jeszcze czego! Jaki weterynarz, Malwinko? Znoszenia już nie mam na te jego wyczyny. Postanowiłam: zabieram go na działkę… Niech tam mieszka.

Spojrzałem na sąsiadkę zdumiony, mając nadzieję, że żartuje.

Ale po jej groźnym spojrzeniu i zmarszczonym czole poznałem, że nie żartuje. A do tego listopad, nie pierwszy kwietnia…

Kociaka na działkę? O tej porze roku?

A co, czekać do wiosny, czy co? Kiedy go nie wywiozę, zawsze dzieci mogą zabrać go z powrotem do domu i schować w szafie. Mam już tego dość.

Wyjęła telefon z kieszeni, rzuciła okiem na zegarek.

O rany, Malwinko, zabawiasz mnie, a ja się spieszę. Przecież spóźnię się na autobus, nie daj Boże.

Chwyciła lepiej pudło, odwróciła się i zaczęła schodzić, przytrzymując się poręczy.

Patrzyłem za nią w osłupieniu, nie mogąc pojąć, jak można takiego malucha wyrzucić na działkę na pastwę losu o tej porze roku…

Pani Olgo! zawołałem nagle.

Znowu co? Mówiłam przecież: spieszę się!

Proszę nie zawozić go na działkę. Pomogę znaleźć mu dobry dom. Proszę mi go oddać.

Zatrzymała się i…

…powoli odwróciła.

Dobry dom, tak? A ja mam według ciebie złe ręce? zmrużyła oczy podejrzliwie. Dwójkę dzieci własnymi rękami wychowałam!

Nie insynuuję niczego. Po prostu chcę mu znaleźć opiekuna. Na działce nie przetrwa.

Przetrwa, nie przetrwa, najwyżej mu nie pisane. Nie moja wina, że nie umie się zachować w domu.

Ale to jeszcze dziecko! Nauczy się! powiedziałem, nie wytrzymując dłużej. Przecież dzieci swoich na działkę pani nie wywozi, choć krzyczy przez cały dzień.

Moje dzieci to moje dzieci. A to co innego! Ale jak chcesz, proszę zabieraj.

Postawiła pudło na podłodze.

To mi nawet wygodniej: nie muszę nigdzie jechać, oszczędzę trochę złotych na bilet. Ciekawe, ile ty pociągniesz! prychnęła szyderczo.

Po czym wróciła do mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi i już zza drzwi słyszałem: Czemu jeszcze nie zaczęliście sprzątać? Dawajcie tu telefony!

Dalszych wrzasków już nie słyszałem. Podniosłem pudło, upewniłem się, że kociak nie uciekł i ruszyłem na swoje piętro.

I tak zupełnie niespodziewanie zostałem właścicielem pudła po multicookerze i…

małego kociaka schowanego w środku.

Nie przyszło mi do głowy, że zamieszka u mnie futrzasty współlokator.

Szczególnie dziś… Wyszedłem do sklepu po kawę, bo akurat się skończyła, i zupełnie przypadkiem znalazłem się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiedniej chwili.

Zwierzęta mnie nie pociągały. Nie miało u mnie nigdy miejsca to szaleńcze przywiązanie, o którym paplają czasem psiarze i kociarze.

Ale pozwolić pani Oldze odstawić malucha na działkę nie mogłem.

Bo przecież obojętność to nie to samo, co nieczułość. Tak nie wolno!

I nie rozumiem, po co od razu radykalne kroki, skoro można znaleźć kogoś, kto z przyjemnością weźmie do siebie kociaka?

A taki piękny kotek na pewno znajdzie dom. Byłem tego pewien.

Wystarczy tylko zrobić kilka ładnych zdjęć i wrzucić je do internetu a kolejka zainteresowanych zapuka do moich drzwi.

Proste!

*****

Nie odkładałem tego na potem. Po powrocie do domu zrobiłem kotu kilka zdjęć i opublikowałem je na różnych forach w działach Oddam bezpłatnie i W dobre ręce.

Potem z czystym sumieniem poszedłem do sklepu po kawę i…

…karmę dla kociąt (bo przecież czymś trzeba go nakarmić, zanim ktoś się zgłosi).

Dokupiłem i plastikową kuwetę, i żwirek. Koszty nieplanowane, ale musmus.

Zostawię to nowemu właścicielowi, myślałem z uśmiechem. Dobre uczynki się liczą. Pieniędzy tu nie żal.

Według pani Olgi kociak miał na imię Pączek, ale zupełnie nie reagował na to imię, więc wymyśliłem inne.

Przerzuciłem w głowie sto trzydzieści jeden propozycji, aż przy sto trzydziestej drugiej się zatrzymałem.

Od dzisiaj jesteś Felek! Odpowiada ci to? zapytałem kota.

Miau! odrzekł, rzucił się do przedpokoju rozprawić się z włochatymi kapciami, które wyraźnie mu się nie podobały.

To przecież on był tu najpiękniejszy, najpuszystszy i najbielszy, a nie kapcie!

Posłałem mu uśmiech, patrząc jak fika w przedpokoju, i zasiadłem do pracy.

Jestem prywatnym fotografem. Często mam sesje na zamówienie. Lubię to zajęcie, zwłaszcza że zleceń było sporo, więc i zarobek dobry.

Miałem właśnie do obróbki świeżą partię zdjęć z ostatniej sesji, więc włączyłem komputer, odpaliłem Photoshopa, załadowałem zdjęcie i z poważną miną zabrałem się do retuszu.

Ale spokój trwał krótko.

Felek, rozprawiwszy się z kapciami, zaczął galopować po mieszkaniu, wpadając we wszystko po drodze. Robił taki hałas, że aż głowa pękała.

Ej, mały! odwróciłem się na krześle. Wiesz, że tu jesteś tylko na chwilę, prawda?

Miau!

I nie dyskutuj. Jesteś w gościach! Zachowuj się i nie przeszkadzaj mi w pracy.

Zupełnie niepotrzebnie to powiedziałem.

Felek przystanął, spojrzał mi głęboko w oczy z taką miną, że głupio mi się zrobiło. Naprawdę żal.

Jak można czynić wyrzuty takiemu malcowi?

Dobra, baw się, tylko trochę ciszej ustąpiłem.

Kot aż zamiauczał z radości i rzucił się w kolejny rajd po chacie, obijając się o krzesło, szafę i komodę.

Widzę cel, nie widzę przeszkód Felek jak nic zaśmiałem się w duchu.

Założyłem słuchawki i puściłem muzykę, żeby zagłuszyć harce. Zagłębiłem się w pracę.

Po pięciu minutach, nie wyrobiwszy na zakręcie, Felek z impetem wleciał pod stół i pyk! łapką wyjął kabel zasilający komputer. Zniknął nie wiadomo gdzie. Udowodnij mu potem, że to on

No jasny gwint… westchnąłem do czarnego monitora.

Przez następne pół godziny po domu biegałem już nie tylko Felek, ale i ja próbując złapać uciekiniera. Udało mi się raz walnąć się w palec o nogę stołka, dwa razy obijać kolano o fotel.

Po włączeniu komputera zajrzałem na wszystkie fora, gdzie opublikowałem zdjęcie Felka do oddania.

Dużo polubień ucieszyłem się. Ale po przeczytaniu komentarzy mina mi zrzedła.

Wszyscy pisali:

Ale cudny!, Ale masz szczęście z takim kotkiem!, Cudo a nie kociak!

Tylko nikt nie chciał go przygarnąć.

Nawet nikt nie zadzwonił, a o kolejce pod drzwiami mogłem zapomnieć.

Dopisałem pod każdym postem, że przywiozę kota osobiście gdzie trzeba, choćby na drugi koniec miasta, ba, całej Polski, a nawet na koniec świata, jeśli trzeba.

Może ludziom po prostu nie pasuje dojeżdżać, teraz na pewno ktoś się odezwie myślałem.

Tymczasem Felek zmęczył się gonitwą, wskoczył na piątą próbę na kanapę i przybrał pozycję Kochaj mnie takim, jakim jestem, obnażając futerko na brzuchu. Musiałem usiąść obok i głaskać go, aż zasnął.

Sam też przysnąłem.

I tak przespałem do wieczora. O pracy nie było mowy.

*****

Po tygodniu zrozumiałem, że znalezienie dobrego domu dla kociaka nie jest takie łatwe. Ludzie komentowali i klikali lubię to, ale nikt nie dzwonił, nikt nie pisał.

Po trzech dniach przeszła mi przez głowę myśl: A jeśli nikt go nie przygarnie? Zostanie u mnie?.

Tak, tego mi brakowało! powiedziałem do siebie, po czym skarciłem się w myślach.

Felek spał zwinięty przy klawiaturze, obejmując myszkę (dlatego już czwartą godzinę nie mogłem pracować), ale usłyszawszy mój głos, uchylił jedno oko i cicho zamruczał, jakby chciał powiedzieć: Ciszej, śpię tu!.

Westchnąłem ciężko, wyjąłem telefon i przeglądnąłem komentarze.

Nic nowego same zachwyty nad Felkiem, pod którymi z każdym nowym serduszkiem traciłem nadzieję, że znajdzie się właściciel.

Przypomniałem sobie, jak niedawno byłem u psychologa miał mi pomóc zdefiniować, czego mi brakuje do szczęścia.

Pracę miałem super, pieniędzy nie brakowało. Nawet mieszkanie własne (dzięki rodzicom). Żyć, nie umierać.

Mimo to od jakiegoś czasu tliło się we mnie jakieś dziwne uczucie pustki.

Nie chodziło o dziewczyny, bo sam zrobiłem sobie w tej sprawie przerwę. No to o co?

Psycholog kazał mi prowadzić dialog z samym sobą trochę jak kopanie się do dna Rowu Mariańskiego… Skończyło się na szklance wody i tabletce na ból głowy. A problem nie zniknął.

Zrezygnowałem z pomocy psychologa i spytałem kumpli.

Z nudów ci się w głowie przewraca rzucił Michał, który zawsze trochę zazdrościł mi pracy i własnego M.

Przecież tyle samo pracuję co ty! Skąd znużenie?

Może właśnie Felka ci brakowało, co? zamyślił się Maciek, gryząc szarlotkę.

Jak to?

No, nie kogo, tylko czego! Futerka ci brakowało dla pełni szczęścia. Taki chudy jesteś, jakbyś w dzieciństwie nie jadał pączków.

Rozmowy z kumplami nie przyniosły nic nowego, machnąłem więc ręką na bezsensowne rozmyślania.

Ale potem znów mi się przypomniało. Tego mi jeszcze brakowało A może to prawda? Może do szczęścia brakowało mi Felka? Zobaczymy

*****

Od pierwszego dnia, gdy tymczasowo zamieszkał ze mną kot, minął miesiąc. Albo raczej: przeleciał.

Kociaka nikt nie chciał wziąć. Zdziwiłem się szczerze: z ponad tysiąca trzystu lajków nikt nie odezwał się po kota?

Po 30 dniach zacząłem rozumieć dlaczego.

Zdążyło się sporo wydarzyć. Można by napisać Wojnę i Pokój w czterech tomach.

Ale skrótowo: Felek okazał się całkiem mądrym kotem.

Rozumiał mnie z półsłowa, nawet gdy po raz dziesiąty błagałem, żeby już nie drapał tej samej kanapy.

Próbował być designerem wnętrz przez niego wymieniłem cztery komplety zasłon, aż w końcu stwierdziłem: wcale nie są potrzebne.

Kiedy porzucił ten zawód, próbował być kucharzem.

Próbował wszystkiego, co było na stole: marynowanych ogórków, pieczarek, kartofli. Nic mu nie odpowiadało.

Po co mu kuchnia, skoro w szafce zawsze czeka dobra karma?

Stanęło na tym, co najprostsze u kotów Felek postanowił nieść radość i szczęście.

Oczywiście radość i szczęście rozumieliśmy odwrotnie.

Dla mnie: spać i spokojnie popracować.

Od kiedy był u mnie, spokój widywałem tylko we śnie.

Widocznie los postanowił, że za spokojnie żyję, więc podrzucił mi Felka.

Wystarczyło usiąść na sofie a on już patrzył mi prosto w oczy, pytając: Będziesz się bawił?

Potem zaczynał show… i brak słów na jego popisy.

Dopiero teraz rozumiem panią Olgę, choć absolutnie jej nie popieram. Sam bym kota nigdy na działkę nie wywiózł.

Choć czasem miałem go dość.

Były też plusy. Przestałem roztrząsać, czego mi w życiu brakuje. Pytanie samo zniknęło.

Robiłem też szybciej porządki nie mniej brudu, tylko musiałem zdążyć zanim Felek się obudzi.

Ile przez ten miesiąc radości! Na całe życie wystarczy.

Cieszyłem się z nim jak rodzic, gdy pierwszy raz sam poszedł do kuwety.

Na początku musiałem go tam nosić i to bez względu na porę: pierwsza w nocy, 3:41 czy 4:30.

Budził mnie, ja go niosłem. Na szczęście postęp poszedł naprzód. To już przeszłość. Nikt tego nie widział, ale miałem łzy w oczach z radości. To szczęście przespać w końcu parę godzin ciurkiem!

Oczywiście wyrobił sobie inne nawyki. Nocą lubił bawić się lampką nocną: zapalił, zgasił, zapalił, zgasił

W końcu zdjąłem ją przymocowaną do ściany i ukryłem, obok zasłon, po których światło wpada teraz do mieszkania.

Bywało różnie jak u wszystkich. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

I ja się przyzwyczajałem.

Po miesiącu wspólnego życia odkryłem coś dziwnego.

Nie to Felek mieszkał u mnie tylko ja bywałem u niego w gościach.

Cóż tak było w istocie. Od rana do wieczora byłem w pracy, a on był gospodarzem. To on czekał wieczorami przy drzwiach i żegnał rano. Prawdziwy pan domu!

W końcu zrozumiałem: nie muszę dalej szukać dla Felka nowych rąk sam jestem tym opiekunem, którego szukałem! Z dobrymi, cierpliwymi rękami, zdolnymi wszystko mu wybaczyć!

Gotowym zerwać się o każdej porze na zabawę w chowanego czy futbol.

Gotowym głaskać go, gdy z uporem zajmował połowę mojego łóżka.

Tak, jestem gotowy. I niczego nie żałuję. Bo kocham. Bo jego nie można nie kochać.

I on mnie kocha…

Nie budzi mnie już rano, żebym się wyspał przed długim dniem.

Cicho kładzie się obok, czeka, aż otworzę oczy.

Czasem tylko patrzy na mnie z wyrzutem: Ile można spać, szefie? Tęsknię tuZiewam, przeciągam się, a on już mruczy, jakby świętował zwycięstwo. Przylega bokiem, patrzy ufnie w moje oczy. I zanim jeszcze zdążę cokolwiek powiedzieć do siebie czy do świata, wiem jedno to nie przypadek, że się spotkaliśmy.

Może to wcale nie ja uratowałem Felka, tylko on mnie?

Kto wie, może właśnie tego dotąd brakowało mi w życiu małego domowego chaosu, ciepełka mruczka przeganianego z klawiatury i tej pewności, że gdzieś między trzecią kawą, odmrożonym żwirkiem a zaginioną skarpetą kryje się szczęście. Proste. Codzienne. Do pogłaskania i do śmiechu.

Felek leniwie przeciąga łapę przez moją dłoń, jakby przybijał piątkę.

No co, gotowy na nowy dzień, szefie? szepczę mu w ucho, wiedząc, że już nie zamieniłbym tego życia na żadne inne.

A potem wstajemy obaj, gotowi na całą resztę przygód.

Bo dom z kotem nigdy nie jest nudny. I teraz naprawdę, naprawdę nie brakuje mi już niczego.

Oceń artykuł
TwojaCena
Nie żałuję niczego