Niczym się nie przejmuję, niczego nie żałuję

– I żeby mieszkanie było posprzątane, zanim wrócę! pani Grażyna Nowakowa wybiegła na klatkę schodową i trzasnęła drzwiami z takim impetem, że aż w szybach zatrzeszczało.

Zosia, schodząca akurat po schodach, aż się wzdrygnęła. Stanęła w pół kroku, mając nadzieję, że sąsiadka jej nie zauważy. Niestety, nadzieje okazały się płonne.

– Ach, Zosieńko Dzień dobry!

Kobieta odłożyła na podłogę karton po parowarze i w pośpiechu dopinała płaszcz. Wyraźnie spieszyła się gdzieś.

– Dzień dobry, pani Grażyno Zosia uśmiechnęła się lekko. Dzieci znów coś narozrabiały?

– Powiedzieć, że coś narozrabiały, to mało powiedziane! wyrzuciła z siebie sąsiadka, walcząc z ostatnim guzikiem.

W tej samej chwili karton na podłodze niespodziewanie się poruszył.

Zosia aż podskoczyła ze zdziwienia, choć stała w bezpiecznej odległości. Nigdy nie należała do bojaźliwych, ale nie spodziewała się, że w tym pudle coś żyje…

Ciekawe, kto tam się kryje?

Jej wyobraźnia od razu zobrazowała ruchliwy parowar, który pluje surowymi ziemniakami i za niesubordynację został skazany na wysypisko.

– O, zobacz powiedziała pani Grażyna, biorąc karton w dłonie, aby pokazać zawartość.

Zosia podeszła bliżej i ostrożnie zaglądnęła do środka.

Rozumiała, że z pewnością nie ma tam żywego AGD, ale mimo to nie spodziewała się tego, co zobaczyła.
Ku swojemu zaskoczeniu, a nawet uciesze, natrafiła na parę ciekawskich oczek.

Na dnie pudełka siedział mały kociak.

– Ojej, jaki słodziak! westchnęła Zosia.

– Słodziak też mi się znalazł burczała pod nosem pani Grażyna, zatrzaskując pudło.

– Skąd on się u pani wziął?

– Dzieci przyprowadziły Żałuję, że w ogóle pozwoliłam, by został. Sam kłopot. Dałam się nabrać na te jego oczka i słodziutki pyszczek, ale jak to mówią nie wszystko złoto, co się świeci. Na pierwszy rzut oka aniołek, a charakter jak u mojego byłego.

– Wie pani, z czasem się uspokoi, zwłaszcza jak trochę podrośnie próbowała pocieszyć Zosia. Planuje pani z nim do weterynarza iść? Szczepienia?

– Jeszcze czego! Jaki weterynarz, Zosieńko? Mam go już serdecznie dosyć. Postanowiłam zawieźć go na działkę. Tam niech żyje.

Zosia spojrzała z niedowierzaniem. Wciąż liczyła, że to żart.

Ale patrząc na surową minę sąsiadki i jej zmarszczone brwi, wiedziała, że to całkiem poważnie.

– Kociaka na działkę? W listopadzie?

– A co, mam czekać do wiosny?! Jaka to różnica, kiedy go tam zawiozę? Byłaby zima i zimą by pojechał. To nawet nie kot, tylko jakieś nieporozumienie.

Pani Grażynie zabrakło tchu, więc zrobiła krótką pauzę.

Gdy złapała oddech, mówiła dalej:

– Jakbyś widziała, co on wyczynia Tyle się nie stresowałam, nawet gdy samotnie wychowywałam dwójkę dzieci. Decyzja jest nieodwołalna: jedzie na działkę!

– Ale… próbowała protestować Zosia.

– Można i pod blokiem zostawić, tam go znaleziono. Ale pewnie dzieci go znów przyniosą i będą chować w szafie. Takie szczęście? Dziękuję, postoję!

Pani Grażyna spojrzała na telefon i pokręciła głową.

– Zagadujesz mnie, Zosieńko. Ja naprawdę lecę, bo autobus zaraz mi ucieknie.

Złapała karton, obróciła się i zaczęła schodzić na dół.

Zosia patrzyła w ślad za nią, nie mogąc uwierzyć, jak można wywieźć malutkiego kociaka na pustą działkę. Przecież nie przeżyje nawet doby.

– Proszę poczekać, pani Grażyno! zawołała.

– No co znowu? Spieszę się!

– Proszę nie zawozić kociaka na działkę. Lepiej spróbuję znaleźć mu dobry dom. Niech mi go pani odda.

Pani Grażyna stanęła, powoli się odwróciła.

– Do dobrych rąk? Chcesz mi zarzucić, że mam złe? Dwoje dzieci wychowałam tymi rękami!

– Nie o to mi chodzi… Po prostu szkoda malucha, na działce sobie nie poradzi.

– Jak mu się będzie chciało, to przeżyje. A jak nie, to znaczy, że taki jego los. Nie powinien się był wcale urodzić…

– No, bez przesady.

– To nie moja wina! Kociak nie potrafi zachowywać się w domu.

– Ale on jest jeszcze malutki! Jeszcze się nauczy! powiedziała Zosia. Przecież swoich dzieci by pani na działkę nie wywiozła, chociaż też czasem krzyczy pani na nie cały dzień.

– Dzieci to dzieci, a to jest to! A zresztą, jak chcesz bierz.

Postawiła karton na podłodze.

– Przynajmniej nie muszę jechać i wydawać pieniądze na bilet. Zobaczymy, ile wytrzymasz! mruknęła sarkastycznie, po czym wróciła do mieszkania, trzaskając drzwiami.

Zosia już nie słyszała, jak krzyczy na dzieci. Ostrożnie wzięła pudło, upewniła się, że kociak jest na miejscu, i weszła do siebie.

I tak, zupełnie niespodziewanie, stała się szczęśliwą właścicielką kartonu po parowarze i…

małego kociaka.

Nie zamierzała go mieć. Dziś ledwo zdążyła pójść po kawę, która się skończyła, i zupełnie przypadkowo znalazła się w nieodpowiednim czasie i miejscu.

Zawsze była obojętna wobec zwierząt nie znała tej wielkiej miłości, o której opowiadają psiarze i kociarze. Ale nie mogła pozwolić, żeby pani Grażyna porzuciła malucha.

Przecież obojętność nie oznacza bezduszności. I naprawdę można znaleźć kogoś, kto z radością przygarnie takiego pięknego kota.

Zosi nie przyszło nawet do głowy, że może już wkrótce ktoś zapuka do jej drzwi po tak ślicznego zwierzaka. Wystarczy zrobić parę ładnych zdjęć, wrzucić je do internetu, a chętnych zaraz się znajdzie!

*****

Zosia nie czekała. W domu wyjęła kociaka z kartonu, zrobiła mu kilka zdjęć i wrzuciła ogłoszenia na forach typu Oddam kota i Kotek do adopcji.

Potem poszła do sklepu nie tylko po kawę, ale i po karmę dla kociąt. Trzeba było też kupić kuwetę i żwirek. Nieplanowane wydatki, ale konieczne.

Wszystko oddam temu, kto przyjdzie po kota pomyślała i uśmiechnęła się, ciesząc się z dobrego uczynku. I nie żal jej było tych paru złotych.

Według pani Grażyny, kociak nazywał się Grześ, ale nie reagował na imię. Zosia więc wymyśliła nowe.

Po dłuższych rozważaniach stanęła na sto trzydziestym drugim pomyśle.

– No to jesteś teraz Gucio! Pasuje ci? spytała kociaka.

– Miau! zakomunikował, po czym pognał do przedpokoju rozprawić się z kapciami.

Najwyraźniej Gucio uznał, że to on jest najpuszystszy i najsłodszy w całym mieszkaniu.

Zosia patrzyła na jego zabawy i parsknęła śmiechem, po czym chwyciła za laptopa i zaczęła obrabiać zdjęcia z ostatnich sesji. Była fotografką na zlecenie i bardzo lubiła swoją pracę, która oprócz satysfakcji przynosiła także przyzwoite pieniądze.

Musiała akurat szybko zająć się nową partią zdjęć. Uruchomiła komputer i, z poważną miną, wzięła się do retuszu.

Ale nie było jej dane spokojnie popracować.

Gucio, rozprawiwszy się z kapciami, zaczął pędzić przez mieszkanie niczym burza, obijając się o meble i wchodząc w zakręty z piskiem pazurów.

– Ej, kotku! Zosia obróciła się na krześle i pogroziła mu palcem.

Kociak przystanął pośrodku pokoju i wpatrywał się w nią z miną: No, co? Przecież ja się muszę bawić!

Rozumiem, że ci się nudzi i masz ochotę na zabawy. Ale pamiętaj, że jesteś tu tylko gościem…

– Miau!

– No już nie dyskutuj… Bądź grzeczny i nie przeszkadzaj mi w pracy.

Ale te słowa tylko pogłębiły żal w oczach Gucia. Wyglądał tak rozżaloną miną, że Zosi zrobiło się zwyczajnie głupio.

Jak można gniewać się na takie maleństwo!

– Dobra, baw się, tylko cicho uśmiechnęła się pogodzona.

Kociak radośnie zapiszczał i zaczął dalej pędzić przez mieszkanie. Widzę cel nie widzę przeszkód! pomyślała Zosia. Założyła słuchawki, puściła muzykę i wróciła do zdjęć.

Ale już po chwili rozbiegany Gucio wbiegł pod biurko, chwycił łapą kabel od komputera i… wyciągnął go z kontaktu. Winowajcy oczywiście nie było już śladu.

– No pięknie… westchnęła tylko Zosia, patrząc na ciemny ekran.

Potem przez pół godziny goniła kota po całym mieszkaniu z marnym skutkiem. Za to udało jej się obić sobie palec u nogi oraz uderzyć kolanem w krzesło dwa razy.

Odpalając komputer, ze złości przeglądała fora, na których zamieściła ogłoszenia. Setki polubień! Ale komentarze rozczarowały ją.

Ale cudowny!, Ale słodki!, Co za szczęście cię spotkało!. Ale nikt nie chciał naprawdę przygarnąć tego szczęścia.

Nikt nawet nie zadzwonił, a tym bardziej nie czekał pod drzwiami.

Zosia dodała więc pod każdym ogłoszeniem, że sama może kota dowieźć nawet na drugi koniec miasta, województwa czy Polski, jeśli trzeba choćby i na koniec świata.

Może ludziom po prostu nie po drodze teraz na pewno ktoś się zgłosi! pomyślała.

Gucio tymczasem zmęczony wdrapał się na kanapę, wyłożył się na pleckach pokazując brzuszek i zasnął. Zosia siadła obok i głaskała go długo, aż i sama usnęła.

Przespali tak do wieczora, a o pracy nie było co mówić.

*****

Po tygodniu Zosia zaczynała rozumieć, że znalezienie kotu domu to żmudna sprawa. Lajki i ochy, achy ale żadnych konkretów. Telefon milczał.

Po kilku dniach zaczęła się zastanawiać:

A jeśli nikt nie zabierze Gucia? Co wtedy? Zostanie ze mną?

– No tego jeszcze brakowało! powiedziała głośno, a zaraz potem zganiła się w myślach.

Gucio spał wtulony w myszkę komputerową, przez co Zosia już prawie godzinę nie mogła pracować. Usłyszawszy jej głos, podniósł jedno oko i z wyrzutem zamiauczał:

Ciszej tam, człowiek śpi!

Zosia westchnęła i znów zaczęła przeglądać komentarze. Nic nowego zachwyty i tyle.

A z każdym kolejnym likeem traciła nadzieję.

Wtedy przypomniała sobie, jak niedawno była u psychologa, próbując dowiedzieć się, czego jej brakuje do pełni szczęścia. Pracę miała wymarzoną, na koncie złotówki się zgadzały, miała własne mieszkanie (dzięki rodzicom), a jednak wciąż czegoś jej brakowało.

To na pewno nie facetów bo sama postanowiła zrobić sobie od nich przerwę.

Więc co to?

Psycholog radził, by pogadała sama ze sobą, poszukała w sobie odpowiedzi tam głęboko, na dnie serca (albo rowu mariańskiego). Zakończyło się banalnie: szklanką wody i tabletką na ból głowy. Nic nie wskórała.

Z rozpaczy wyżaliła się przyjaciółkom.

– Ty po prostu nie masz czym się martwić orzekła Ania, zawsze lekko Zosi zazdroszcząca.

– Pracuję tyle co ty, jakim cudem mam niecierpliwić się z nudów? ripostowała Zosia.

– Może właśnie jego ci brakuje? zamyśliła się Magda, pałaszując ciastko.

– Kogo?

– Czego! Tłuszczu! Jesteś taka chuda, że aż szkoda. Za mało jadłaś w dzieciństwie.

Rozmowy z dziewczynami nie pomogły. Zosia zdecydowała nie przejmować się już tymi myślami. Ale teraz znów je wspominała.

Może naprawdę? Może Gucio to właśnie ten brakujący element? Pożyjemy zobaczymy.

*****

Minął miesiąc współżycia z kotem dosłownie przemknął jak z bicza strzelił.

Nikt się po Gucia nie zgłosił. Zosia sama nie mogła pojąć ponad tysiąc dwieście polubień pod zdjęciami, a nikt nawet nie zadzwonił!

Ale teraz, po trzydziestu dniach, zaczęła rozumieć, dlaczego.

Bo przez ten czas tyle się wydarzyło, ile można byłoby opisać w czterech tomach Wojny i pokoju.

Skracając: Gucio to całkiem bystry kotek.

Pół słowa wystarczyło, by zrozumiał, że nie wolno ostrzyć pazurów na kanapie.

Z zapałem próbował różnych zawodów najpierw dekoratora wnętrz (Zosia wymieniła przez niego cztery komplety zasłon, aż stwierdziła, że bez nich jest lepiej), potem testował kuchnię (nic mu nie smakowało oprócz kociej karmy).

W końcu Gucio postanowił po prostu uszczęśliwiać Zosię.

Dla niej szczęściem była chwila spokoju. Ale z kotkiem to marzenie ściętej głowy: gdy tylko Zosia siadała lub kładła się, kociak od razu zjawiał się i wyrażał niemy apel Baw się!

Bywało ciężko, czasem miała dosyć, jednak… Wszystko miało też dobre strony.

Przestała myśleć o tym, czego jej brak w życiu pytanie zniknęło kompletnie.

Nauczyła się sprzątać szybciej ze strachu, by zdążyć, zanim Gucio się obudzi.

A ile radości dało jej to, gdy zobaczyła, że maluch sam potrafi wejść do kuwety! Bo wcześniej, nie ważne, czy środek nocy, czy piąta rano, Zosia musiała go tam nosić. Tak się wtedy cieszyła, że popłakała się ze szczęścia.

Gucio miał też inne nawyki. Upodobał sobie lampkę nocną włączał ją i gasił w środku nocy, aż Zosia musiała ją schować. Zasłony też poszły w kąt. Ale do wszystkiego się przywyknie.

Z czasem dotarło do niej, że to nie Gucio mieszka u niej, tylko ona jest gościem w kocim mieszkaniu. Cały dzień w pracy a to Gucio ją rano żegna i wieczorem wita. On tu rządzi.

Zosia nagle zrozumiała, że nie musi szukać lepszego domu dla kociaka. Już jest w najlepszym u niej, wśród jej czułych, cierpliwych rąk!

Była gotowa wybaczyć mu wszystko: budzenie w nocy, rozrabianie, zaczepki. Bo kochała go takim, jaki był i nie żałowała ani jednej chwili.

I Gucio też ją pokochał Przestał ją budzić rano, żeby mogła się wyspać, tylko czekał cierpliwie obok, aż sama otworzy oczy.

Można by pomyśleć, że to drobiazgi. Ale właśnie one tworzą prawdziwą codzienność, w której każda miłość, nawet ta do małego kociaka, sprawia, że życie nabiera sensu. Czasem przyjaciel pojawia się przypadkowo i wtedy warto go docenić, bo nie każda znajomość jest dana na zawsze. A Gucio okazał się być właśnie tym brakującym elementem, dzięki któremu Zosia wiedziała, czego już nie brakuje jej do szczęścia.

Oceń artykuł
TwojaCena
Niczym się nie przejmuję, niczego nie żałuję