DZIENNIK WŁAŚCICIELA SKLEPU SPOŻYWCZEGO
Nie mogłem przejść obojętnie obok tego kota. Po prostu nie dało się go nie zauważyć. Złodziejaszek pojawiał się regularnie w moim małym spożywczaku na warszawskiej Pradze, a sposób, w jaki kradł, wzbudzał nie tyle złość, co rozczulenie, a nawet rozbawienie.
Z niecierpliwością czekałem na jego mały spektakl i nagrywałem wszystko telefonem. Wieczorami puszczałem te filmiki Kindze, mojej żonie, i śmialiśmy się do łez. Tak to wyglądało…
Zawsze najpierw długo przesiadywał przed otwartymi drzwiami sklepu, udając, że po prostu tu odpoczywa. Rozglądał się dyskretnie na boki, sprawdzając, czy wokół nie kręci się żaden człowiek. Ja kryłem się za dużą lodówką, skąd obserwowałem każdy ruch i dokumentowałem całe zajście.
W końcu ostrożnie wchodził do środka i sunął prosto do lady z wędlinami. Tam przyspieszał, łapał parówkę albo kawałek kiełbasy i natychmiast uciekał, ale…
Głód nie pozwalał mu daleko odejść. Zaledwie parę metrów od sklepu zatrzymywał się i zabierał się za jedzenie. Mam z niego radość, wychodzę wtedy na zewnątrz i pytam z daleka:
Smakuje?
Unosi głowę, zamiauczy potwierdzająco.
No to dobrze odpowiadam. Przyjdź znów.
Możecie się dziwić skąd wędliny na ladzie, bez lodówki, na uboczu, i jeszcze te poukładane samotnie kiełbaski i parówki? Odpowiedź jest prosta.
Mam po prostu dobre serce. Postanowiłem dokarmiać w ten sposób Karmelu bo tak nazwałem tego złodziejaszka. Przyszedł pod sklep chudy jak szczapa i zupełnie wyczerpany, lecz za nic nie chciał podchodzić do ludzi ani brać jedzenia z ręki.
Zacząłem więc wykładać parówki blisko wejścia, żeby Karmel mógł sobie sam upolować jedzenie i uznać, że trochę się napracował tak uczciwiej, prawda? Sprawdzało się to znakomicie. Stopniowo przesuwałem kiełbaski coraz głębiej, aż w końcu znalazły swoje miejsce tuż przy samej ladzie, gdzie zorganizowałem na dolnej półce stanowisko karmienia.
Karmel już dawno mógłby po prostu wejść i wziąć, co mu się podoba, ale… Tu chodziło o sam rytuał. Skradzione smakuje jakby lepiej.
Z czasem postawiłem przed sklepem misę z wodą, dużą miskę z najlepszą kocią karmą i plastikowe pudełko z piaskiem. Tuż obok, przy murku, stanęła też mała budka z miękkim kocem. Karmel nadal trzymał dystans, nie dawał się dotknąć, lecz lubił pogadać.
Wychodziłem czasem z nim po ukradzionej kiełbasie i zagadywałem. Przerywał jedzenie, patrzył na mnie i odpowiadał cichym miaukiem.
Jednak ostatnio głowę zaprzątał mi jeden fenomen. Mimo że Karmel już nie był głodny i znacznie się zaokrąglił, wciąż regularnie kradł parę kiełbasek i uciekał z nimi w nieznane.
Próbowałem wiele razy, dyskretnie się przekradając, podejrzeć dokąd się udaje, ale za każdym razem wywijał mi numer i znikał. Cóż było robić zamówiłem w końcu małą kamerę z dobrym zasięgiem, przekazującą obraz prosto na komputer w moim niewielkim biurze. I pewnego dnia zagadka się wyjaśniła…
Z piwnicznego okienka w kamienicy za rogiem wyskoczyła mała ruda kotka. Trzęsąc się z niecierpliwości rzuciła się na kiełbaskę, którą przyniósł jej Karmel. Serce mi zmiękło.
Jutro, słyszysz?! Jutro masz ich koniecznie przyprowadzić do domu!!! szlochała wieczorem Kinga, ocierając łzy. Ale to wcale nie było takie proste. Karmel pozwalał się już głaskać i zasypiał w sklepie na środku koca, ale Rudy Maluch był zupełnie nieuchwytny.
Dni mijały, a ja przez kamerę obserwowałem, jak Rudy podchodzi do miski Karmela, pije wodę albo śpi w budce. Ale gdy tylko próbowałem podejść unosił ogonek i uciekał jak błyskawica.
Wszystko zmieniło się pewnego ranka, gdy do moich uszu dotarł dziwny dźwięk dochodzący spod wejścia. Klientów nie było, więc wyszedłem zza kasy zobaczyć, co się dzieje. Na progu siedział Rudy i wył wniebogłosy.
Co się stało, maleńki? zapytałem zdziwiony.
Podbiegł, spojrzał mi prosto w oczy i pognał za róg. Poszedłem za nim.
Tam, pod ścianą budynku, leżał Karmel. Wył z bólu. Okazało się, że pogryzł go pies rana na łapie była poważna, krew się lała. Rudy przytulił się do niego, po czym znów przeraźliwie zawył. Aż mnie ścisnęło w środku.
Zdjąłem kurtkę, zawinąłem w nią Karmela, Rudego włożyłem ostrożnie w kieszeń bluzy i wskoczyłem z nimi do samochodu. Sklep zamknąłem na szybko.
Siedzieliśmy u weterynarza prawie pięć godzin tyle trwało, zanim Karmel został opatrzony i zszyty. W tym czasie nawiązała się więź między mną a Rudym dałem mu na imię Iskra. Rozbrykany, kontaktowy, od razu zaufał.
Wieczorem wróciliśmy wszyscy razem: ja, Karmel półprzytomny po narkozie, rozbawiona Kinga i figlujący Iskra. Żona była zachwycona. A cóż robi kobieta, gdy jest szczęśliwa? Dzwoni do przyjaciółek! Kilka godzin wydzwaniania, relacjonowania i zbierania porad.
Gdy wreszcie ucichło, spałem na łóżku z dwoma sporymi kotami przy boku. Kinga westchnęła:
No ładnie… A gdzie ja mam się położyć?
Ale Iskra zaraz się przesunął, wtulił w nią i zaczął ugniatać łapkami jej bok. I tak właśnie stworzyliśmy rodzinę.
Dziś dwa spore, zadbane koty zupełnie nie przypominają podwórkowych rabusiów. Czasem Karmel po dawnemu myje Iskrę, a ten tylko mruczy z zadowoleniem.
A naprzeciw, tuż obok sklepu obuwniczego, zadomowiła się ostatnio mała szara kotka. Ekspedientka codziennie biega do nas po puszkę karmy. Może ją też kiedyś zabierze do domu? Może wszyscy w końcu znajdą swój dom?
Może doczekamy czasów, gdy kot stanie się takim rarytasem, na którego trzeba mieć specjalne kursy i czekać w kolejce? Kto wie…
Piotr Janicki
(p.s. zdjęcie z internetu)) A może to właśnie my jesteśmy dla nich tym wielkim szczęściem azylem z ciepłym kocem, talerzem parówki i otwartym sercem? Niezależnie, czy za ladą, czy pod szarym murem każdy czeka na swoje miejsce.
Rano, zanim podniosę żaluzję, zawsze słyszę znajome miauczenie pod drzwiami. To domaga się śniadania cała kocia ferajna Karmel, Iskra i szara nowa znajoma. Stawiam im miski i patrzę, jak znika stare życie, a zaczyna się nowe spokojne, pełne zapachu świeżych bułek i porannego mruczenia.
W sklepie coraz częściej słyszę:
Panie Piotrze, koty są?
Są. I zawsze będą.
Na Pradze wieczorami opowiadają, że w moim sklepie chleb smakuje lepiej niż gdzie indziej, a nawet kiełbasa mniej tuczy. Może to przez magię codziennych, małych cudów, które zaczęły się od jednej skradzionej parówki.
A ja myślę, że wystarczy odrobina dobroci i odwaga, by usłyszeć historie, których nikt jeszcze nie opowiedział. Czasem to mruczenie pod stołem, czasem spojrzenie w oczy. I tak wszyscy tu znajdziemy to, czego szukamy dom, choćby najmniejszy.
A teraz, zanim zgaśnie światło w sklepie i miasto uśnie, szuram kapciami po płytkach i szepczę cicho:
Dobranoc, złodziejaszki. Dziękuję wam za piękny dzień.
I wiem, że jutro znów będzie kogo powitać.




