Moja szwagierka wygrzewała się na urlopie w jakimś modnym kurorcie, gdy my tapetowaliśmy, malowaliśmy i wdychaliśmy kurz. Teraz natomiast domaga się życia w luksusowych warunkach tak jakby to nie była jej własna decyzja!
Zapropnowałam, żebyśmy wspólnie z szwagierką zrobili zrzutkę na remont domu po babci mojego męża, ale usłyszałam stanowcze nie. No to teraz, gdy w jej połowie nawet gołębie nie chcą mieszkać, siostra męża łaskawie wpada z walizką i domaga się miejsca w naszej wygodnej połowie. Szkoda, że nie przyszło jej do głowy wcześniej!
Dom odziedziczyli mój mąż, Paweł, i jego siostra Zuzanna. Seniorka rodu, teściowa Grażyna, od razu podziękowała za wiejskie życie. Ja się już naględziłam w Warszawie, róbcie co chcecie rzuciła od drzwi.
Chłopaki, czyli Paweł z szwagrem Tomaszem, zarobili trochę grosza (całe 20 tysięcy złotych!) i od razu naprawili dach oraz podparli fundamenty, żeby chałupa nie zapadła się razem z dziedzicami. Chcieliśmy ciągnąć tyle dalej, ale Zuzanna się obraziła: ona nie wyda ani złotówki na drewnianą ruderę z odpadającą klamką. Tomasz opuścił głowę i poszedł karmić kota kłócenie się z żoną to nie jest jego ulubione hobby.
Wiedzieliśmy więc, że Zuzanna liczy na weekendowe grillowanie i kawę pod lipą, a nie na życie tu na co dzień. Ale my, zmęczeni ciasnotą warszawskiej kawalerki, śniliśmy o własnym domu, bo przecież budowa od zera zrujnowałaby nas dokumentnie.
Przez cztery lata oraliśmy: po pracy, w weekendy, zamiast kawalerskiego wyjazdu do Zakopanego farba, panele, kafle, kaloryfery, wszystko! Wzięliśmy kredyt, wiadomo, ale nie to się liczyło. W końcu mieliśmy dwie łazienki, centralne ogrzewanie, nowe okna i świeżutką loggię. Byliśmy szczęśliwi mimo wąsów pod nosem od zmęczenia.
Zuzanna w tym czasie zwiedzała Egipt, Grecję albo chociaż Hel. Przez lata miała dom głęboko gdzieś aż tu nagle, bach! Dziecko. Urlop macierzyński, wieczny kwik i zero kasy na Capri.
I wtedy przypomniała sobie o chatce na podkarpackiej wsi! Miasto nudne dla niemowlaka, a tu przecież można biec z dzieckiem przez podwórko aż do zapomnienia. Problem taki, że jej połowa w międzyczasie zgniła, bo przeciekał dach, a za ogrzewanie robiły naftowe lampy. Ale hej zawsze można wpaść do nas!
Zamieszkaliśmy już na stałe, a naszą warszawską kawalerkę wynajęliśmy. Swojej połowy nie tknęliśmy, chociaż połowa Zuzanny wyglądała już jak plan zdjęciowy Czarnobyla. Przyjechała na tydzień do nas z walizką i dzieciakiem i została. A ja, próbując pracować zdalnie, prawie osiwiałam od wrzasków malucha i mamy, która narzucała się jak disco polo na sylwestra.
Wyprowadziłam się wtedy na tydzień do Ewy, kumpeli. Akurat wyjechała do Włoch, więc pilnowałam jej mieszkania i storczyków. Po powrocie szok. Zuzanna cały czas u nas, rozgościła się jakby to była willa w Konstancinie. Patrzę, ona nawet skarpetki suszy na moim kaloryferze.
Kiedy się wyprowadzasz? pytam uprzejmie.
A dokąd mam iść? Mam dziecko! żali się.
No to pojutrze odwiozę cię do miasta stawiam sprawę jasno.
Ale nie chcę do miasta.
To wróć na swoją połówkę i zacznij odkurzać, bo tu nie ma hotelu!
Ale jakim prawem mnie wyrzucasz? Przecież to mój dom!
Twój dom jest za ścianą proszę bardzo, korzystaj.
Próbowała jeszcze użyć Tomasza jako argumentu, ale facet, pierwszy raz od roku, wziął jej stronę czyli moją. Obraziła się, zabrała pieluchy i wróciła do ruderki.
Kilka godzin później odebrałam telefon od teściowej Grażyny:
Nie powinnaś wyrzucać Zuzanny, ma prawo tu mieszkać!
Ma na swojej połowie, nie w naszej. Tam jest panią na włościach wyjaśnia Paweł.
A jak ma tam żyć z dzieckiem? Nawet kibel w ogródku! Trochę wyrozumiałości.
Paweł się wkurzył. Wyjaśnił jej wszystko: chcieliśmy remontować wspólnie, byłoby taniej, szybciej, lepiej. Zuzanna nie była chętna. Teraz to nasza wina?
Podsunęliśmy z Pawłem pomysł, żeby odkupić jej połowę. Zuzanna podała taką cenę, że można by za to kupić dwa lofty w Krakowie. Odmówiliśmy.
Teraz jesteśmy skłóceni. Grażyna strzela fochy, Zuzanny unikamy jak ognia, a jak już przyjdzie głośno, brudno i balangowo. Ostatnio nawet złamała naszą altankę i Rozalkę, kota sąsiadów, pogoniła na płot.
Powoli stawiamy płot przez środek ogrodu. Koniec kompromisów, bo właśnie tego od początku chciała szwagierka. To nie są Chłopi Reymonta każdy sobie rzepkę skrobie!




