Wojciech usiadł wygodnie przy biurku z laptopem i filiżanką gorącej kawy. Musiał dokończyć kilka ważnych spraw. Nagle zadzwonił telefon, wyrywając go z rytmu. Numer był nieznany.
Halo, słucham?
Pan Wojciech Nowak? To z oddziału położniczego. Czy zna pan Zofię Kamińską? głos należał do starszego mężczyzny.
Nie kojarzę żadnej Zofii Kamińskiej. O co chodzi? zdziwił się Wojciech.
Zofia zmarła wczoraj podczas porodu. Skontaktowaliśmy się już z jej matką. Powiedziała, że to pan jest ojcem dziecka zawiesił głos.
Wojciech poczuł narastający niepokój.
Jakiego dziecka? Co pan opowiada? Ja niczego nie rozumiem!
Urodziła córeczkę. Wczoraj. A pan jest ojcem tej dziewczynki. Jeśli pan to naprawdę Wojciech Nowak. Musi pan przyjechać jutro do szpitala. Trzeba podjąć jakąś decyzję… spokojnie, niemal powoli tłumaczył mężczyzna.
Jaką decyzję? Wojciech był coraz bardziej skołowany.
Proszę przyjechać jutro do szpitala przy ulicy Grzybowskiej. Zapyta pan o doktora Piotra Grabowskiego. To ja. Wtedy wszystko wyjaśnimy.
Wojciech ze słuchawką w ręku słuchał jeszcze sygnałów końca rozmowy. Odłożył telefon, osłupiały, próbując poukładać w głowie to, co właśnie usłyszał.
Zofia… Jaka Zofia? powtarzał w kółko, chodząc po mieszkaniu. Zupełnie nie kojarzę… Muszę pomyśleć inaczej. Ile trwa ciąża? To jakieś dziewięć miesięcy… Mamy maj, więc wrzesień… Co się działo we wrześniu?
Popatrzył z niesmakiem na niedopitą kawę i odstawił kubek na blat. Aż chciało się czegoś mocniejszego, ale…
We wrześniu byłem w Sopocie nagle rozbłysła myśl i obraz z tamtego czasu pojawił się w głowie. Dwa tygodnie… I tam Zosia!
Z trudem przypominał sobie jej twarz niebieskie oczy, włosy jasne jak len… Ilu takich Zosiek miał w życiu? Przecież wszystkich nie zapamięta. Przed czterdziestką był, nigdy nie był żonaty i nawet nie myślał o rodzinie. Dzieci? Nigdy w życiu! Jego świat był poukładany i nie zamierzał go zmieniać dla żadnej Zosi…
„Ale ona nie żyje…” myśl uderzyła go boleśnie.
Jak to możliwe, że umarła? rzucił w przestrzeń, wlepiając wzrok w sufit, jakby tam miał znaleźć odpowiedź. Ile ona mogła mieć lat? Najwyżej dwadzieścia…
Miał ochotę zapalić, choć przecież rzucił. W środku budziły się trudne do nazwania uczucia: czy to żal, czy zagubienie, czy może wyrzuty sumienia?
Dziecko… wyszeptał. Niech matka Zosi zabierze małą do siebie. Przecież to babcia. I kto wie, może to nie moje dziecko?
Wojciech podjął decyzję. Jutro pojedzie, wszystko wyjaśni z lekarzem, podpisze zrzeczenie i po sprawie. Życie wróci do normy.
Mimo to długo nie mógł zasnąć. Myśli kotłowały się w głowie, a w piersi coś bolało i gniotło…
Trudno było uwierzyć, że chłodne, martwe ciało na stole w kostnicy to Zosia. Wojciech z trudem przełykał ślinę, próbując stłumić narastającą gulę w gardle bez skutku. Wspomnienia rozlały się po nim jak fala. Zobaczył ją biegnącą brzegiem morza, kiedy śmiała się, jak patrzyła na niego zakochanymi oczami. Zwariowana dziewczyna, której zapomniał jeszcze zanim wrócił do Warszawy. A teraz ona leży tam, sztywna i zimna…
Wojciech wybiegł na korytarz. Skinieniem poprosił doktora Grabowskiego o chwilę.
Pożyczył od jakiegoś chłopaka papierosa i łapczywie zapalił na schodach szpitala, po czym wrócił, zdecydowany wejść do gabinetu ordynatora.
Nie chce pan zobaczyć córki? zapytał Piotr Grabowski.
Najpierw chciałbym porozmawiać z matką Zosi. Gdzie ona jest? Wojciech spojrzał pytająco na lekarza.
Czeka na korytarzu. Właśnie ją pan mijał.
Zaraz wracam.
Szczupłą kobietę w czarnej chustce zauważył od razu. Siedziała na krześle dalej w korytarzu. W trzech krokach był już przy niej.
Dzień dobry… wydusił z siebie.
Matka Zosi podniosła oczy. Wojciech miał wrażenie, że tonie w oceanie bólu.
„Jak ona bardzo przypomina Zosię przemknęło mu przez głowę. Jak dwie krople wody.”
Jestem Jadwiga wyszeptała, czując łzy pod powiekami Jadwiga Kamińska. Mama Zosi.
Ja Wojciech. Też Nowak dodał odruchowo.
Wiem. Zosia o panu opowiadała. Teraz już nic nie opowie… rozpłakała się cicho.
Wojciech poczuł się bezradny, jakby po raz pierwszy ktoś wyrwał mu grunt spod nóg. Stał niezręcznie, nie wiedząc, co zrobić.
Jadwiga otarła łzy i spojrzała na niego błagalnie:
Proszę, nie zrzekaj się córeczki. Nie mogę pozwolić, by moja wnuczka trafiła do domu dziecka! Rozumiesz?
Ale jak do domu dziecka? Przecież to twoja wnuczka, oddadzą ją tobie próbował ją uspokoić. A w duchu myślał: „Jaka z niej babcia? Wygląda na moją rówieśniczkę…”.
Nie oddadzą… Mam II grupę inwalidzką, chore serce… Wystarczy, że tylko ją uznasz! Ja sama się wychowaniem zajmę, nie będziemy ci przeszkadzać, błagam! rozłożyła rozpaczliwie ręce.
No chodźmy i poprowadził ją do gabinetu ordynatora.
Doktor oderwał się od papierów.
Co trzeba, by uznać ojcostwo? zapytał Wojciech, z trudem panując nad głosem.
Test DNA odpowiedział Grabowski i popatrzył mu prosto w oczy. A imię?
Jakie imię? Wojciech znowu się zagubił.
Jak nazwie pan córkę? uśmiechnął się lekarz.
Nie chce pan zobaczyć dziewczynki? zapytał.
Wojciech westchnął, spojrzał niepewnie na Jadwigę i wyszeptał:
Nie. Nie chcę…
Formalności poszły zaskakująco sprawnie. Wynik badania nie pozostawiał złudzeń to jego dziecko. Wojciech nie wiedział, co teraz zrobić, jak żyć i gdzie siebie odnaleźć w tej nowej sytuacji. Wciąż nie mógł się przemóc, by powiedzieć na głos: „córka”. To po prostu była „ta dziewczynka”.
„Pomogę najlepiej, jak umiem. Będę przesyłać pieniądze, kupię wózek, ubranka, wszystko co trzeba” postanowił przed wypisem dziecka do domu.
Gdy w dniu wypisu zobaczył pielęgniarkę niosącą zawiniątko w przesadnie różowym kocyku, aż zaschło mu w gardle.
Jadwiga wzięła wnuczkę na ręce, odchyliła róg kocyka i zapytała:
Chcesz spojrzeć na maleńką?
Wojciech nawet nie zdążył odpowiedzieć. Do gabinetu wpadł Piotr Grabowski i poprosił Jadwigę na chwilę do środka.
Jadwiga oddała mu dziecko i nagle w ramionach Wojciecha wylądował ciepły, pachnący niemowlęciem pakuneczek. Malutka zaczęła cichutko kwilić, potem zawyła prawie jak kociak i rozpłakała się na całą salę. Przerażony Wojciech spojrzał jej w twarz i aż zamarł. Przed sobą widział swoją własną twarz! Mała wyglądała dokładnie jak on…
Nagle zakręciło mu się w głowie i usiadł na krześle obok, lekko kołysząc dziecko. Przestało płakać i patrzyło na niego ogromnymi oczami, a potem na ułamek sekundy jakby się uśmiechnęło.
Po chwili Jadwiga wróciła.
Daj, wezmę ją powiedziała cicho, wyciągając ręce.
Nie! rzucił Wojciech niespodziewanie. Przecież ona mi się teraz uśmiechnęła! i po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się naprawdę. Jedziemy do domu, Jadwiga dodał bez wahania, cicho, ale stanowczo. Jedziemy razem do domu!




