Przybrana córka

Moja pasierbica

Kiedy spotkałem się z Martą i zakochaliśmy się w sobie, Pola miała sześć lat. Wychowywana bez ojca, tak bardzo pragnęła miłości, że nasz wzajemny proces przyzwyczajania się do siebie przebiegał gładko jak krakowski asfalt po wiosennej naprawie. Żyliśmy w harmonii, podobnie do snu, gdzie herbata zawsze ma odpowiednią ilość cukru, aż pojawił się on burzliwy wiek nastoletni!

Nie jesteś moim ojcem! krzyknęła któregoś dnia Pola, a jej oczy błyszczały dzikim blaskiem, jakby wychodziły prosto z bajki.

No ale jak to, nie ojcem? A kto, przepraszam, latami wysłuchiwał Twoich żali na temat koleżanek z klasy i bronił cię przed surową nauczycielką matematyki na wywiadówkach? Kto chował ostatnie delicje w szafce po to, by ci je podać, kiedy świat stawał się szary? Kto dzielił z tobą sekret o tym, jak ukradłaś lalkę Zuzanny od sąsiadki, a potem pod osłoną nocy w ciemnych zaułkach Nowej Huty próbował ją podrzucić pod czyjeś okno, udając, że tak właśnie miało być od zawsze? Przecież, o ile pamiętam, już kilka lat temu ustaliliśmy, że jeśli ty od dziecka nazywasz mnie tatą, to nie mogę się dziś stać kimś zupełnie obcym.

Słowa mojej pasierbicy, tak bliskiej jak rodzona córka, wbiły się w moje serce niczym sopel krakowskiego lodu zimą, ale nie mogłem sobie pozwolić na pokazanie słabości. Po pierwsze, jestem mężczyzną, po drugie obraza do niczego nie doprowadzi, a tylko pogłębi rysę na naszym śnie.

No dobrze, uznaję argument wykonałem poważny salut, przykładając dłoń do czoła niczym sołtys w wyobrażonej wiosce. Może więc porozmawiamy o naszych nowych relacjach? O prawach i obowiązkach nie ojca i nie córki, tak niby po polsku, przy stole z bigosem?

Chociaż czułem się okrutnie, przeczuwałem, że tylko tak zachowam cienką nić porozumienia. Dać jej wolność wyboru, ale w granicach, które sama sobie wytyczy. Ale Pola nawet mnie wtedy zaskoczyła mruknęła tylko: Nie chcę, po czym trzasnęła drzwiami. Nigdy wcześniej tak nie zrobiła, nawet w czasach, gdy marzyła o delfinach w Wiśle. Zawsze jasno określała swoje potrzeby: gdy czegoś nie chciała, opisywała dokładnie, dlaczego nie chce. Na przykład, gdy nie chciała jeść owsianki:

Niedobra! mówiła córka.
Czemu?
Za mało cukru. I skóra z mleka na wierzchu.

O, proszę bardzo, precyzyjnie i rzeczowo! Wtedy można było gotować nową owsiankę albo po prostu dać jej pączka z cukierni obok kościoła Mariackiego.

Tym razem, stałem chwilę pod drzwiami, wpatrując się w sęki drzew na fornirze, szukając odpowiedzi, której nie znalazłem. Westchnąłem. Co będzie, to będzie pomyślałem, jakbym śnił o wiośnie w lutym.

Marta do zmian w zachowaniu córki podchodziła ze spokojem godnym matki Polki. Powtarzała, że ona sama w młodości zachowywała się tak, że jej ojciec wolałby pójść na pielgrzymkę do Częstochowy niż patrzeć na jej widzi-misię. Utrzymywała, że jak hormony przestaną bić polkę na niewyspanej psychice dziecka, wszystko wróci do równowagi. Chociaż czasem myślałem, że ta równowaga nastąpi dopiero, gdy gołębie opanują Wawel, a smok przestanie ziać ogniem.

Brakowało mi Poli. Kto teraz miałby ze mną oglądać mecz Cracovii wieczorem i śmiać się z Mareczki, przyjaciółki Marty, która zmieniała kolor włosów częściej niż tramwaje przy Placu Wszystkich Świętych zmieniają tory.

Pola z czasem zaczęła wychodzić ze swojej skorupy, choć bywała wtedy jeszcze bardziej drażliwa. Grafik tych chwil znała tylko ona. Ale, gdy powracała, czułem się jak chłopiec na festynie, któremu niespodziewanie wygrano wielką pluszową kaczkę.

Dziewczyny, może pojedziemy w weekend nad jezioro? zaproponowałem pewnego dnia, z rozmarzonym głosem. Pogoda ma być jak w bajce. Zabierzemy wędki, namiot, może upolujemy w lesie tęczowego zająca.

Pola, to świetny pomysł! podchwyciła Marta.

Nie jadę z wami nigdzie! Zabierajcie swoje wędki, rybaki jedne! drzwi zatrzęsły się, a my staliśmy zdziwieni, bo sekundy wcześniej była prawie pogodna jak majowy dzień.

Chyba przestała kochać nawet ryby rozłożyłem ręce.

A potem Pola nagle zniknęła. Wróciłem do surrealistycznej rzeczywistości, gdy dziecko nie przyszedło do domu po szkole i nie odpowiadało na telefon. Obdzwoniliśmy wszystkie koleżanki, aż wyskoczyłem z domu i ruszyłem jej szukać. Najpierw wpadłem do Filipa kiedyś był jej najlepszym kolegą, choć dziś widziałem go pierwszy raz od miesięcy.

Nie wiem, gdzie jest mruknął.

Może chociaż coś podejrzewasz?

Wie pan, odkąd nazwała mnie nudziarzem, raczej nie rozmawiamy.

Wiesz, ona nazwała mnie nie ojcem, ale nadal ją szukam, bo warto. Po starej znajomości, co?

Już miałem odejść, gdy dogonił mnie na schodach.

Może siedzi z Damianem.

Kto to?

Z równoległej klasy. Ale nie jest grzeczny. Może się panu nie spodobać to, co tam pan zastanie.

Tym bardziej! Chodź, pokażesz, gdzie mieszka ten niezbyt święty Damian.

Ja tam nie pójdę.

Filip, czasem ludziom trzeba pomóc, nawet gdy są na ciebie źli. Zawsze myślałem, że jesteś twardszy niż to.

Westchnął i poszedł ze mną.

Dotarliśmy pod stare garaże. Z oddali słychać było muzykę, jakby ktoś wymieszał disco polo z Chopinem. Przy jednym z garaży stali chłopcy i dziewczyna Poli nie było. Podszedłem bliżej.

Szukam Poli, jest z wami? próbowałem przekrzyczeć muzykę.

Co, zgubiła się pani córka? zarzucił mi ktoś.

Wtedy z wnętrza garażu wyszła sama Pola.

Po co tu przyjechałeś? wrzasnęła.

Po ciebie.

Sama trafię do domu.

Może i tak, ale już jest późno. Wolałbym nie odbierać cię z komisariatu. Chodź, taxi czeka księżniczko.

Pola prychnęła, wsiadła jednak do samochodu, mamrocząc:

Zdrajca! w stronę Filipa.

Od tego czasu coraz częściej znikała z domu. Ja jak cichy bohater odbierałem ją spod garażu, ignorując żarty jej kolegów, że ma prywatnego szofera. Którejś nocy po prostu odmówiła pójścia ze mną.

Czego ode mnie chcesz? Odpieprz się, jestem dorosła! Będę wychodzić, kiedy zechcę.

Może zgłoś to do sejmu, bo w Konstytucji jasno stoją prawa osób niepełnoletnich próbowałem żartować.

Idź stąd! Pola odwróciła się, zamknęła słuch i duszę.

I tak nigdzie się bez ciebie nie ruszę, nawet tam, gdzie mnie posłałaś odparłem.

Żałuję, że spotkałeś moją mamę. Lepiej by było, gdyby cię nie było! odpowiedziała, wsiadając jednak do auta.

To bolało mocniej niż wylana na podłogę żurawina. W drodze do domu łzy same płynęły, choć próbowałem ukrywać je za maską kierowcy. Może naprawdę powinienem odpuścić? Przecież kim jestem tylko mężem jej mamy, nikim więcej w tym dziwnym śnie. Ale nie mogłem zostawić Poli samej w tym labiryncie. Bałem się, że spadnie i nikt jej nie poda ręki. Dlatego postanowiłem, że, choćby rzucała przekleństwa i śledzie, nie odpuszczę.

Wkrótce Pola i jej paczka przenieśli się w inne miejsce. Garaż był zamknięty, Wisła płynęła dalej, a ja nie miałem pojęcia, gdzie szukać Poli przepraszam, pasierbicy, skoro nie jestem ojcem. Pod presją Filip zdradził jeszcze kilka adresów, ale i tam się nie pojawiła.

Wracała do domu tylko wtedy, gdy chciała. Czasem bardzo późno, czasem bladym świtem. Marta starała się wyglądać spokojnie, ale widziałem w niej napięcie. Leżeliśmy w łóżku, udając, że śpimy i licząc każdy krok na klatce schodowej, marząc o uspokojeniu, które nadchodziło z trzaskiem zamka drzwi.

Pewnej nocy zadzwonił mój telefon, muzyka snu zamieniła się w alarm.

Panie Tomaszu odezwał się Filip Pola zadzwoniła, utknęła w jakimś mieszkaniu na ulicy Długiej i nie potrafi wyjść.

Podała numer budynku?

Opisała, ale wiem, które to.

Jedziesz ze mną.

Spojrzałem na Martę. Jej wargi drżały, słyszała wszystko.

Proszę, uspokój się. Potem usmaż naleśników. Nie cierpię być głodny w nocy, a apetyt budzi się razem ze mną. Tylko mnie nie każ głodować, błagam. Już jadę. Ufaj mi.

Po drodze, łamiąc przepisy niczym we śnie, pędziłem przez opustoszałe ulice Krakowa. Tam, przy starych kamienicach, było więcej taksówek niż gwiazd nad Wisłą. Jakiś facet z piwem kopnął w mój samochód. Ledwo ich ominąłem, ciągle pocierając ślady po uderzeniu niczym czary.

Zostań w aucie, Filip powiedziałem nie chcę, żeby znów jakiś wilkołak przemienił cię w królika.

Filip chciał protestować, ale wystarczyło moje spojrzenie. Przed wejściem przyglądałem się oknom, jakbym szukał znaków na niebie i ziemi ktoś grał disco polo, ktoś patrzył przez balkon, inni śnili na jawie.

W klatce natknąłem się na starszą panią: miała wygląd bursztynowej rybki w śnie o latach 60., a spragniona rozmowy jak zupa rosołu przyprawy.

Są trzy podejrzane mieszkania w tej klatce szepnęła z konspiracją rodowitej krakowianki i w każdym są narkomani!

Prawdziwi? aż uśmiechnąłem się przez sen.

Sama widziałam! dodała z dumą.

Podziękowałem starej znajomej. Spisałem numery.

W pierwszym mieszkał pijaczyna z rasowym psem i kobietą o smutnych oczach. W drugim było cicho nikt nie otwierał, cisza jak nad Bałtykiem o poranku.

Serce zabiło mi mocniej, gdy wchodziłem na kolejny poziom snu. Przed nosem trzasnęły drzwi. Wyszła dziewczyna podobna do Poli. Przez moment myślałem, że to ona ale jej oczy były puste jak szklane kulki, usta się wyginały groteskowo, jak u kukły. Odsunąłem się i wbiegłem do środka.

W ciemnym korytarzu krzyczałem:

Pola!

Rozpierałem się przez ludzi, między puste butelki. Nagle usłyszałem jej głos:

Tata! Tata! krzyczała zza drzwi łazienki.

Szarpnąłem klamkę z całą siłą. Drzwi ustąpiły, jakby były zrobione z papieru.

Tata! szepnęła drżącym głosem, rzucając się w moje ramiona.

Wychodząc, zobaczyliśmy policję pnącą się po schodach. Pewnie baczna sąsiadka zadzwoniła na komisariat, a radiowóz zjawił się jak złudzenie.

Czy ją porwano? spytał mnie policjant.

Tak. Ale jestem tylko ojczymem odpowiedziałem.

On jest moim tatą! odparła Pola głośno i wyraźnie.

Później, w domu, jedliśmy naleśniki ze śmietaną trochę za słone, pewnie od łez Marty, ale jak z najpiękniejszego snu. Gawędziłem córce, która wreszcie przestała warczeć i rzucać cieniami. Mówiłem, że nawet jeśli będzie przeganiać mnie miotłą, nie odejdę, bo bez niej życie straci kolor. Że życie jest trudne jak cyrkowa sztuczka i że upadki uczą wstawania. A one patrzyły na mnie, uśmiechając się i opierając głowy o dłonie. Tak bliskie i ukochane. Moje.

Oceń artykuł
TwojaCena
Przybrana córka