Ludzie zauważyli wyczerpanego konia: brakowało mu sił nawet, żeby wstać

13 czerwca 2017

Był czerwcowy wieczór. Z Anią powoli spacerowaliśmy przez wysoki, bujny łan traw, rozkoszując się pierwszym ciepłem lata. Trzymaliśmy się za ręce, rzucając sobie tylko te spojrzenia, z których każdy rozpozna, że miłość jest rzeczą prawdziwą. Dlatego przegapiliśmy moment, gdy znaleźliśmy się pośród czegoś, co nie pasowało do tej sielanki.

Nagle Ania krzyknęła z przestrachem i cofnęła się o krok, niemal mnie potrącając. Od razu instynktownie zasłoniłem ją ramieniem, jakbym miał odeprzeć wyimaginowanego napastnika. Wysoka trawa uginała się pod naszymi nogami, a przed nami, zaledwie kilka kroków dalej, coś leżało raczej wspomnienie konia niż żywe zwierzę.

Wyglądał bardziej jak przypomnienie z lekcji biologii: zbyt wychudzony, z żebrami wystającymi spod napiętej, cienkiej skóry. Zdawało się, że chwila i ruszą się jej kości, rozcinając ten ostatni, wiotki pancerz. Całe ciało było pokryte suchymi strupami wokół nich krążące muchy drażniły donośnym brzęczeniem. Ten widok budził obrzydzenie i współczucie jednocześnie.

O Boże, biedaczysko! wykrzyknęła cicho Ania.

Jej głos na moment zamroził ciszę. Nasłuchiwaliśmy, wpatrzeni w ten cienisty kształt wtedy koń prawie niedostrzegalnie się poruszył. Włos mi się zjeżył na karku, a chwilę później oboje krzyknęliśmy ze strachu i rzuciliśmy się w stronę drogi, nie oglądając się za siebie. Dopiero na żwirowym trakcie pozwoliliśmy sobie złapać oddech nikt za nami nie podążał.

Powoli wracał zdrowy rozsądek.

On żyje wyszeptała niemal z niedowierzaniem Ania.

Raczej wegetuje, wygląda jak cień samego siebie odpowiedziałem, czując wewnętrzny niepokój.

Ale mimo wszystko się poruszył

Ania aż się wzdrygnęła na myśl, że może jakiś drapieżnik żeruje na biednym stworzeniu. Poprosiła mnie, żebym sam sprawdził, co naprawdę się tam dzieje.

Ostrożnie przedarłem się z powrotem przez trawę. Koń rzeczywiście żył przynajmniej oddechy ledwo poruszały jego bokami. Kiedy nachyliłem się bliżej, lekko przekręcił łeb i jakby z wysiłkiem parsknął. Wyglądał na całkowicie pozbawionego sił. Oczy miał przysłonięte czerwonawą powłoką, a dolna warga bez energii zwisała. Nogi i ogon były nieruchome, tylko uszy od czasu do czasu drgały.

Zacząłem rozglądać się wokół, próbując wyobrazić sobie, jak znalazł się w tym miejscu. Trawa nie była wydeptana jakby leżał tu od dawna. Wróciłem do Ani i wszystko jej opowiedziałem.

Nieistotne, jak się tu znalazł przerwała mi Ania. Co ma być, to będzie Dzwonimy do kogoś, kto się na tym zna.

Przypomniałem sobie, że w sąsiedniej wsi, na końcu drogi do Rudnik, jest stadnina. Właściciele czasem organizują kuligi i jazdy konne. Szybko znalazłem w telefonie numer, zadzwoniłem i przez chwilę bez ładu tłumaczyłem, co się stało. Po drugiej stronie odezwał się spokojny głos, obiecując zjawić się jak najprędzej.

Niedługo potem zza lasu wzbił się kurz. Zatrzymał się przy nas samochód z przyczepą do przewozu koni. Wysiadł z niego pan Andrzej z żoną. Z początku wyglądali niedowierzająco ale kiedy tylko podeszli bliżej, na twarzy kobiety malował się szok. Nie był mowy o tym, żeby koń wszedł sam do przyczepy. Musiałem biec po sąsiadów.

Wkrótce zebrała się męska ekipa. Przenieśliśmy konia, podkładając pod niego gruby koc. Patrzył na nas szeroko otwartymi oczami. Ledwo ruszał kopytem.

Załadowaliśmy go bardzo ostrożnie, zamknęli drzwi przyczepy, a ja przez chwilę patrzyłem, jak auto powoli oddala się po wiejskiej drodze, wzbijając pył w czerwcowy wieczorny blask.

Do stajni dotarliśmy późnym popołudniem. Na miejscu czekał już weterynarz oraz pomocnicy i, o dziwo, dwóch policjantów. Powoli podnieśliśmy konia, a lekarz zabrał się do pracy. Obejrzał zwierzę, pobrał próbki, założył kroplówkę.

Policja spisała protokół o znęcaniu się nad zwierzętami i ostrzegła nas, że szanse na odnalezienie poprzedniego właściciela są właściwie zerowe.

Lekarz dokładnie oczyścił rany, nałożył leki. Stan konia był jednak tragiczny nie chciał ani jeść, ani pić. Diagnoza brzmiała: rozległe zakażenie skóry, wywołane przez pasożyty. Kleszcze wywołały bolesne stany zapalne, które skutkowały swędzącymi strupami i utratą chęci do jedzenia.

Dodatkowym problemem była silna opuchlizna trzeciej powieki najpewniej guz, do usunięcia dopiero po ustabilizowaniu zdrowia. Zębami też było kiepsko wymagały natychmiastowego leczenia.

Przez kolejne tygodnie stajnia zmieniła się w polowy szpital. Weterynarz odwiedzał klacz codziennie, za każdym razem robiąc zastrzyki, opatrując rany i przyprowadzając kolejne butelki witamin. Przez pierwsze dni trzeba było poić ją butelką, podtrzymywać równie troskliwie, jakby była źrebakiem.

Mimo wszystko wytrwaliśmy. Ania i ja, nowi gospodarze klaczy, pilnowaliśmy jej nawet nocą zmienialiśmy kroplówki, głaskaliśmy chrapy, pocieszaliśmy głosem. Z czasem zaczęła rozpoznawać nasze kroki, wyciągała głowę do naszej dłoni, a nawet drżała ze zdenerwowania, gdy weterynarz narzekał pod nosem na powolność gojenia ran.

Na początku nie wiedziała, gdzie jest, ledwo reagowała na dotyk. Ale każde kolejne dni wprowadzały postęp. Wkrótce potrafiła sama się przewrócić z boku na bok, potem zaczęła lekkimi odruchami podnosić brzuch. Wciąż była za słaba, by wstać.

Najgorszy był paraliż kończyn koń wyglądał, jakby nogi nie należały do niej. Weterynarz tłumaczył, że mięśnie długo były niewykorzystane, dlatego potrzeba silnych rąk do ich wzmocnienia. Grupa sąsiadów i przyjaciół przychodziła codziennie na ćwiczenia. Zrobiliśmy specjalną konstrukcję z koca i pasów, by podtrzymywać klacz. Regularny wysiłek przynosił efekty po kilku dniach sama zaczęła nieporadnie poruszać nogami.

W końcu po miesiącach prób klacz potrafiła samodzielnie stanąć, potem zrobić kilka niezgrabnych kroków. Po pewnym czasie coraz częściej z wiatrem w chrapach patrzyła przez kraty boksu, domyślając się, że na zewnątrz znów pachnie wolność.

Gdy weterynarz uznał, że jest gotowa na operację oka, pojechaliśmy z nią do kliniki. Po zabiegu, mimo bólu, wyraźnie szukała wzrokiem opiekunów, pierwszy raz widząc nas wyraźnie. Teraz codziennie trzeba było jej zakraplać oko, ale znosiła to ze spokojem.

Stała się częścią naszej rodziny. Od nowa uczyła się rzeczy tak prostych, jak kontakt z innymi końmi, trawą, słońcem. Pewnego dnia zauważyłem, że, widząc siodło, radośnie rżała, a kiedy jej towarzysze jechali z dziećmi na grzbietach patrzyła za nimi z tęsknotą.

W końcu, gdy poczułem, że nadszedł czas, wyprowadziłem ją na łąkę, założyłem uzdę i siodło. Kiedy wsiadłem, wydała z siebie radosny okrzyk, lekko trącając kopytem ziemię. Zrobiła ze mną pierwszy od wielu miesięcy kłus po polu. Była szczęśliwa.

Dzisiaj, wspominając wszystko, wiem, że zwierzęta potrafią cierpieć i kochać równie mocno jak człowiek. Wszystko, co traciło sens w czasie choroby, odzyskiwało wagę przy każdym jej spojrzeniu i rżeniu. Ta końska wierność i wdzięczność nauczyły mnie, że nikt nie zasługuje na to, by być porzuconym, a ludzka pomoc nie zna granic jeśli tylko ktoś zechce jej udzielić. Na zawsze zapamiętam spojrzenie jej oczu żywych, płonących nadzieją.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ludzie zauważyli wyczerpanego konia: brakowało mu sił nawet, żeby wstać