Od nienawiści do miłości
Aleksander od dzieciństwa nie znosił psów. Wszystko zaczęło się, kiedy jako pyzaty, rudowłosy pierwszoklasista w grubych okularach i z wypchanym zeszytami tornistrem, został osaczony przez sforę na nieużytku za blokami w Krakowie.
Przywódca smukły, czarny z rudymi akcentami na pysku patrzył prosto w oczy Olkowi. Chłopiec i płakał, i prosił psy, by go puściły, i nawet dał im kanapki z szynką, które zostały z drugiego śniadania, ale psy nie chciały odpuścić. Przywódca, przy każdym kroku Olka, unosił górną wargę i ukazywał pożółkłe kły, warcząc cicho.
Sfora trzymała Olka w oblężeniu ponad dwie godziny. W końcu, przywódca znieruchomiał, nastawił prawe ucho, nasłuchując, i niepostrzeżenie pobiegł ku laskowi za nieużytkiem. Cała wataha, jeden za drugim, zniknęła wśród drzew.
Olek otarł łzy, chwycił tornister i pobiegł do domu.
Lecz do mieszkania nie dotarł. Stary drewniany dom na Prądniku, gdzie mieszkał z rodziną i kilkoma sąsiadami, właśnie dobiegał końca wybuchł piecyk gazowy.
W pożarze zginął dziadek, ojciec taty Olka, którego chłopiec nazywał dziedunio.
Dziedunio był niegdyś marynarzem, zahartowanym wiatrami i falami Bałtyku. Miał śnieżnobiałe wąsy i brodę, którą golił raz w roku zawsze po Trzech Króli. Potem broda odrastała i dziedunio zaplatał ją w warkoczyk, robił z niej zabawny koczek, przewiązywał kolorową gumką albo zakładał za ucho.
Po stracie dziedunia i spotkaniu z psami Olek długo się jąkał.
Po raz drugi pies przyczepił się do niego w zupełnie niespodziewanym momencie. Był już wtedy wychudzonym, wysokim siódmoklasistą, zamienił śmieszne okulary na soczewki i po lekcjach zdecydował odprowadzić do domu klasową piękność Kingę Kowalczyk. O Kingę zabiegał też Szymon, łobuz i wieczny dwójarz z dziewiątej klasy, który już drugi rok nie mógł się w niej utrzymać. Groził mu cały czas, a Olek odważył się iść u boku dziewczyny, która podobała się chuliganowi.
Pies pojawił się znienacka i głośno warcząc, zaczął odgradzać Olka od Kingi. Chłopak powoli cofał się pod naporem dużego kundla. Gdy Kinga zniknęła za rogiem swojego domu, zagrożenie rozpłynęło się gdzieś na sąsiednim podwórzu.
Olek westchnął i ruszył do domu.
Następnego dnia na matematyce dostał krótką karteczkę: Nie chodź za mną. Wczoraj Szymon chciał cię pobić. Przepraszam.
Przyjaźń z Kingą nie przetrwała, a niechęć Olka do psów tylko się nasiliła.
Minęły lata. Aleksander dorósł, ukończył z wyróżnieniem Politechnikę Krakowską, otworzył własny biznes, zaczął świetnie zarabiać. Wszystko układało się pomyślnie. Szybko znalazł też szczęście w życiu osobistym. Piękna Kinga, niegdyś Kowalczyk, została jego żoną. Doczekali się cudownego syna, stąd imię Mirek, po ukochanym dzieduniu. Ośmiomiesięczny maleńki jeszcze nie mówił, ale siedząc w wózku, zawsze z szerokim uśmiechem pozdrawiał napotkane psy i wołał: Hau, hau!
W tę niedzielę Aleksander spaceruje z synem po krakowskim Parku Jordana. Popycha powoli wózek i opowiada Mirkowi o ptakach, którym wsypali ziarenka do karmnika. O wiewiórce, która zeszła aż z wysokiej sosny i zabierała orzeszki prosto z jego dłoni.
Pora była wracać. Gdy wyszli z parku, Aleksander ruszył w stronę przejścia. Czekał na zielony sygnał, gdy nagle wydarzyło się coś niezwykłego.
Skąd się wzięła ta szalona jamniczka!
Szczekała tak głośno i zajadle, że nie dopuściła Olka z wózkiem do przejścia. Jeszcze chwilka, zdawało się, a psu pęknie głos.
W tym samym momencie tuż przed wózkiem przeleciał samochód osobowy. Wypadł z drogi i uderzył w latarnię.
Z auta wybiegło grupka nastolatków i uciekła w popłochu.
Aleksander ledwie łapał oddech, serce waliło tak mocno, że przechodnie na pewno to słyszeli.
Jamnika nigdzie już nie było, ludzie biegli do samochodu. Jakiś starszy pan chwycił Olka za ramię.
Wszystko w porządku? Wózek cały, dziecku nic się nie stało? spytał zdenerwowany.
Aleksander tylko pokiwał głową na znak, że wszystko dobrze.
Nie pamiętał, jak dotarł do domu. Postanowił nie mówić Kindze o tym wydarzeniu po co martwić żonę, skoro wszystko szczęśliwie się skończyło. Jednak tego popołudnia coś pękło w jego duszy po raz pierwszy był wdzięczny psu.
Cały wieczór milczał, wspominając dotychczasowe historie z psami. Przyszło mu do głowy, że wszystkie te zwierzęta nie chciały go skrzywdzić zawsze go chroniły po swojemu. Kinga zerkała na niego zaskoczona jego zamyśleniem, ale nie pytała o powód.
Wieczorem wybrali się na spacer całą rodziną. Przy dalekiej ławce gromadzili się sąsiedzi z bloku.
Przechodząc obok, Aleksander usłyszał urywane rozmowy: I co teraz? Kto go weźmie? Komu taki potrzebny?
Zajrzał przez ramię sąsiadki i zobaczył pudełko, a w nim maleńkiego szczeniaczka. Bez oczu zapewne jakaś wada genetyczna. Ludzie szeptali pod nosem. Kinga z wózkiem odeszła na bok i czekała.
I co z nim teraz zrobić?
Kto by go przygarnął?
Ja nie dałabym rady mieć takiego
Aleksander przysunął się bliżej. Szczenię było czekoladowe, pomiaukiwało żałośnie, ruchami pyszczka szukało znajomego ciepła.
Nie było już jednak obok ciała mamy.
Zamarł na sekundę, po czym zdecydowanie zdjął z szyi szalik wiosna w Krakowie bywa bardzo chłodna, szczególnie rano i wieczorem.
Delikatnie, na obie dłonie, wziął maluszka. W dodatku szczenię miało zniekształcone tylne łapki.
Za jego plecami jakaś kobieta westchnęła i chyba się popłakała.
Aleksander otulił bezbronnego malca szalikiem, położył go ostrożnie jak niemowlę na ramieniu i powiedział:
No, maluszku, chyba przyszła na mnie pora… Chodź, przedstawię ci naszą mamę. Jest dobra, wyrozumiała. Znajdzie się dla ciebie w lodówce mleczko.
Mężczyzna ruszył ku młodej kobiecie stojącej przy wózku, która patrzyła na niego z czułą miłościąKinga podeszła bliżej, z początku nieśmiało, i przyjrzała się zawiniątku na jego ramieniu. Przez chwilę milczeli, patrząc, jak szczenię zahaczyło ząbkami o frędzel szalika, próbując poczuć czyjeś ciepło ludzi, domu, troski.
Mirek, zanurzony w swoim wózku, nagle wyciągnął rączkę ku nowemu przyjacielowi, burcząc pod nosem swoje dziecięce hau, hau!. Aleksander uśmiechnął się i z niespodziewaną lekkością poczuł, jak dawny lęk odpływa gdzieś daleko cichnie, traci głos.
Popatrzył na syna, na żonę. Na drżące, ciemne maleństwo rozgrzewające się w jego ramionach.
Widzisz? szepnął, pochylając się ku szczenięciu i synkowi. Ty mnie uratowałeś, ja spróbuję uratować ciebie. Może właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Przez chwilę stali tak we trójkę czwórkę pod rozgwieżdżonym już niebem Krakowa. Ktoś z sąsiadów miał łzę w oku, ktoś się uśmiechał; nawet zapach chłodnej wiosny wydawał się łagodniejszy.
Aleksander, jeszcze niedawno sparaliżowany wspomnieniem lęku, ruszył przed siebie, niosąc w sercu ciche, świeże uczucie. I nawet nie wiedział, czy w tej chwili jest w nim więcej wdzięczności czy miłości do tego małego, pozbawionego wzroku stworzenia. Wiedział tylko, że wraca do domu tego samego, w którym kiedyś zabrakło matki, dziadunia, ciepła i pewności. Teraz dla wszystkich starczy miejsca.
Gdy zamykały się za nimi drzwi klatki schodowej, Aleksander po raz pierwszy świadomie, bez wstydu i strachu wyszeptał:
Chodź, nasz piesku. Chodź do domu.




