Kiełbasiany złodziej

KIEŁBASIANy ZŁODZIEJ

Nie dało się nie zauważyć tego kota. To dlatego, że ten kociak kradł w jego niewielkim sklepie spożywczym na warszawskim Mokotowie. Robił to jednak w taki sposób, że nie sposób było się na niego złościć. Wręcz przeciwnie.

Właściciel sklepu, pan Marek Wiśniewski, za każdym razem czekał z niecierpliwością na kolejny występ złodziejaszka. Nagrywał całą akcję telefonem, by potem wieczorami pokazać żonie, Renacie. Razem pokładali się ze śmiechu.

Kocur długo siedział przed otwartymi drzwiami sklepu, udając, że tylko odpoczywa, a nie planuje żadnych niecnych działań. Rozglądał się ostrożnie, upewniając, że nie ma nikogo w pobliżu. Sam Marek skrzętnie krył się za wielką lodówką i stamtąd filmował wydarzenia.

Kot wkraczał nieśmiało, po czym ruszał prosto w stronę półki z kiełbaskami. Tam, przyspieszając nagle, chwytał kabanosa albo frankfurterkę i natychmiast uciekał, ale głód nie pozwalał mu uciec daleko. Zatrzymywał się już kilka metrów od sklepu i przystępował do jedzenia na świeżym powietrzu.

Marek wychodził przed sklep i z bezpiecznej odległości pytał:
Smakuje?
Kocur podnosił głowę i wesoło miauczał.
No i dobrze odpowiadał gospodarz. Wpadaj jeszcze!

Może się zastanawiacie: jak to możliwe? Kiełbasy wyłożone na półce, poza lodówką, nie całkiem na widoku, a na dodatek kabanosy i frankfurterki poukładane osobno? Sprawa jest prosta.

Pan Marek miał po prostu dobre serce. Zobaczył, że kocur, którego nazwał Burek, był bardzo wychudzony i zmarnowany, ale absolutnie nie chciał podejść do człowieka czy zaakceptować pożywienia podanego wprost z ludzkiej dłoni. Więc właściciel sklepu wymyślił sprytne rozwiązanie.

Najpierw położył kawałki kiełbasy niedaleko progu, żeby Burek mógł sam zdobyć pożywienie. Uczciwie „ukraść”, bo własnoręcznie zdobyte smakuje lepiej.

Potem Marek przesuwał kiełbaski coraz dalej w głąb sklepu, aż w końcu znalazły się na dolnej półce, przy samej podłodze w specjalnym miejscu karmienia.

Burek już dawno mógłby po prostu wchodzić do sklepu, brać co chce i wychodzić. Ale tu nie o to chodziło chodziło o sam proces kradzieży. Dla niego skradzione jedzenie smakowało wyśmienicie.

Potem Marek postawił przy sklepie miskę z wodą, dużą misę z najlepszą karmą i plastikowe pudełko z piaskiem. Tuż obok mała budka z ciepłym kocem w środku.

Burek pozostawał nieufny i nadal nie dawał się do rąk. Ale coraz częściej rozmawiał z Markiem. Właściciel sklepu wychodził z kolejną skradzioną kiełbasą i zaczynał gadać do kota, a ten, przerywając jedzenie, czasem odpowiadał.

Jednak od jakiegoś czasu Marka nurtowało jedno pytanie. Burek wyraźnie przytył i wypiękniał, nie musiał już kraść jedzenia, a mimo to kilka razy dziennie wynosił po dwie kiełbaski za róg.

Marek próbował dowiedzieć się, dokąd ucieka kot, ale ten zawsze umykał.

W końcu Marek zdecydował się kupić niewielką kamerę z szerokim kątem, przekazującą obraz na jego komputer w sklepie. I wtedy odkrył tajemnicę Burka.

Z małego okienka piwnicznego domu za rogiem wyskoczył rudy kociak. Drżący z niecierpliwości rzucił się na kabanosa przyniesionego przez Burka.

Marek! Słyszysz? Jutro! Jutro masz ich przynieść do domu! krzyczała wieczorem Renata, ocierając łzy wzruszenia, ale

To nie było takie łatwe Burek już przyzwyczaił się spać w sklepie, ale rudego kociaka nie dałoby się tak łatwo schwytać.

Mijały dni. Marek śledził obraz z kamery, jak mały rudzielec pije wodę z miski Burka lub śpi w budzie, ale gdy tylko ktoś próbował się zbliżyć, z podniesionym ogonkiem uciekał jak błyskawica.

Wszystko zmieniło się pewnego dnia, kiedy właściciela przyciągnął dziwny hałas od wejścia.

Wyszedł zza lady i skierował się w stronę drzwi. Na progu sklepu siedział mały rudzielec i głośno miauczał.

Co się stało, maluszku? zapytał Marek.

Kociak podleciał do niego, spojrzał prosto w oczy i pobiegł do wyjścia. Marek poszedł za nim bez zwłoki. Za rogiem leżał Burek, jęcząc z bólu. Ugryzł go pies w tylną prawą łapkę, udało mu się wyrwać, ale rana była poważna.

Rudzielec szturchnął Burka główką, znowu zaczął płakać.

O rety westchnął Marek.

Zdjął kurtkę, ostrożnie ułożył w niej Burka, a rudego malca bez trudu wsunął do kieszeni marynarki.

Zamknął drzwi sklepu, wsadził całą trójkę do samochodu i pojechał do weterynarza.

Spędzili tam pięć godzin, podczas których lekarz zajął się burkową raną.

W międzyczasie Marek zaprzyjaźnił się z rudym kociakiem, który otrzymał imię Iskierka bo był żywy i rozgadany.

Wieczorem właściciel zamknął sklep i przywiózł Burka, jeszcze oszołomionego narkozą, i Iskierkę do mieszkania.

Renata była wniebowzięta. A co robi szczęśliwa kobieta? Dzwoni do przyjaciółek relacjonować całą historię, co wymaga czasu, szczegółowych wyjaśnień i licznych porad.

Gdy skończyła, Marek, Burek i Iskierka spali już rozciągnięci na łóżku.

No patrz! Gdzie ja się teraz położę? westchnęła Renata.

Ale Iskierka bez wahania się przesunął i przytulił do niej, masując ją małymi łapkami.

Tak właśnie znaleźli swój dom.

Dziś dwa duże, leniwe koty ani trochę nie przypominają wychudzonych, ulicznych zwierzaków.

Czasem Burek, zgodnie z dawnym zwyczajem, liże Iskierkę po łebku, a ten nawet nie protestuje.

Tymczasem po drugiej stronie ulicy, pod sklepem obuwniczym, zamieszkała mała szara kotka. Sprzedawczyni z tamtego sklepu ciągle biega do spożywczaka Marka po karmę dla niej.

Może i ona kiedyś trafi do ciepłego domu? Może kiedyś… wszystkich je przygarną ludzie?

A wtedy koty staną się takim deficytem, że by je mieć, trzeba będzie zapisać się na listę i przejść specjalny kurs.

Możliwe, że tak będzie. Jak myślicie?

Oceń artykuł
TwojaCena
Kiełbasiany złodziej