Małżeństwo dla pozoru

Małżeństwo na niby.

Mam z Wojtkiem małżeństwo czysto umowne.
Tak wyszło, że Wojtkowi ślub był potrzebny jak powietrze, jeśli marzył o awansie pracuje w poważnej, wręcz zadętej korporacji, której szefuje niezmordowany orędownik tradycyjnych wartości rodzinnych, pan Edward Kajetanowski, głowa licznego i wręcz podręcznikowego klanu. Ojciec pięciu dorosłych córek, mąż od niepamiętnych czasów, teść pięciu zięciów i, proszę państwa, dumny dziadek dziewięciu wnuków i wnuczek.
Czerpie ogromną satysfakcję z własnego stadła. Dla niego słowo kawaler to coś na kształt wyzwiska. Pracownik bez żony? No proszę was, raczej plankton społeczny niż pełnoprawny homo sapiens, niezależnie od tego, jakie ma umiejętności czy ile razy uratuje team na dailyu.
Wojtek, kiedy tylko to pojął, zrozumiał też, że papierek z USC jest mu potrzebny bardziej niż karta Multisport w lutym. Jeśli zamierza mieć stanowisko pasujące do jego aspiracji, żonę mieć musi. I kropka.

Przekalkulował szanse, rozważył za i przeciw, po czym zaproponował mi układ małżeństwa na próbę. Ryzykował niewiele zna mnie od przedszkola. Nasze mamy do dziś plotkują przez telefon; w podstawówce razem siedzieliśmy w ławce. On ratował mnie z opresji podczas klasówek z matmy, a ja ratowałam jego wypracowania, ratując przecinki, gdzie się tylko dało.
Słowem zna mnie lepiej niż własne skarpetki. Wie, że nie rzucę się na jego mieszkanie, ani na konto czy samochód w razie rozwodu. Interesów materialnych w sobie mam tyle, co kot napłakał.

A ja? Ja bez wahania zgodziłam się na tę symulację małżeństwa. Akurat byłam w fazie boleśnie dramatycznej rozłąki po trzyletnim związku z chłopakiem. Potrzebowałam jakiejś zmiany, żeby już kompletnie nie zatonąć w czarnej dziurze melancholii. No i chciałam utarć nosa mojemu eks: Ja to wyszłam za męża z przyszłością, z autem służbowym i własnym trzypokojowym w centrum! Inna liga, stary! Koleżankom też chciałam pokazać, że ogarniam życie.

Nasza transakcja okazała się idealna dla obu stron. Poszliśmy z Wojtkiem podpisać papiery w urzędzie na Ochocie. Skromnie: żadnych fanfar, bez orszaku znajomych, zero białej limuzyny, gołębi, czy sukni ślubnej z trenem jak z reklamy pralek. Zresztą garnitur mieliśmy pożyczony nawet nie swój.
Po prostu tego dnia wcześniej wyszliśmy z pracy, wbiegliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego, złożyliśmy podpisy i gotowe. Ale obrączki oczywiście, były. Pewna tradycja musi być.

Nawet nazwisko zmieniłam (tymczasowo): Turzyńska brzmiało ciekawiej niż zwyczajne Danilewska.
Muszę przyznać nasze plany wypaliły co do joty.
Po miesiącu Wojtek został dyrektorem departamentu korporacji. Bez żartów, sam zasłużył.
Z kolei ja status zamężnej w oczach przyjaciółek i rodziny wyniósł mnie na niespodziewane wyżyny. Rozkoszowałam się szczególnie momentem, gdy dostałam kilka SMS-ów od ex: Szczęścia życzę ale liczyłem, że jeszcze będziemy razem. Ha! Własnego nie szanują, a potem żałują

Spełniliśmy wszystko, co mieliśmy w planach. Nawet z nadwyżką.
Ach, jeszcze jedno na jakiś czas przeprowadziłam się do Wojtka. To on zasugerował: Niech będzie wiarygodnie!

Sobotni poranek.
W kuchni smażę śniadanie. Omlet, racuszki z twarogiem, kawa z mlekiem. Wojtek preferuje solidne śniadania, zwłaszcza w weekendy.
Rzucam okiem przez okno. Kwietniowy dzień zapowiada się bajecznie.
Wiosna moja ukochana pora roku.
Dzień pełen planów. Odwiedziny u rodziców. Porządki w mieszkaniu. Pranie. Obiad sobotni klasyk: schabowe, zupa gulaszowa, pizza i sałatka cezar. Typowa sobota polskiej pani domu roboty po sam sufit.

A tymczasem my z Wojtkiem już trzynasty rok prowadzimy nasze udawane małżeństwo. Nasza córka, Weronika, od września zaczyna podstawówkę. Syn Janek właśnie kończy piątą klasę z samymi piątkami, zupełnie jak ojciec. Bo tata mądry i prawdziwy z krwi i kości.
A mój mąż no cóż trochę fikcyjny.

Oceń artykuł
TwojaCena
Małżeństwo dla pozoru