Dar Boży… Poranek był pochmurny, ciężkie chmury ciągnęły się nisko po niebie, gdzieś w oddali sł…

Dar z nieba…

Poranek był szary jak poniedziałkowy poranek po długim weekendzie, ciężkie chmury snuły się niziutko po niebie, a z oddali dochodziły stłumione grzmoty. Zbliżała się burza. Pierwsza wiosenna burza tego roku.
Zima w końcu ustąpiła, ale i wiosna nie robiła sobie specjalnie pressingu, żeby się rozgościć. Wciąż zimno, wietrznie, nagłe podmuchy wiatru ganiały grupki zeszłorocznych liści, raz po raz podrywając kurz z chodników osiedla. Świeża trawa ledwo przebijała się przez suchą ziemię, a pąki na drzewach ostrożnie przemykały pod kurtką i nie miały najmniejszej ochoty rozpakować swoich skarbów.
Przyroda czekała z utęsknieniem na deszcz. Zima była śnieżna tak, że dzieci nawet nie ulepili połowy bałwana, tylko marzli pod blokiem. Ziemia nie zdążyła się porządnie wyspać pod kołdrą śniegu ani napić wody teraz wyczekiwała burzy jak student stypendium.
Burza miała przynieść to, o czym wszyscy marzyli mocny, wiosenny deszcz: obmyje wszystko z kurzu, znów zacznie się życie. Dopiero wtedy wiosna może rozkwitnie jak młoda, zakochana dziewczyna, cała w kwiatach i perfumach.
Wtedy ziemia rozwinie zielone kobierce, wystrzeli kolorowe kwiatki i liście, a na drzewach będą rosły sokowite jabłka i śliwy. Ptaki zacznie świergotać radośnie i wezmą się za lepienie gniazd w rozkwieconych ogródkach. Ot, życie i cykl trwa dalej.
Grzesiek, śniadanie! zawołała Mariolka. Kawa ci stygnie!
Z kuchni pachniało kawą i jajecznicą. Trzeba było wstać, chociaż po wczorajszej, ciężkiej rozmowie, łzach Mariolki, bezsennej nocy i męczących rozkminach, szczerze mówiąc, najchętniej schowałby się pod kołdrę aż do lata.
Ale nie ma zmiłuj życie leci dalej.
Mariolka też wyglądała jakby boksowała się całą noc z własnymi myślami oczy czerwone, podkrążone, ale jednak podała mu policzek do buziaka i próbowała się uśmiechnąć.
Dzień dobry, kochanie. Zapowiada się burza. Matko, jak mi się marzy deszcz! Kiedy ta prawdziwa wiosna się wreszcie zacznie? Słuchaj, przypomniał mi się taki wiersz:
Czekam wiosny, jak ratunku,
Kolorów, słońca, świtów.
Czekam oddechu, po zimowym punkcie,
Czekam remanentu życiowych mitów.
Wydaje mi się, że z wiosną wszystko się zmieni,
Będzie prościej, uczciwiej, weselej.
Gdzie ta wiosna, niech już się zacznie!
Grzesiek objął Mariolkę za wątłe ramiona, pocałował w rozczochraną, jasną czuprynę. Włosy pachniały łąką, rumiankiem i trochę łzami. Ścisnęło go w środku. Biedactwo moje, kochane dziecię za co nas, Panie Boże, takie coś spotyka? Przez tyle lat choć nadzieja trzymała ich przy życiu
A wczoraj wielce szanowny profesor, ostatnia ich deska ratunku, dał wyrok be z prawa łaski.
Przykro mi, ale nie możecie mieć dzieci. Panie Grzegorzu, pobyt w Czarnobylu nie przeszedł bez echa. Niestety, medycyna rozkłada ręce. Żałuję, że nie mogę pomóc.
Mariolka stanowczo otarła łzy, poprawiła włosy.
Grzesiek, długo o tym myślałam Powinniśmy wziąć dziecko z domu dziecka. Tyle tam biednych maluchów. Weźmiemy sobie chłopczyka, wychowamy go, będzie syn jak marzenie. Co ty na to? Tak długo czekaliśmy na syna Znowu się popłakała. Grzesiek ją przytulił i sam się rozpłakał, choć nigdy nie lubił tego robić.
Jasne, że się zgadzam! Nie płacz już, kochanie.
W tym momencie, jak na zawołanie, rozległ się huk grzmotu. Dom aż się zatrząsł, a zaraz lunęło jak z cebra. Otworzyły się niebiosa! W końcu ktoś tam na górze ich usłyszał!
Woda lała się strumieniami, świat przyciemniał jak na wieczór meczowy, błyskało i grzmiało niemal nad dachem. Grzesiek i Mariolka, wtuleni w siebie, patrzyli przez otwarte okno, czując na twarzach zimne krople i zapach deszczu, od którego wszystkim w bloku chciało się żyć.
Ciemna chmura, która jeszcze niedawno gnębiła ich dusze, powoli się rozpuszczała. Chce się, by padało jeszcze dłużej, by ten pierwszy deszcz zmył wszystko, co złe. Wiosenny deszcz znak, że życie trwa i kwitnie!
Kilka dni później byli już pod drzwiami domu dziecka pod Warszawą. Przyszli na umówione spotkanie wybrać upragnionego synka a już kochali go, choć jeszcze nie wiedzieli, jak wygląda. Kochali przez lata gromadzoną miłością, tłumioną nadzieją.
Serca waliły im jak dzwony z Wawelu, oddechy urwane. Grzesiek zadzwonił. Drzwi się otworzyły już na nich czekali.
Rozmowę z panią dyrektor odbyli parę dni wcześniej, teraz prowadzono ich już tylko na miasto, czyli oglądać dzieci, które mogłyby być ich synem. W pierwszym pokoju zobaczyli dziewczynkę siedziała w mokrych śpiochach, na wilgotnej ceratce.
Brudna koszulka, zasmarkany nos, wielkie niebieskie oczy, patrzące tak smutno na dorosłych. Od tego dziecka wiało bezradnością i opuszczeniem, serce aż zabolało. Tak, ten dom, to nie bajka, to miejsce dla tych, których nikt nie potrzebuje.
W kolejnym pokoju w łóżeczkach leżały i siedziały maluchy ładnie przebrane, na czystych pościelach. Siostra wyciągała dzieci jak na pokaz przy ladzie w warzywniaku. Czułem się jak na rynku pomyślał Grzesiek. Zabrakło tylko cennika za kilogram.
Grzesiek, wróćmy do tamtej smutnej dziewczynki szepnęła Mariolka. Grzesiek ścisnął jej dłoń.
Pani, chcielibyśmy zobaczyć tę dziewczynkę z pierwszych drzwi, tę niebieskooką.
Ale państwo chcieli chłopca! Ta dziewczynka nie była przygotowana do pokazania.
Chcemy zobaczyć ją jeszcze raz, prosimy.
Siostra lekko zgłupiała, chciała coś powiedzieć, ale zawróciła ich z powrotem.
Zawołam panią Annę Kowalską, proszę poczekać tutaj wskazała krzesła.
Mariolka przytuliła się do Grzegorza.
Grzesiek, weźmy tę dziewczynkę, serce mi zamarło jak ją zobaczyłam.
Ja też od razu poczułem Przecież ona wygląda jak ty. Oczy, włosy i taka biedna!
Przyszły siostra z dyrektorką. Anna Kowalska była wyraźnie zaniepokojona.
Wybraliście państwo bardzo trudne dziecko. Proszę się zastanowić. To nie jest łatwy przypadek.
Właśnie dlatego, ona przypadła nam do serca. I na Mariolkę podobna! Grzesiek ruszył do pokoju dziewczynki.
Małą już zdążyli umyć, przebrać, posprzątać ceratkę. Nawet oczka jej się rozjaśniły, a na policzkach pojawił się rumieniec. Gdy dorosli podeszli, uśmiechnęła się szeroko i pokazały się dołeczki. Wyciągnęła do nich rączki, próbując wstać… Mariolka aż zamarła. Dziewczynka miała zdeformowane stópki skierowane do tyłu. Grzesiek bez namysłu wziął małą na ręce, a ona wtuliła się mokrym noskiem w jego policzek i zastygła.
Łzy napłynęły mu do oczu, a Mariolka ukryła twarz w jego ramieniu i zaczęła płakać. Pani dyrektor obróciła się i wytarła oczy.
Chodźcie do mnie do gabinetu. Siostro, proszę zabrać Hanię rzuciła stanowczo. Grzesiek i Mariolka mocno ściskali się za ręce, idąc za nią.
Dziewczynka urodziła się u starszych już rodziców z Podlasia, rodzinie wielodzietnej jak to bywa, kolejne dziecko nieplanowane. Mała przyszła na świat z wadą nóg poniżej kolan wykręcone, stopy zniekształcone.
Ojciec od razu stwierdził, że dziecka do domu nie zabierze. Tłumaczył, że nawet jak operacja by mogła pomóc, nie ma ani złotówki, a kaleki w domu nie będzie trzymał, bo ledwo wszystkich w domu wykarmią.
Tak to Hania trafiła do domu dziecka.
Teraz decyzja w waszych rękach. Mała ma szansę na normalne życie, ale czeka was mnóstwo pracy, sporo wydatków i przede wszystkim ogromna cierpliwość i miłość. Zastanówcie się dobrze, macie miesiąc. Dzieci tu szybko się przywiązują dodała smutno nie krzywdźcie jej potem.
Minął miesiąc. Już pierwszego dnia po wizycie w domu dziecka Grzesiek i Mariolka byli pewni to będzie ich Hania. Konsultacja u profesora w Warszawie potwierdziła seria operacji może uratować dziecko, a nawet nie pozostaną blizny. Będzie biegać i skakać jak inne dzieci! Grzesiek przeliczył złotówki, oszacował koszty operacji i podróży ledwo, ale starczy, jeśli sprzedadzą nowego volkswagena i odłożą budowę domu.
Na razie pomieszkają w dwupokojowym bloku, a reszta się jakoś ułoży najważniejsze, żeby mała była zdrowa. Odliczali dni do końca terminu danego przez dyrektorkę.
I znów stali pod znanymi drzwiami. Z dudnieniem serca weszli do gabinetu Anny Kowalskiej. Grzesiek trzymał bukiet różowych peonii, Mariolka wielką torbę z prezentami dla dzieci. Pani Anna miała łzy w oczach.
Poszli razem do sypialni dzieci. Hania wyrosła, włoski jeszcze jaśniejsze, policzki różowe, uśmiech od ucha do ucha, coś już sobie tam gaworzyła, pokazując pierwsze zęby. Grzesiek wziął ją na ręce, a Hania natychmiast objęła go za szyję i przytuliła się cała. Zaraz potem poleciała do Mariolki.
Wszyscy na chwilę zamienili się w fontanny łez. Cały dzień Grzesiek i Mariolka spędzili w domu dziecka, chłonąc rady pielęgniarek i lekarzy, jak pielęgnować Hanię, czym karmić. Ale do domu jeszcze jej nie dali. Musieli przejść przez długą papierologię adopcyjną. Za radą pani dyrektor, formalne odebranie praw rodzicielskich Hani rodzicom zrobiono przez sąd by potem nie mogli jej już odebrać.
Wreszcie przywieźli Hanię do domu. Mariolka rzuciła pracę i poświęciła się całkiem opiece nad córką. Przygotowywali ją do pierwszej operacji w warszawskiej klinice.
Miesiąc spędzili w szpitalu. A potem już Grzesiek oglądał jak Hania sama je kaszkę łyżeczką, pokazuje jak miauczy kotek i jak bodzie rogata koza. Jeszcze nie można patrzeć spokojnie na jej nóżki, a na dwór wychodzi jedynie w długich spodeneczkach. Chodzi chwiejnie, jak kaczuszka, ale jest pogodna, rezolutna, mówi wcześniej niż rówieśnicy, wszystkich zna z imienia, a najbardziej kocha Grześka swojego tatę. Tak teraz go nazywa i nawet Mariolka podłapała to słowo. A Grzesiek w Hani jest zakochany, nie widzi świata poza nią.
Po roku zaczęli kolejne operacje kilka razy jeździli z biedną Hanią do stolicy. Ile dziecięcych łez, ile nieprzespanych nocy, ile wytrwałości musieli mieć rodzice Ale sukces nogi jak u każdej dziewczynki! Może biegać, skakać, tańczyć. W wieku pięciu lat Hania poszła do przedszkola. Wychowawczyni zauważyła, że świetnie rysuje, poleciła rozwijać ten talent. W wieku sześciu lat dostała się do szkoły plastycznej. Jej obrazki coraz częściej pojawiały się na wystawach dziecięcych. Kolorowe pejzaże i wesołe scenki przyciągały uwagę. Wszyscy się dziwili, że taka mała artystka istny talent.
W wieku siedmiu lat Hania zaczęła podstawówkę i od razu była liderką w klasie. Zdolna, wesoła, energiczna i lubiana. Wciąż chodziła do szkoły plastycznej, zapisała się na zajęcia taneczne.
Zawsze w grupie, gdzie ona tam śmiech i energia. Rodzicom nie wstyd chodzić na wywiadówki o Hani same pochwały. Nikt nie wie, ile przeszła ta dziewczynka i jej nowi rodzice, którzy kochają ją najbardziej na świecie.
Los odwdzięczył się Mariolce i Grześkowi. Odkąd zamieszkała z nimi Hania, powodziło im się coraz lepiej. Interes Grześka powoli rozkręcał się na dobre, pozwolił im przenieść się do Warszawy, kupić porządne mieszkanie i zapisać córkę do renomowanej szkoły.
Dziś Hania jest już w szóstej klasie, ciągle wzorowa uczennica, ma laurki ze szkoły plastycznej, lśniące niebieskie oczy i warkocz jak złoto. Przyjazna, czuła, żartownisia ulubienica wszystkich. Prawdziwy dar z nieba bo czasem to, co najważniejsze, przychodzi do nas nieoczekiwanie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Dar Boży… Poranek był pochmurny, ciężkie chmury ciągnęły się nisko po niebie, gdzieś w oddali sł…