Odnalezienie winowajcy okazało się trudne. Dzieci, uciekając nad Wisłę, zapomniały zamknąć papugę w klatce. Babcia, wracając z bazaru, szeroko otworzyła okno.

Znalezienie winnego okazało się trudniejsze, niż można było przypuszczać. Dzieci, pędząc nad Wisłę, zapomniały zamknąć papugę w klatce. Babcia, wracając z Biedronki, z rozmachem otworzyła okno na oścież. W rezultacie, kiedy wieczorem zaczęto szukać Frania, stało się jasne: nasz piękniś amazonka odleciał w nieznanym kierunku.

Trzy dni i trzy noce porzuciliśmy wszelkie zajęcia i przemierzaliśmy działki w poszukiwaniu zguby. Jednak na próżno. Franka nikt nie widział. Dzieci ocierały łzy z policzków, babcia tylko jęczała ojej, ojej, a ja z mężem szukaliśmy winy raz u dzieci, raz u starszych.

Naszej własnej suczki, airedale teriera Milki, przez te dni nie bardzo dało się wypuścić na kogoś. Milka była pogrążona w smutku. Okazywała życie jedynie, gdy ktoś zadzwonił do drzwi wtedy zrywała się z głośnym szczekaniem i za chwilę milkła, zrezygnowana, wracała na swój dywanik, bo widziała, że jej głos niesie się samotnie po domu. Przez cztery lata gości w domu witały chóry psio-papuzie. Franek szczekał wprost mistrzowsko, niekiedy lepiej niż sama Milka.

Szczekanie było pierwszym papugowaniem w życiu Franka. Jeszcze jako całkiem zielony podlotek, nasz pupil postanowił dokuczać w ten sposób kotce Muszce. Skradał się do śpiącej w kłębek Muszki i szczekał jej prosto w ucho. Muszka podskakiwała z przeciągłym miau!, po czym wbiegała Milka z ujadaniem, i w domu zaczynała się nieopisany chaos.

Muszka Franka tolerowała, chociaż nie wyglądało, by darzyła go sympatią. Za to Milka naprawdę kochała ptaka szczerze i troskliwie. Łobuziak często siedział jej na głowie zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Najczęściej Franek udzielał Milce pouczeń. Potrafił przez pół godziny, doskonale naśladując babcin ton, zamęczać ją powtarzając:
Kto zje owsiankę?
A po dłuższej pauzie, głosem pełnym wyrzutu dodawał:
Świń u nas nie ma!
Na paplaninę papugi Milka reagowała identycznie, jak dzieci na babciny wykład, czyli wcale. Czasem, gdy Frankowi zdarzało się przesadzić, strącała go z siebie, pomagając sobie szorstkim językiem.

Zniknięcie Franka było przez wszystkich domowników, prócz Muszki, przeżywane jak osobista tragedia. Po dwóch tygodniach, gdy już pogodziliśmy się z myślą, że już nigdy nie zobaczymy naszego gaduły, rozeszły się po działkach plotki, że w stadzie wron, które wyjadają okoliczne czereśnie, pojawił się ktoś nowy. Nowa, jaskrawozielona wrona z czerwoną gębą była wyjątkowo zuchwała: nie tylko głośno krakała, lecz potrafiła szczekać, a nawet przeklinać zupełnie po ludzku. Ten ostatni fakt był dla nas ciężki do przełknięcia w naszej rodzinie słowa te były znane, ale używane raczej wyjątkowo rzadko. Po namyśle, uznaliśmy jednak, że nasz geniusz, będąc na swobodzie, mógł przyswoić niejedno brzydkie słowo, jak Muszka pchły, i znów ruszyliśmy na poszukiwania naszej ptasiej pociechy.

Szczęście uśmiechnęło się do nas po dziesięciu dniach. Pochylona nad sałatą, nagle usłyszałam znajome:
No i co?
Na wiśni, wśród kilku czarnych koleżanek, które zajadały się owocami, siedział mój maluch.

Franio, chodź tu, syneczku. Chodź, mamusia cię przytuli, da pyszne ziarenka…
Franek przechylił głowę w zamyśleniu.
Franio, wszyscy za tobą tęsknimy i tata, i Zosia z Antkiem, i Milka. Przyjdź, maleńki…
Wyciągałam rękę, powoli zbliżając się do drzewa. Prawie dosięgnęłam gałązki, lecz
Eee, dzieci Szustaków! wykrzyknął głosem prezesa ogródków działkowych Franek i, wraz z innymi ptakami, odleciał za płot.

Wolnościowa epopeja Franka trwała aż do przymrozków. Pojawiał się pod domem kilka razy, ale nie dawał się przekonać. Na nasze prośby o powrót do domu, do rodziny, krakał filozoficznie i znikał po chwili.

Późną jesienią coraz częściej widywano Franka samotnie. Coraz częściej zaczynał przesiadywać we własnym ogrodzie. Smutny i nastroszony, siedział na płocie lub na drzewach, jednak w ręce nie chciał podejść. Wtedy do akcji wkroczyła ciężka artyleria Milka. Co jej wyszczekała do ukochanego przyjaciela, nie wiem; dość, że Franek wrócił dumnie do domu, jadąc niczym król na grzbiecie rudej suki.

Oceń artykuł
TwojaCena
Odnalezienie winowajcy okazało się trudne. Dzieci, uciekając nad Wisłę, zapomniały zamknąć papugę w klatce. Babcia, wracając z bazaru, szeroko otworzyła okno.