Kruszynka

Kruszynka

Nazwisko „Kruszynka” nadał jej już przy pierwszym spotkaniu, kiedy przysiadł się na czerwone, welurowe, przetarte od łokci sąsiednie krzesło, identyczne jak to, na którym siedziała Irena.

Najpierw przez chwilę lustrował spojrzeniem całą salę, a dopiero potem spojrzał na swoją towarzyszkę.

Co tam, kruszynko, nudzisz się? westchnął, próbował założyć nogę na nogę, ale wąska przestrzeń między rzędami w sali Filharmonii Narodowej w Warszawie na to nie pozwoliła. Szpiczasty but przycisnął oparcie przedniego fotela, noga Mikołaja nieprzyjemnie się wygięła i skrzywił się z bólu.

Irena udawała, że go nie zauważa, patrzyła uparcie na scenę, choć właściwie nie działo się tam nic ciekawego. Pozsuwane w jeden rząd stoły, mównica i kręcący się wśród kabli ludzie ustawiający sprzęt typowy widok na konferencjach. Duszno też jak zawsze.

Irena zawsze źle się czuła w tłumie, kiedy musi się siedzieć ramię w ramię, bez możliwości ucieczki, wyjścia, choćby na chwilę.

Hmmm… przeciągnął Mikołaj, drapiąc się po brodzie. Szkoda czasu! I wiesz co, kruszynko, nie usłyszymy tu nic nowego. Naprawdę! Znam wszystkie te referaty, służba nie drużba. Nic konkretnego, serio.

Irena spojrzała na niego poważnie, z wyraźną rezerwą.

Wyglądał nienagannie garnitur, krawat, wypastowane buty. A jednak odstawał, jakby włożono niewłaściwą figurkę do nie tej scenerii. Psotnik, zawadiaka, gawędziarz i żartowniś taki był. Włosy sterczały mu na jeża, a na głowie miał dwa wiry, gdzie loki skręcały się miękko i delikatnie.

Mikołaj zanim Irena zdążyła cokolwiek powiedzieć, wyciągnął do niej wielką dłoń. A pójdziesz ze mną na obiad? Jesteś taka chudzinka, ja muszę cię nakarmić! No już, nie ma co zwlekać. Chodź, kruszynko!

Przyciemniano już światła, na scenę wchodzili dyrektorzy i poważne postacie, brawa rozlegały się po sali, a Mikołaj nie zważając na to ciągnął swoją kruszynkę przez rzędy, co chwilę depcząc komuś po stopach i poprawiając krawat, który wyłaził z marynarki jakby, na złość wszystkim poważnym panom i paniom, pokazywał język.

Co pan wyprawia?! Proszę puścić! wyciągała Irena rękę, próbując się uwolnić, ale nie miała szans kroczyła za Mikołajem w stronę wyjścia.

Wyszli do foyer w chwili, gdy brawa osiągnęły apogeum, ktoś stuknął palcem w mikrofon, domagając się ciszy.

Proszę mnie puścić! Muszę wrócić, robić notatki, mam zadanie! burknęła, przyciskając notatnik do piersi, zgubiła długopis i schyliła się po niego, ale Mikołaj był szybszy.

Daj spokój, kruszynko! Podeślę ci wszystkie materiały na maila. Teraz pora coś zjeść. Najpierw napij się wody, pobladłaś. Puls ci skacze. Sprawdziłem! Ujął jej nadgarstek, zajęczał z dezaprobatą. Potrzebujesz powietrza, jedzenia i zero konferencji!

I rzeczywiście, serce biło Irenie zbyt szybko, aż dudniło w skroniach.

Nikt wcześniej tak się o nią nie troszczył, nie dbał. To ona zawsze opiekowała się wszystkimi matką, mężem, córką. I to było naturalne. Było ciężko, czasem chciała, by ktoś ją przytulił, by była lekkomyślna, popijała wino i śmiała się jak aktorki w komediach romantycznych, ale okazji nigdy nie było.

A Mikołaj dał jej taką szansę.

Sama nie wiedziała, jak znalazła się przy stoliku w klimatycznej restauracji naprzeciwko Filharmonii. Kelner przyniósł im świeżo wyciśnięty sok żółto-pomarańczowy, jakby wyciśnięto samo południowe słońce, cytrusowy, energetyczny.

Pij. I wodę też! Dobrze… A co jemy?.. Mikołaj spojrzał w kartę.

Chyba bardzo mu się podobała. Irenka była całkiem ładna, drobna, szczupła. Mogłaby mieć powodzenie, gdyby nie wieczna maska zmęczenia i przygaszenia. Pięćdziesiątka na karku, rodzina, brak miłości nie miała powodu kwitnąć jak majowa róża.

Ale jemu i taka się podobała zmęczona życiem kruszynka.

Nie, dziękuję. Zaraz mi przejdzie, wrócę na salę, już mi dużo lepiej! bąknęła.

Jasne! pokiwał głową Mikołaj. Ale najpierw dorada z warzywami, sałatka i Wino? Co się napijesz, kruszynko?

Oderwał wzrok od karty, patrząc na nią łobuzersko, pachnący dymem i wodą kolońską, z silnymi przedramionami. Nagle się zaczerwieniła i zmarszczyła.

Zwątpiła w siebie! Zupełnie obcy facet zabrał ją do restauracji, karmi, nazywa kruszynką, poprawia niesforny kosmyk nad jej czołem. A ona mięknie, jakby na chwilę zniknęła cała jej twardość.

W miejscu, gdzie jej dotknął, płynęło ciepło, a po plecach przebiegały dreszcze.

Pili białe wino, a Mikołaj opowiadał, jak za młodu jeździł na budowy, potem na Śląsk, coś tam remontował, a potem…

A potem, kruszynko, z moim kumplem Jurkiem rozkręciliśmy biznes. Nic wielkiego… stawialiśmy domki letniskowe, składaliśmy brygady, poszło. Każdy chce mieszkać dobrze, wygodnie, żeby do toalety nie biegać po śniegu. My wiedzieliśmy, jak to zorganizować. Jedz, jedz! kiwał na Irenę. Za ciebie, kruszynko! Boże, jak cię zobaczyłem, pomyślałem: trzeba tę dziewczynę nakarmić! Może coś jeszcze zamówić?

Pokazała ruchem głowy, że nie. Rozpływała się od wina, pysznego jedzenia i tej troski, którą po raz pierwszy okazywał jej ktokolwiek, bo była „dziewczynką” zmęczoną i chudą.

W domu było inaczej. Całe dzieciństwo mieszkała z matką. Ta cały czas pracowała rano już jej nie było, Irena śniadanie jadła sama; wieczorem mama wracała późno, Irena czekała na nią z ciepłą kolacją, zmywała po niej naczynia i obie zasypiały ledwo po północy.

Na Nowy Rok mama, Maria, wpadała do domu przed samą północą. Pracowała w sklepie, a ostatnie godziny dawały najlepszy utarg.

Maria, blada i zmęczona, Irena pomagała jej ubrać się ładnie, spinała włosy w kok, a obie wychodziły do gości.

Goście byli zawsze sąsiedzi, znajome, kuzyni, zjeżdżający nagle. Ludzie siedzieli za stołem zastawionym jedzeniem i trunkami, żartowali, a Irena pilnowała, żeby mama nie zasnęła po pierwszym kieliszku.

Maria piła tylko wódkę, szampana uważała za fanaberię. Organizm i tak po chwili wyłączał się i Maria chrapała w święto prosto przy stole. Irena szturchała ją łokciem, ta otwierała oczy, na chwilę orientowała się, gdzie jest, wygłaszała jakiś toast, śmiała się, ironicznie i z goryczą. Nie czas na słabości…

Irena wcześnie wyszła za mąż. Andrzej był od niej starszy o dziesięć lat, poukładany, miał wykształcenie, ale zimny i oszczędny w słowach. Jakby do swojego trybu życia wkręcił odpowiednią trybkę gospodarną, schludną, nie tyle partnerkę, co kogoś potrzebnego.

Może nawet Irena wcale nie oczekiwała więcej. Romantyzm był na początku, ciało chciało emocji, ale potem wszystko przygasło. Najważniejsze, że miała rodzinę, dom i nie musiała już wracać na noc do matki, patrzeć na jej spuchnięte nogi i okna z widokiem na podwórko wysypane śmieciami. Teraz miała swoje właściwie Andrzejowe mieszkanie, kuchnię, dużą łazienkę, balkon, dwie sypialnie, biblioteczkę i męża. Każda jej tego zazdrościła, bo w czasach, gdy większość mieszkała ze świekrami, ona miała oddzielnie, luksus prawdziwy!

Od urodzenia aż do spotkania z Mikołajem, była dla wszystkich Irką albo Irena Celina.

Andrzej, mama, przyjaciółki wszyscy mówili „Irka”.

A tu nagle „kruszynka”. Wino, przystawki, komplementy, ciekawość, co kruszynka myśli, czego chce.

Andrzej nigdy nie okazywał takiej czułości. Owszem, codzienne sprawunki, zakupy, wakacje omawiali razem, ale raczej informował ją o decyzjach, a nie pytał o zdanie jej głos znikał w hałasie miasta.

Andrzej lubił mieć wszędzie świeże powietrze, zostawiał lekko uchylone okna bez względu na to, czy komuś wieje.

A Mikołaj, gdy tylko weszli do restauracji, od razu zadbał, by usadowiono ich z dala od przeciągu, w cichym kącie.

Opiekował się…

Pytania zadawał, Irena odpowiadała, krępując się trochę. Tak, ma męża i córkę. Jak ma na imię? Tamara. Tomka studiuje na filologii, Irena znalazła jej jeszcze w liceum świetnego korepetytora i teraz Tomka wyjeżdża na praktyki za granicę.

Tamarę z Andrzejem załatwiali, nie czekali na cud, nie prosili Boga. „Praca do wykonania” mówiła teściowa. Irena młoda, więc pójdzie szybko, ale nie szło. Pracowali nad tym długo.

W końcu, ciąża. Andrzej przez dziewięć miesięcy unikał kontaktu nie dotykał brzucha, nie rozmawiał z dzieckiem w łonie, jak to pokazują reklamy szczęśliwych rodzin; uznawał to za dziwactwo.

Urodzi, to będę wychowywał! Lekarka kiedy, Irka? zbywał jej pytania, proponując najwyżej podrzucenie autem do przychodni.

Podrzucał, odbierał ze szpitala, jak trzeba z gośćmi, balonami, Dziękuję za córkę. Czuwał, by przybierała na wadze, kupował najlepszą żywność, nocą chodził z Tamarą na szczepienia. Gdy przyszła położna do noworodka, Andrzej sprawdzał, czy myła ręce, ostrożnie patrzył na biały fartuch, nawet stetoskop ogrzewał swoim oddechem.

Zmęczona jesteś? pytała Irenę, bladziutką z sińcami pod oczami, Gienia, jej przyjaciółka. Dziecko to nie kwiatek, kobieto! Andrzej pomaga w ogóle?

Irena wzruszała ramionami. Chyba pomaga. Ale wciąż za mało…

Być taką ofiarą było nawet przyjemne. Pokrzywdzona przez świat, użalaną się przez wszystkich, a czasem ktoś pomstował na tego chłodnego męża, co nie dba o swoją Irkę.

Za to ten Mikołaj naprawdę się troszczył, pchał pod nos frykasy, a ona speszona kręciła głową i śmiała się nieśmiało.

No co ty, kruszynko! marszczył brwi serdeczny Mikołaj. Jedz, nie wypuszczę cię głodnej!

Irena jadła, przygryzając wargę i patrzyła na niego smutnym wzrokiem.

Odwiózł ją wtedy do metra, dalej nie chciała, tłumacząc się sprawami do załatwienia.

Wieczorem miała w mailu komplet konspektów z konferencji.

„Kruszynce od Mikołaja!” uśmiechała się podpiska.

Irena szybko zamknęła laptop, ale Tomka chyba zdążyła zerknąć i prychnęła:

Głupie te przezwiska! zaprotestowała Irena. Oficjalne dokumenty, a oni takie rzeczy!

Wyglądało na to, że Tamara już jej nie słucha włożyła słuchawki, puściła muzykę…

Irka, Tomka, jestem! Chodźcie na kolację! dobiegło z przedpokoju.

Andrzej, zmęczony upałem w metrze i zatłoczonym autobusem, ściągnął po drodze koszulę, został w spodniach, potem jeszcze je zrzucił, założył zielone szorty z palmami, rozchylił balkon, oddychał głęboko.

Czuć go było potem, kwaśnym, z dnia poprzedniego.

Ja się tak często mył nie będę, Irka! Daj spokój! Po waszym żelu cała skóra swędzi, jak u trędowatego. Jutro się wykąpię! burczał, gdy próbowała go namawiać do kąpieli. Eee, dajcie spokój. Jem, bo głodny.

Jedli w ciszy, każdy zamyślony. Irena o Mikołaju, o jego świeżości, czystości, galanterii…

Zadzwonił do niej do pracy już na drugi dzień.

Hej, kruszynko! Jak się czujesz? Jadłaś coś? rozległ się jego głos w służbowej komórce, aż się speszyła i sprawdziła, czy nikt z kolegów nie słyszy. Miała wrażenie, że dźwięk rozbrzmiewa stanowczo za głośno.

Nie… Jeszcze nie zdążyłam. Dużo pracy, wyszeptała. Kruszynka. Ona kruchsza, słabsza, delikatna… Ciarki przeszły jej po plecach.

Rzuć wszystko, zejdź do kawiarni. Czekam przy stoliku, miejsce średnie, ale trzeba coś zjeść. Już, już! Czekam!

Coś niewyraźnie odpowiedziała, wybłagała przerwę, weszła do windy i cały czas myślała, który przycisk wcisnąć. Policzki aż parzyły od rumieńca. I pewno wszyscy już wiedzieli, że pani Celina ma romans.

Tak, nazwała go kochankiem. To było podniecające i bezczelne.

Dziś Mikołaj miał jeansy i t-shirt, znów rozczochrany, pachniał mydłem.

Pili razem kawę, Irena opowiadała coś z dzieciństwa, a on słuchał.

Kruszynko, jesteś piękna, wiesz? przerwał jej nagle. Chodź, kupimy ci coś! Sukienkę. Mam znajomego w butiku pomogą ci dobrać! Chcę cię w sukience.

I zobaczył. Nie od razu. Wieczorem, w Domu Handlowym Smyk, gdzie zabrał Irenę i siedział na sofie, gdy ekspedientki pomagały wybrać strój zagubionej kruszynce.

Boże, jak na nią patrzył! Tak z głodem w oczach! Andrzej mu nie dorównywał nigdy.

Takiego wzroku nie widziałam. szeptała potem do Gieni, najbliższej przyjaciółki. W kinie tylko. Poważnie, poczułam się kobietą. To straszne, ale mi się spodobało…

A Andrzej? zapytała Gienia, już po rozżalonych westchnieniach.

Nic nie wie, nie powinien. Ja zresztą sama nic nie rozumiem! pokręciła głową. Tylko mu nie wygadaj! Sukienkę schowaj, proszę, u siebie. W reklamówce. Jak to wyjaśnię w domu? Drogie to jak… Matko Boska, co teraz będzie?

Gienia odsunęła do siebie pakunek. Co ma być, to będzie.

Nie wiem, Irka… Coś wymyślasz. Andrzej to nie anioł, ale przypomnij sobie, jak jeździł w zimie po mleko do Baborowa, żeby wam prawdziwego mleka przywieźć? Pracuje, stara się. Inny tylko by leżał i piwo pił, a twój głową pracuje, szanowany, wszystko załatwi. Na wakacje zabiera. Przejrzysty, przewidywalny. A ten Mikołaj kto to? Skąd ma pieniądze?

Nie wiem. Nie pytałam. I co z tego… machnęła ręką. Ty go nie znasz, z Andrzejem można zwariować! Ty po prostu zazdrościsz.

Gienia pokręciła ramionami. Może i zazdrościła. Ale chyba właśnie Andrzeja…

Irena zaczęła coraz częściej wracać późno, kolację robiła byle jak, sama nie jadła, tylko grzebała łyżką w herbacie i zamyślała się.

Mamo, no co ty! Piąty raz proszę o kromkę! wołała Tomka, wstawała sama, szperała w chlebaku. Chleb się skończył! fukała.

Irena tylko kiwnęła głową, marszczyła się i szła do pokoju. Marzyć.

Andrzej z Tamarą patrzyli na nią ze zdziwieniem.

Mogła marzyć długo, czując jak ręce jej się pocą ze wzruszenia.

Mikołaj był czuły, całował delikatnie, śmiał się z jej nieporadności, żartował, wciąż nazywał ją kruszynką, karmił, obdarowywał, pieniądze przelewał jej na konto, czasem w nocy wysyłał wiadomości. Irena zrywała się, biegła z komórką do łazienki, czytała, kasowała, znów czytała, potem wyłączała telefon, myła twarz zimną wodą, kładła się.

Andrzej przewracał się na drugi bok, obejmował ją ciężką ręką, bekał, coś mamrotał. Irena tylko mruczała i leżała bez ruchu… Szkoda, że w jej życiu jest Andrzej. Szkoda, że tyle lat nie wiedziała, jak to jest być kruszynką, śliczną, namiętną i atrakcyjną. Tyle lat zmarnowanych…

Ale teraz był Mikołaj, jej szczęście.

Spotykali się w jego mieszkaniu dużym, jasnym apartamencie na Powiślu, z oknami do ziemi, bez firanek, zza których widać rozświetlone centrum Warszawy. Szumiało od szampana i zapachu jego perfum, a pościel była czysta, gładka, prawdziwy jedwab…

Świat rozsypywał się w setki iskier, fajerwerków na niebie, spadających diamentami na pościel. Magia…

W domu robiło się coraz bardziej obco i ciężko. Ciągle miała wrażenie, że wszyscy już wiedzą o niej i Mikołaju, że Tomka krzywo patrzy, Andrzej surowo milczy.

Więc Irenka znajdowała powody, by wrócić, gdy już wszyscy śpią. Wtedy mogła posiedzieć długo sama w kuchni, pić rozpuszczalną, gorzką kawę i śnić…

Irka, gdzie jesteś? Kapustę trzeba poszatkować! Umawialiśmy się! dobiegał głos Andrzeja z głośnika, a ona z przestrachem patrzyła na Mikołaja pływającego po brzegu basenu. Powiało chłodem, bo basen na Grochowie był odkryty, remontowany za publiczne pieniądze cud inżynierii.

Nigdy tam nie pływała, Mikołaj przywiózł ją dziś, kazał przebierać się, potem pływali, a para szła nad wodą w styczniowym powietrzu. Ludzi mało. Z wieży było widać światełka Parku Skaryszewskiego, ale Irka patrzyła tylko na niego. W końcu jest! W końcu miłość! Boże…

Kapusta? wyjęczała, opatuliła się ręcznikiem. Odpuść! Będę późno. Z Gienią poszłyśmy na basen. Powiedzieli, że muszę ćwiczyć plecy. Kupiłyśmy karnet. Zrobimy kapustę jutro. Przepraszam, Gienia woła. Pa!

Zerwała połączenie, przełknęła ślinę. Musi ostrzec Gienię, gdyby Andrzej dzwonił.

Zadzwoniła, szepce w słuchawkę o basenie, aż w końcu zamilkła.

Irka, a ja wam kminek przyniosłam, bo kapustę z kminkiem zawsze robiłyście. Byłam na bazarze, kupiłam, pomyślałam wejdę. Andrzej już czajnik nastawił. Kminek wam przyniosłam… Gienia spokojnie. Kminek, powtarzam.

Irka zagryzła wargę. Rozejrzała się za Mikołajem. On już stał na wieży, popisowo prężył ramiona. Dziewczyny, szczupłe i rozbawione, piszczały, patrząc na niego.

No jak, kruszynki? Raz, dwa, trzy! krzyknął nad wodą, wskoczył zgrabnie, wynurzył się i pomachał Irenie. Irena, dawaj do nas! Wieczór się dopiero zaczyna!

Dziewczyny oglądały się na Irkę. Poczuła się nagle znowu zwyczajna, z brzuszkiem i niekształtnymi udami. Płynęła niezręcznie, jak żaba, a twarz znów przybrała cierpiętniczy wyraz.

A nowe „kruszynki” już grały w wodną piłkę, próbując podgryźć Mikołaja. A on się śmiał, niezbyt martwiąc się, że Irena gdzieś przepadła. Działa, rodzina, kapusta… Niech idzie!

W domu ciemno, światło tylko w kuchni.

Andrzej postawił przed żoną patelnię z jajecznicą.

Głodna jesteś pewnie po basenie? Jeść. Kroić ci kabanosa? nalał jej spory kubek herbaty.

Irena pokręciła głową. Bała się spojrzeć mężowi w oczy, dłubała widelcem w jajecznicy.

Wie? Nie wie? I co teraz…? Czemu taki spokojny?!

Irka… po długiej ciszy rzucił Andrzej. Gienia jakieś rzeczy przyniosła. Ciągle się do kuchni pchała, ale wyrzuciłem ją. Ciuchy… No! Torebki… wskazał palcem pod stół. Twoje niby. Przekręciła się, co?

Irka powoli uniosła obrus, spojrzała na torby, wzruszyła ramionami.

No właśnie, głupoty gada! ucieszył się Andrzej. Herbaty mi nalej. Nie, lepiej koniaku. Mam ochotę poprosił.

Zerwała się, pędem do kredensu, a potem nagle zamarła.

Kruszynka, usłyszała jego głos i gwałtownie odwróciła się. Mówię, kruszyna na stole została. Tomka wiecznie okruszy przy chlebie. Trzeba szmatę wziąć i posprzątać, spokojnie dokończył, potem spojrzał na Irkę spod byka i odwrócił się…

Koniak pili razem. W ciszy, bojąc się spotkać spojrzeniami.

W końcu Andrzej wstał i wyszedł.

Gieniu, on naprawdę odszedł! Spakował się, klucze na komodzie zostawił. Gieniu! Irena płakała do słuchawki, patrząc w lustro na wykrzywioną z rozpaczy twarz kruszynki, która przed trzema godzinami pływała z Mikołajem. Włosy pachniały chlorowaną wodą, bolały plecy. Gieniu, jak on mógł?! Czy tak postępuje prawdziwy facet? Zostawił nas z Tomką, po prostu zostawił!

Irena nagle się rozzłościła, przycisnęła pięść do stołu.

Właśnie jak prawdziwy facet, Irka. Inny by cię zlał i nawet nie żałował. On po prostu wyszedł. Zauważ: ze swojego mieszkania. I jeszcze śmiesz coś mówić o nim? parsknęła Gienia. Wiesz, wcześniej nie rozumiałam, czemu ci z Andrzejem nie idzie. Przecież pieniędzy nie brakuje, Tomka mądra, nie pije… Co, że milczy? Przecież to lepsze, niż by miał włóczyć kumpli i pić. Ale tobie zachciało się życia filmowego, czułości, czułostek, co? Ty jemu nigdy słodkiego słowa nie powiesz! Mężczyźni jak dzieci pogłaszcz, a on już wszystko zrobi. Ja ci nie pomogę, Irka. Dobranoc.

Irena bezradnie postawiła komórkę, garbiła się i cicho płakała…

Tamara zdała sesję, wyjechała na wieś do znajomych. Z matką nie rozmawiała, zostawiła liścik, by jej nie szukać.

Mikołaj pojawił się po tygodniu, zaczaił się pod blokiem, wyłonił się z cienia.

Witaj, kruszynko! wysyczał przez zęby, chowając zmarzniętą twarz pod kołnierz skórzanej kurtki. Tęskniłaś?

Dzwoniła do niego kilka razy, chciała się wypłakać, ale nie odbierał, a teraz przyszedł…

Mikołaju… odezwała się bez energii. Co ty tu robisz?

Rozejrzała się za jego samochodem.

Do ciebie przyszedłem. Porozmawiamy o długach, kruszyno! objął ją.

Jakich długach? O co ci chodzi?

Przestraszyła się, próbowała się wyrwać, ale zacisnął dłoń na jej łokciu.

Karmiłem cię? Karmiłem. Dogadzałem? Oczywiście! szepnął jej do ucha słodko. Teraz ja mam kłopoty, a ty masz po mamie mieszkanie. Pięć milionów złotych, sprzedajemy! I obecne też! No, chodź, porozmawiamy w cieple!

Kruszynka pisnęła z przerażenia, zaczęła się wyrywać, ale znów nie miała siły, na drżących nogach ruszyła do klatki schodowej, modląc się w duchu, by ktoś ich zobaczył. Ale podwórko było puste.

Otwieraj, kruszynko, zamarzam, popchnął ją do drzwi.

Zaczęła szlochać, osuwała się na śnieg, aż Mikołaj nagle ją puścił, dziwnie zamachnął głową i padł bokiem.

Nad nim stał Andrzej, bez czapki, rozczochrany i wściekły. Trząsł pięściami.

Wynocha! Spadaj, słyszysz?! Bo nie policzysz kości! ryknął, ruszył na leżącego, ale Irena chwyciła go za rękę, powstrzymała.

Mikołaj, rozpoznając go, zakpił, że Andrzej dorobił się rogów, ale szybko zamilkł, bo dostał w szczękę.

Zjeżdżaj! Żeby cię tu więcej nie było! warknął Andrzej, podniósł starą czapkę, otarł nią nos, objął żonę. Idziemy do domu. Zimno

Co rozmawiali tej nocy, co przeżywali, tylko księżyc za oknem i wiatr wciskający się przez szparę w oknie wiedzieli. Na stole dwie nietknięte herbaty, stary zegar na ścianie. Potem ciemność, w której byli tylko oni mąż i żona, którzy postanowili, nie wiadomo po co, żyć dalej…

Nikt już nigdy nie nazwał Ireny kruszynką. Gdyby ktoś próbował, tylko by się wzdrygnęła i odwróciła.

Mikołaj już się nie pojawił. Nie udało mu się trafił na twardego męża.

Gdy kiedyś przypadkiem w autobusie usłyszał, że Irena odziedziczyła po mamie mieszkanie i nie wie, co z nim zrobić, jak jest zmęczona, samotna i nieszczęśliwa, Mikołaj zrozumiał, że mógłby pomóc, rozwiązać sprawę lokalową i przy okazji ukoić samotność Irki. Gdyby był trochę ostrożniejszy, może by się udało, Irena oddałaby mu wszystko, bo ją oswoił”, nakarmił, ogrzał. Ale… pospieszył się. Okoliczności go przycisnęły, Jurek nalegał na spłatę długu tak mocno, że aż żebra płonęły pieczeniem… Poszedł na rympał, zażądał konkretów. Nie powiodło się. No trudno. Inne kruszynki, spragnione ciepła i marzeń, zawsze się znajdą… On je odnajdzie, uszczęśliwi, a potem odbierze, co swoje.

Tymczasem musiał wynieść się z mieszkania, gdzie pościel była jedwabna, a widok na centrum bajkowy. Nic to. Jeszcze się odegra… Chyba że Jurek postanowi inaczej.

Oceń artykuł
TwojaCena
Kruszynka