Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co nam się kiedyś przydarzyło z sąsiadami istny kabaret, ale wtedy wcale nie było nam do śmiechu.
To było jakieś pięć lat temu. Z Piotrem mieliśmy już dwie córki Zosię i Małgosię a mieszkaliśmy całą czwórką w jednym, maleńkim pokoju, dosłownie jak sardynki w puszce. Serio, już wtedy marzyliśmy, żeby trochę rozwinąć skrzydła i zamieszkać w czymś większym, ale ograniczały się to do gadania przy herbacie, bo wiadomo życie, kredyty, kasa
No i jak się dowiedzieliśmy, że Zosia i Małgosia będą miały siostrzyczkę, nie było już co czekać. Trzeba było na poważnie ogarnąć temat większego mieszkania. Po przekalkulowaniu wszystkiego wyszło nam, że jedyny ratunek, żeby zmieścić trójkę dzieci i siebie, to sprzedać nasze M i dołożyć jeszcze trochę grosza. Wtedy mogliśmy sobie pozwolić na trzypokojowe mieszkanie, wiadomo na obrzeżach Warszawy, bo w centrum tylko w totka wygrać.
Plan wykonaliśmy stare mieszkanie sprzedane, a nowe w starej warszawskiej kamienicy kupione. Mieszkanie marzenie, wyremontowane, lśniące jedyne, co trzeba było zrobić, to wnieść meble i można było urządzać parapetówę.
Mieliśmy myśleć, że los się do nas uśmiechnął, a tu nagle bach! sąsiedzi z góry zaczęli się na nas uwziąć. Szefowie klatki, bez dwóch zdań. Najpierw dziwne komentarze, a potem regularne pretensje o wszystko!
Czemu tak długo trzymacie otwarte drzwi na klatce?
Tłumaczę, że wnosiliśmy kanapę i łóżka dla dzieciaków, więc przecież drzwi musiały być otwarte.
Potem: Proszę nie parkować samochodu pod moimi oknami!
A gdzie mam parkować? Mieszkamy na pierwszym piętrze, ja stawiam auto pod swoimi oknami, a pani okna są piętro wyżej magia.
Najbardziej mnie rozbawiła i zirytowała pretensja, że nasze dzieci wybiegają z przedszkola i biegają po mieszkaniu jak szalone.
Przeszkadzają mi, jak wracają!
Mówię: Z całym szacunkiem, ale mieszka pani piętro NAD nami, więc chyba raczej moje dzieci słyszą, jak u pani odkurzacz trzaska po podłodze, niż odwrotnie!
A czarę goryczy przelał numer, który odwalili, jak moja Ania była już w zaawansowanej ciąży. Przyszedł do niej cały komitet pań z klatki, kiedy mnie nie było, i zaczęły krzyczeć, że podobno wpuściłem do bloku jakiegoś obcego faceta, który miał chodzić po mieszkaniach i oferować dorabianie kluczy do domofonu, bo rzekomo wyszedłem na papierosa. A ja papierosa w życiu nie zapaliłem! Niezła intryga.
Wróciłem do domu, Ania cała roztrzęsiona, więc nie wytrzymałem poszedłem do sąsiadek i powiedziałem im jasno i stanowczo, żeby dali nam już spokój, bo ani nie palę, ani nie wpuszczam kogo popadnie do bloku.
Od tamtej pory żyjemy obok siebie w świętym spokoju. Cześć raczej już nie mówi, ale przynajmniej nie mamy więcej żadnych dram. Jak na polskie blokowisko i tak nieźle!




