Antek, który miał mnie podrzucić do domu rodzinnego, okazał się strasznie zezowaty. Zostawił mnie przed domem dziecka, jakby był rozczochraną kurą.
Od razu wszystko poszło w złym kierunku.
Dopiero po czterdziestce zdołałem wygrzebać się z tej dziury, w którą wrzucił mnie ten pokręcony ptak. Dom postawiłem, żonę znalazłem, samochód używany kupiłem. Pozostało tylko coś posadzić i kogoś wychować.
Jednego z Helenką damy radę wychować. O drugim nawet nie myśleliśmy.
Właśnie o sadzeniu, wzrastaniu i ohydnym, deszczowym poranku rozmyślałem, zalewając kawę. Przez otwarte okno przeciąg łagodnie falował moimi rodzinami bokserkami. Bokserki miałem dużo wcześniej niż żonę. Co za ironia.
W szybę balkonu coś postukało. Znowu ta dzieciarnia rzuca w gołębie kamieniami? Bociana tu na was nie ma, łobuzy.
Stukanie powtórzyło się. Potem jeszcze raz. Kto tam? Trzecie piętro.
Odsunąłem firankę. Na balkonie dreptał ten sam zezowaty bocian z dziecięcych wyobrażeń.
Spadaj, potworze krzyknąłem przerażony. Kanapka zleciała na podłogę.
Przepraszam cię, Panie Antoni bocian wsunął przez rozchyloną drzwi balkonowe swoją chudą głowę. Zawiniłem, przyznaję. Uszczypnij! Lepiej w prawe skrzydło, jest większe.
Wynoś się próbowałem wypchnąć jego długą szyję na zewnątrz, trzymając ją obiema rękami.
Antek, nie wygłupiaj się zacharczał bocian. Posłuchaj, co mówię.
Jeszcze mówić zacząłeś?! nie ustępowałem. Zaraz zawiążę ci ten dziób na supeł, łajdaku.
Ja z przeprosinami przyleciałem wydukał bocian.
O wiele za późno, dłubasie.
Natarczywy dzwonek rozległ się w przedpokoju. To Helenka wróciła.
Spadaj powiedziałem bocianowi, w końcu go wypychając. Niech cię nie będzie, gdy wrócę.
Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do drzwi.
Przepraszam, Antoni! zawołał bocian, przechylając łepetynę przez okno. Naprawiłem wszystko!
Helenka wbiegła do mieszkania mokra i rozpromieniona. Włosy przykleiły się do policzków, oczy jej wręcz błyszczały. Może ona też spotkała bociana?
Nie dając mi nawet słowa wtrącić, rzuciła parasol w kąt i rzuciła mi się na szyję.
Czwórka! Czwórka! zawołała na całe mieszkanie.
Jaka czwórka? spojrzałem na nią zupełnie zdezorientowany.
Będzie nas czworo! Czworo malutkich brzdąców! nie mogła się uspokoić Helenka.
I wtedy połączyłem słowa bociana z naszą czworaczą nowiną. Wypadłem na balkon jak burza. Zezowaty bocian właśnie odlatywał. Próbowałem chwycić go za ogon.
Nie zdążyłem.
Stój, łobuzie! krzyknąłem za nim. Stój, dziobaty!
Naprawiłem! poniosło się echem z góry.
Odwróciłem się. Za mną stała Helenka. Płakała ze szczęścia.




