Szklanka mleka
Wiesz, czasami niełatwo jest nie tylko tym, którym w życiu się nie poszczęściło, ale także tym, którzy starają się im pomagać. Zosia Kowalczyk przekonała się o tym już dawno: ósmy rok pracuje jako opiekunka społeczna. Przez te lata nabiegała się, zeszczuplała, trochę stwardniała na sercu i nauczyła się ostro ripostować, zwłaszcza gdy ktoś niezbyt dobrze wyrażał się o jej pracy. A ty kim jesteś, żeby oceniać moje sprawy?! potrafiła odpalić, patrząc spod burzy rudych włosów swoimi przenikliwymi, zielonymi oczami, że od razu każdemu przechodziła ochota na kolejne pytania. Było w niej coś z siłaczki i czasem wystarczyło, że ruszyła ostro do przodu i nikt nie wiedział, gdzie i po co ucieka. Dlatego właśnie nazwali ją Zośka Zgryzota.
Przez te wszystkie lata Zosia robiła zakupy dla swoich podopiecznych, kiedy trzeba sprzątała im mieszkania i zawsze potrafiła się z każdym dogadać. Raz tylko wyszło nieprzyjemnie, kiedy starszy pan podarował jej czekoladę. Przecież nie wolno przyjmować prezentów nigdy tego nie robiła, ale tym razem nie dała rady jak tu odmówić staruszkowi z wiarą na ustach? Przyniosła czekoladę do domu, ale nie mogła nawet ukruszyć kawałka stanęła jej w gardle. Oddała więc słodycz chłopakowi sąsiadów, a przy kolejnym prezencie już stanowczo odmówiła. Dziadek natomiast poskarżył się w MOPS-ie, że dzisiejsza opieka to ledwo czekają na kopertę z pieniędzmi. Zośce groziło zwolnienie, ale nawet się nie opierała: Zwalniajcie, nie będę się nad sobą użalać. Jestem człowiekiem, a nie jakąś szmatą do wycierania butów!. Ale nie zwolnili jej wstawili się za nią inni podopieczni. Jedną z nich była Ania Wysocka. Zosia już wcześniej ją lubiła, ale po tym incydencie stała się dla niej jak rodzona siostra, której sama nigdy nie miała.
I obie podobne miały losy, naznaczone smutkiem obydwie wcześnie zostały sierotami. Ania była niepełnosprawna od dziecka, Zosia niby zdrowa, ale w środku miała wiecznie rozszarpane serce, całą siebie poranioną, lękliwą i zapłakaną, choć nawet sama Ania tego nigdy w pełni nie rozumiała. Łączył je jeszcze brak dzieci to ich równało najbardziej. Zosia już się do tego przyzwyczaiła, Ania jeszcze trochę walczyła szczególnie po kilku próbach w grupie artystycznej przy ośrodku rehabilitacyjnym, gdzie miała przygotować się do koncertu. Najpierw w ogóle nie chciała słyszeć o występie, nawet ksiądz Wojciech, który odwiedzał ją z okazji różnych świąt i przynosił prezenty, odradzał: lepiej niech zajmie się haftowaniem. I rzeczywiście chociaż palce Ani nie były zręczne, nadrabiała cierpliwością. Haftowała serwetki, chusteczki, potem ozdobiła lnianą sukienkę barwnymi wzorami, czerwoną ornamentyką i zielonymi, wymyślnymi ptakami. Tak się postarała, że sukienka pojechała na wojewódzką wystawę rękodzieła i zdobyła główną nagrodę. Na koniec jeszcze ją sprzedali oczywiście za pozwoleniem Ani. Kiedy przekazano jej sporą sumę, Ania zadzwoniła do Zosi i z płaczem wyznała, że to jej pierwszy w życiu zarobek i nie wie, co zrobić z pieniędzmi.
Nie martw się coś wymyślimy! roześmiała się Zosia, a po chwili spoważniała: Kupimy parę podobnych sukienek, będziesz haftować przez rok albo i dwa. Przynajmniej nie będziesz miała głupich myśli o tym, czego mieć nie możesz.
Ania nie odpowiedziała na te ostatnie słowa trochę ją zabolały. No bo jak tu nie myśleć, skoro ostatnio coraz poważniej marzyła o mężu. W filmach to tak pięknie pokazują… Ania wiedziała wszystko o miłości z seriali, ale w jej przypadku to raczej mogła tylko pomarzyć.
Po sukcesie na wystawie zadzwonili do niej z ośrodka i zaproponowali udział w zajęciach z tańca, żeby przygotować w duecie tanecznym występ.
Niemożliwe O co wam chodzi?! zdziwiła się Ania i rzuciła słuchawką, przekonana, że to jakiś kiepski żart.
Ale zadzwonili znowu i przekonali ją, żeby spróbowała; jeśli nie wyjdzie, nie będą naciskać.
Może się uda! przekonywał szorstki kobiecy głos. Teraz to pani laureatka i pora rozwinąć talenty! Gwiazdę z pani zrobimy! Zorganizowaliśmy transport, na próby zabierze panią opiekunka.
A z kim będę ćwiczyć?
Z kimś takim jak pani Mamy parę takich duetów. W naszym kraju nie ma ludzi skazanych na samotność! Każdy znajdzie pasję na miarę możliwości! nie pozwalała sobie przerwać ta kobieta.
Może spróbuję westchnęła tylko Ania.
I bardzo dobrze! Jutro po obiedzie specjalny bus po panią przyjedzie. A ja mam na imię Małgorzata Klementyna, prowadzę tę grupę.
I rzeczywiście, następny dzień. W umówionym czasie zjawił się posępny, siwy kierowca z Baranowa, ostrzyżony na jeża, i zabrał Anię, która nie założyła czapki, żeby nie popsuć fryzury przecież przed chwilą Zosia specjalnie ją uczesała. W busie czekał już chłopak na wózku. To z nim właśnie Ania miała ćwiczyć. Przedstawiono ich sobie to był Alek. Ania od razu strasznie się speszyła, dotykając jego dłoni. Coś niesamowitego poczuć siłę męskiej dłoni.
Na miejscu Zosia i kierowca pomogli Ani wyjechać z autobusu, wjechać podjazdem do ośrodka i dotrzeć do sali; Alek zaś radził sobie świetnie sam.
Na próbie na początku nic im nie wychodziło. Cała spocona, czerwona ze wstydu, słuchała wskazówek i próbowała ruszać się w rytm. A to była dopiero rozgrzewka później miesiącami, dwa razy w tygodniu, przychodziła na próby, zawsze z Zosią obok.
Przetańczyła tak prawie całą jesień i zimę, nawet przestała haftować. Bez prób nie wyobrażała już sobie życia, chodziła tam jak do ukochanej pracy.
No i znów dzisiaj szykowała się na próbę, czekając na Zosię, która przyszła jakaś markotna, jakby to jej najcięższe męki sprawiało ciąganie się na próby. Ania nie wytrzymała i przygadała:
Co tak się dąsasz?!
Wcale się nie dąsam! Zosia próbowała się nie marszczyć na twarzy.
Ania zauważyła jej zły nastrój i szybko zmieniła temat:
No dobra! Mamy dopiero po czterdziestce, możemy jeszcze stworzyć rodziny!
Ty o tym… Ja już byłam… Siedem lat mnie mąż męczył i odszedł. Słusznie nie mam żalu. To kara za to, że jako panna latałam za każdym kawalerem. Tylko szkoda, że rodzice wnuków nie doczekali…
Było, minęło. Ja bym na twoim miejscu jeszcze sto razy wychodziła za mąż!
Znowu się mnie czepiasz?!
W dzisiejszych czasach to i dziecko można mieć inaczej, nie trzeba męża!
Trzeba mieć pieniądze! I myślisz, że dużo zarabiam?
W telewizji mówili, że już refundują takie rzeczy!
Daj spokój, później pogadamy… A w czym jedziesz?
Nawet nie wysłuchasz… W różowym swetrze i szarej spódnicy!
Załóż choć raz tę koncertową sukienkę, dla ciebie ją szyli! Długa jest przyzwyczaj się.
Przyzwyczaję się na próbie generalnej, bo boję się ubrudzić w autobusie!
Dzień przed generalną ćwiczyły do późna. Po powrocie Zosia wniosła Anię do mieszkania, pomogła się rozebrać, wstawiła ją w łazience na stołeczek i zaczęła myć Ania zmęczona, ale rozgadana, jakby cały czas była czymś uradowana.
Później owinęła ją w szlafrok, posadziła w kuchni. Zaparzyła herbatę, rozlała do filiżanek, postawiła przed Anią talerz z ciastkami i cukierkami. Ale Ania nie miała na słodycze ochoty. Nagle zapytała:
A ty jak to przeżyłaś pierwszy raz?
Co pierwszy raz?!
No wiesz… zarumieniła się Ania z mężczyzną…
Nie pamiętam
Nie ściemniaj. Byłaś długo zamężna, teraz jeszcze ten twój Stasiek przychodzi…
Przychodził, dwa miesiące po rozstaniu się ostał, a potem znalazł sobie młodszą. Więc nie ma czego zazdrościć! Zosia odburknęła.
A Alek to mi się chyba podoba pochwaliła się Ania. Jakoś tak na mnie patrzy!
Brunetom to zawsze blondynki kuszą. Nie myśl o nim! Rozbudzisz w sobie coś, będziesz potem żałować.
Ale jak to było u ciebie?!
Daj spokój. Nie chcę o tym mówić. Pij herbatę i do łóżka wyglądasz blado.
Ania się nie odezwała. Zosia zorientowała się, że dziewczyna właśnie złapała to, przed czym ją przestrzegała. I tak będzie jej głowę zawracać… Szybko umyła naczynia i szykowała się do wyjścia, stojąc już w progu:
Zamknę drzwi, jutro w południe będę. Co ci kupić?
Sama wiesz odburknęła Ania i zamknęła oczy.
Wyśpij się, jutro ważna próba!
Nie odpowiedziała wcale.
No, do czego cię te tańce doprowadzają… prychnęła Zosia, lecz w ostatniej chwili nie powiedziała na głos, że jeszcze trochę i dziewczyna postrada zmysły.
Wychodząc, pomyślała inaczej: Muszę jej kogoś znaleźć. Niby niezaradna, a jak się rzuciła z tym Staśkiem Głupia, nie powinnam jej tyle zdradzać.
Kiedy Zosia wyszła, Ania żałowała, że tak szorstko ją potraktowała. Ale ona też mogłaby chociaż wysłuchać Komu teraz się zwierzyć? Gdybym tylko umiała pisać wiersze, napisałabym coś z serca! rozmarzyła się, aż poczuła mokro pod powiekami i ścisk w piersi. Odsuwała myśli o Alku, lecz jego obraz sam wracał: krótko ostrzyżone ciemne włosy, głębokie piwne oczy i mocne ręce. Na początku bała się z nim zatańczyć, ale potem poczuła przy nim pewność. To jej dodawało odwagi. Nawet choreografka ją pochwaliła: Brawo! jak do uczennicy w podstawówce Ania to uwielbiała.
Coraz lepiej jej szło, taniec miał już w ręku. Przywykła do Alka, do Zosi na widowni, do elektryka w pomarańczowym kombinezonie, wiecznie coś poprawiającego za sceną.
Myśląc o próbie generalnej, przyszło zdenerwowanie czy się uda? Jeszcze bardziej bała się, co będzie, gdy koncert się skończy. Może nigdy nie spotka Alka poza próbami? Czy kiedyś zabierze go do siebie, by wszystkim sąsiadkom pokazać, że też ma mężczyznę? Może szczęście jej się tylko na tej sali przytrafia Postanowiła, że daje z siebie wszystko i oby nigdy nie powiedzieli o niej: No cóż, wiadomo, jak z nią jest.
Przed występem rozłożyła sukienkę na łóżku i sprawdzała wszystkie szwy, żeby czasem coś się nie rozpruło. Fioletowa, z cekinami i cyrkoniami, aksamitna suknia aż lśniła. Ania wyobraziła sobie, jak wygląda w niej na scenie Co później, to aż bała się myśleć. Najważniejsze patrzeć na Alka i tańczyć idealnie w rytm.
Usłyszała szczęk klucza. Zosia weszła, rzuciła żartobliwie:
No co, księżniczko, gotowa na generalną?
Chyba tak Stres mnie zżera.
I dobrze, przynajmniej czuć, że ci zależy. No to się zbieramy.
Pakowały się długo i poprosiły marudnego kierowcę, by podjechał wcześniej Ania chciała się przebrać jako pierwsza, oswoić się z sukienką. Stres już ją dopadł, gdy tylko przekroczyła próg domu kultury. Wydawało jej się, że wszyscy patrzą na nią i Alka, który dziś występował w czarnym garniturze z muchą u boku jakiejś kobiety.
Za kulisami Alek podjechał do Ani, pocałował ją w policzek i szepnął:
Spokojnie, będzie dobrze!
Ania tylko skinęła głową, cała rozpalona od tego dotyku, ledwie oddychała. Gdy zamknęła oczy, poczuła rękę na ramieniu. Otworzyła powieki obok stała kobieta opierając się na lasce.
Nie martw się, wszystko pójdzie gładko szepnęła.
Kim pani jest? spytała Ania, czując dziwne przeczucie.
Alek odpowiedział, jakby czytał w jej myślach:
Aniu, poznaj, to moja żona Marta.
Zamurowało ją. Spojrzała na dłoń Alka: na serdecznym obrączka, której wcześniej nie widziała! Od tych kilku słów, od obrączki, świat Ani rozpadł się w jednej chwili, jakby to wszystko działo się komuś innemu. Zabrakło tchu, obraz nagle się rozmazał
Gdy przyszła do siebie, spojrzała dookoła i znów opadła bezwładnie.
Co się stało z Wysocką?! przestraszona, a przy tym zła, zapytała Małgorzata Klementyna, dyrektorka grupy, przypominająca uschniętą gałązkę.
Do domu jej trzeba! twardo odparła Zosia Wyczerpana, czy to nie widać?
Lekarza trzeba wezwać! Nie po to pół roku ćwiczyła, by tak wszystko zaprzepaścić!
Może to te słowa, a może po prostu samo z siebie Ania otworzyła oczy. Nie chciała jednak patrzeć na nikogo, na każde pytanie odpowiadała milczeniem. W drodze powrotnej do domu, szepnęła do Zosi:
A gdzie Alek?
Został na próbie. Będzie tańczyć stary numer. A ty się rozkleiłaś jak panienka z papierka. Nie przejmuj się, to nawet lepiej, że tak wyszło. Po co ci te taneczne fanaberie! Ksiądz Wojciech miał rację! mówiła Zosia, zły ton w głosie.
Ania poczuła do niej żal.
Wkurzony kierowca pomógł Zosi wnosić Anię do mieszkania, a ta z miejsca, w koncertowej sukni, rzuciła się na łóżko.
No i koniec balowania?! zapytał ze śmiechem kierowca, pierwszy raz od miesięcy.
Koniec, koniec. Idź pan już! przegoniła go Zosia, po czym przysiadła obok Ani No, dasz znać, co się wydarzyło? spojrzała jej w oczy.
Ania długo milczała. Po chwili, przez łzy, żaliła się:
Alek… on jest żonaty
Zosi aż się chciało śmiać, bo myślała, że doszło do tragedii, a tu taka rzecz.
Czyli co, kołaś się na niego nastawiała? Marzenia o pierścionku?
Nie Twoja sprawa, idź sobie!
Zosia nie ruszała się z miejsca. Ania powtórzyła:
Idź, nigdy więcej tu nie przychodź. Poradzę sobie bez ciebie! Ty masz paskudny charakter!
Gdyby Ania powiedziała to złością, Zosia by się po prostu obraziła. Ale usłyszała to cienkim, zapłakanym głosem i choć była już twardą babką, zrobiło jej się przykro. Nigdy nie miała własnej rodziny, a Ania była jak siostra. Inne opiekunki wpadną z zakupami, wysprzątają, i tyle je widziano. Zosia w weekendy wpadała, gotowała, prała, nawet nocowała, kiedy trzeba. A teraz usłyszała, że jest zgryzotą! Prawdziwy cios.
Dzięki, Ania westchnęła gorzko Zosia.
Starała się zachowywać normalnie, ale gdy szła do domu, nogi miała jak z waty. Jutro poproszę, by mnie wypisali od tej jędzy! Albo sama rzucę robotę w MOPS-ie. Do przedszkola mnie w końcu wzywają. Tam pracowałam po szkole i nikt mi tam nie dopiekał!
W domu miała zrobić kolację, ale nawet nie miała siły zagotować wody. Wypiła herbatę z ciastkiem i położyła się na kanapie. Sama padła z przemęczenia po tej generalnej.
Już prawie spała, gdy zadzwonił telefon. To był ksiądz Wojciech. Zosia aż się wzdrygnęła, bo za oknem było już ciemno.
Pani Zosiu, proszę szybko do Ani, trzeba ją zawieźć do szpitala
Zosi aż serce stanęło, od razu pomyślała, że pewno zapomniała zamknąć mieszkania Ani Musiało się stać coś poważnego. Nawet nie wiedziała jak się ubrała i wybiegła na ulicę. W biegu minęła się z pogotowiem, przez myśl jej przemknęło: Czy to czasem nie ją wiozą?. Pod domem radiowóz, ksiądz, sąsiadki.
Co z Anią? zapytała księdza, który w swojej czapeczce wyglądał jeszcze wyżej.
Chyba się zatruła Dzwoniła niedawno, powiedziała, że jej bardzo źle i prosiła, żebym przyjechał. Nic nie tłumaczyła. Wszedłem do mieszkania leży na podłodze nieprzytomna, rozsypane jakieś tabletki Wezwałem pogotowie i policję.
Podeszedł do nich policjant o szerokiej szczęce i nieco za krótkiej kurtce służbowej:
Kim pani jest dla poszkodowanej?
Opiekunka… po chwili poprawiła: Pracownik socjalny. Co jej się stało?
Próbowała targnąć się na życie!
Ona? Jak anioł żyje!
Ktoś ją musiał doprowadzić. To wyjaśni śledztwo Ma pani klucz do mieszkania?
Mam
To proszę ze mną. Wyłączymy wszystko z gniazdek, zamknę drzwi i odprowadzę panią na komisariat po zeznania.
Jakie zeznania Godzinę temu wszystko było w porządku.
Najwyraźniej nie do końca. Dlatego pani wyjaśnienia porównamy z tymi, które złoży sama poszkodowana, jeśli przeżyje.
Co pan mówi, do jasnej cholery?!
Policjant wziął Zosię, a do środka weszły sąsiadki.
Lodówkę też proszę wyłączyć! rzucił policjant.
Przecież się jedzenie popsuje! zmartwiła się Zosia.
Wyniesie się na balkon.
Wynosząc zawartość lodówki, znalazła na balkonie telefon.
To chociaż telefon jej zawiozę!
Wszystko musi zostać na miejscu!
Zosia zrobiła wszystko jak kazali, a kiedy zaplombowano drzwi, pojechali razem na komisariat. Po zeznaniach uśmiechnął się policjant:
Od nieodwzajemnionej miłości? Zielonego pojęcia nie mam, wyjdzie w praniu
Od czego innego, święty Boże!
W takim razie do widzenia, może pani jechać do domu.
Ale Zosia nie wróciła, tylko zatrzymała taksówkę i pognała do szpitala. W izbie przyjęć dowiedziała się od salowej (ważnej, siedzącej przy telefonie), że Ania dotarła, ma płukanie żołądka, już jest przytomna.
Oby szczęście można odwiedzić?
A co pani! Najwyżej za trzy dni, jak przejdzie do zwykłej sali, a może nawet wtedy nie przez grypę mamy kwarantannę. Kto pani dla niej siostra?
Przyjaciółka
To dobrze, bo sądziliśmy, że nie ma nikogo mruknęła pielęgniarka.
A wózek jej mogę dostarczyć? Przecież jest niesprawna!
Nie mamy własnych wózków?! Aż przykro!
Dała jej numer do szpitala i kazała dzwonić na wypis.
Wyszła nieco spokojniejsza, ale w domu czuła się gorzej niż kiedykolwiek. Samotność, chłód, nawet nie było do kogo zadzwonić. Cały wieczór gapila się w telefon i nic. Następnego dnia zgłosiła w pracy, że Ania trafiła do szpitala i poprosiła, by jej nie przekazywano innej opiekunce.
Nadal podlegasz pod nią, nie martw się uspokoiła ją szefowa, już chyba wszystkowiedząca.
Przez kolejne dni codziennie dzwoniła do szpitala, wypatrując wieści. Ania nie odpowiadała. Czwartego dnia zadzwoniła nieznana kobieta:
To pani Zosia?
Tak, słucham
Dzwonię ze szpitala, jestem pielęgniarką Ani Wysockiej. Prosi, żeby pani przyszła. Co prawda nie wolno się z nią widzieć, ale może pani stanąć pod oknem. Jest w części terapeutycznej, drugie piętro, trzecie okno od lewej naprzeciwko wejścia. Będzie czekała o pierwszej.
Dziękuję, stawię się! Mogę coś przynieść?
Nic. Kwarantanna przez grypę.
I nawet kwiatów, choć Dzień Kobiet był?
Ni-cze-go! podkreśliła pielęgniarka.
Zosia odwiedziła jeszcze dwie podopieczne, po czym poszła pod szpital. Z ciekawości chciała rzucić śnieżką w okno, ale pojawiła się Ania: blada, wychudzona, ale z błyszczącymi oczami. Próbowała coś powiedzieć, ale przez podwójne szyby nie było szans. Po chwili pokazała kartkę: PRZEPRASZAM. Zosia zamachała rękami: nie ma za co, ale poczuła nagle taką wielką radość, że Ania już nie jest zła. Brawo! Gdy Ania pokazała znak, że czas się pożegnać, Zosia uległa z czułością. Poruszyła dłonią, żeby dzwoniła, i ruszyła w stronę wyjścia.
Zatopiona w dobrych emocjach, rozgniatała roztopiony śnieg na rozjeżdżonym chodniku. Dopiero po chwili, patrząc na wystawy, fasady, park za skrzyżowaniem, poczuła, że wszystko rozświetla ciepłe, wiosenne słońce, a złoty blask tknął nawet kopułę pobliskiego kościoła. Zosia zapatrzyła się i pomyślała: przyszła prawdziwa wiosna, a wszystko, co złe, zostało już za nią w zimnej, beznadziejnej, śnieżnej zimie. Ta iskra nowości wszystko w niej rozmiękczyła i pozwoliła inaczej spojrzeć na minione dni. Teraz już nie mam powodu do narzekań! postanowiła, a płacząc ze szczęścia, jeszcze raz pomyślała o Ani i łobuzersko parsknęła przez nos Co za kłopotnica prawdziwa koza!.




