– I banany dla babci Niny! Nie zapomnij! Tylko takie małe, jak ona lubi! Ostatnio znów kupiłaś jakieś ogórki zamiast bananów! Haniu! No jak można? Naprawdę tak trudno zrobić dokładnie to, o co cię proszą?
Maria Andrzejewna Kowalska, główna księgowa dużej firmy, matka dwójki dzieci i całkiem sobie zadowolona żona, westchnęła i kiwnęła w pustkę, jakby mama ją mogła przez telefon zobaczyć. Ale cóż, dobrze wiedziała, że mama i tak wyczuje po tonie, jak do tego się odniosła.
– I nie kiwaj mi tu głową, tylko zrób! Bo znam cię aż za dobrze. Wiatr w głowie, a lata lecą! Haniu, może czas dorosnąć, co?
Więc drugi raz już nie przytakiwała. Po prostu powiedziała: „Dobrze, dobrze!” i pożegnała się z mamą.
Dorosnąć czas Jasne! Czterdzieści i trochę rzeczywiście, dzieciątkiem już nie jest.
Do końca pracy zostało pół godziny, więc Hania próbowała się skupić na raporcie. Próbowała. Różne myśli wchodziły jej do głowy, najczęściej niestety te mroczne. A ona przecież porządna dziewczyna! Tak mama zawsze mówiła
– Haneczka to nasza zdolna dziewczynka! Sama grzeczność, aniołek!
W przedszkolu to naprawdę było rozczulające. Mała, cherubinkowa dziewczynka z wielkimi kokardami w warkoczach, w rozkloszowanej spódniczce. Cudo.
Cudak! bo z przedszkola mama odbierała już nie eteryczną Zosię Samosię, tylko roztrzepaną łobuziarę.
– Hania! Co ty masz na tej głowie?
– Gniazdo, mama, pani Basia powiedziała. Kazała mi się cicho zatrzymać na podwórku, żeby ptaszki przyleciały i jajka zniosły. Jeszcze jakiś pożytek z tej fryzury będzie.
– A kokardy gdzie?
– Nie wiem Jedną wziął Mateusz. Potrzebna mu była na linkę do kotwicy. Mamo, wiesz, że on ma PRAWDZIWY STATEK?! Tata mu zrobił! Dziś pani Basia wlała wodę do miednicy i pokazywała, jak pływa. Ale fajnie!
– A druga wstążka?
– Lena chciała, to jej dałam. I tyle jej widzieli. Mamo, a dlaczego wiatr wieje?
– Hania!
– Co?
– Daj mi już spokój z tymi dziwnymi pytaniami! Głowa mi pęka!
Cisza. Hania zerkała ukradkiem na mamę całą drogę do domu. Może ją boli? Może jej głowa już się nigdy nie zrośnie w całość, zupełnie jak z jakimś rozklekotanym jajkiem- wydmuszką, którą mama rzuca do kosza po jajecznicy?
Wyobraźnię miała Hania ogromną, więc zanim dotarły choćby w połowie do domu, szła już i szlochała, a potem wyła ochrypłym głosem jak sąsiedzka psina, Pchełka.
Pchełka była bardzo, bardzo głupim psem. Wyła przy każdej możliwej okazji, a tragedię urządzała zwłaszcza wtedy, gdy jej pan, pan Janek hydraulik, miał przerwę techniczną i nie wracał do domu kilka dni. Wtedy Pchełka zawodziła przez całą dobę, przez co dzieciaki z trzeciej klatki przy Lubelskiej 14 błagały rodziców, by psa komuś oddać. Oczywiście, rodzice marudzili, dzwonili po dzielnicowego, ale Pchełka zostawała na posterunku. Przestała wyć tylko raz właśnie wtedy, kiedy sąsiedzi czuli już, że nieszczęście puka do drzwi.
Janka żegnało całe podwórko. Bardzo dobry człowiek zawsze każdemu chciał pomóc, tylko, jak babcia Hani mówiła, charakterek miał miękki.
Wtedy Pchełka siadła w progu, patrzyła na znikających ludzi i rzucane przed nią kwiatki, i już nigdy nie zawyła. Hanię mama tego dnia nie posłała do przedszkola, bo wybierały się do dentysty. Hania podeszła do psa, pogłaskała, ale Pchełka nawet ogonem nie ruszyła, choć zwykle była na każde dobre słowo. Mama wzięła ją za rękę i poszły dalej, a gdy wróciły, Pchełka siedziała tak samo, zmarznięta, i Hania przysięgła sobie, jak ją nauczył Mateusz, robiąc znak krzyża pazurem na brzuchu, że pies naprawdę płacze.
– Mamo, a czemu nie widać jej łez?
Co było w tym pytaniu? Sama nie wiedziała. Ale mama zadrżała, uklękła obok, i jakby niepewnie wyciągnęła rękę:
– Pchełka, chodź Już nie wróci.
Zrozumiała ją suka? Hania nie wiedziała. Mama po prostu ją złapała, wsadziła pod pachę i burknęła do Hani:
Chodź, musimy ją wykąpać i nakarmić.
I tak Pchełka została Hani psem. Żyła bardzo długo. Ile miała lat, gdy odszedł pan Janek, nikt nie wiedział. W ich rodzinie pies dożył jeszcze siedemnastki. Hania skończyła szkołę, wyszła za mąż, i przez cały ten czas Pchełka głosu nie dawała tylko chodziła grzecznie na spacery i pozwalała myć sobie łapy. Kiedy odchodziła na tamte psie pola, tylko westchnęła, całkiem po ludzku, i wtuliła nos w zapłakaną dłoń Hani. Więcej psów Hania nie miała. Dzieci prosiły, ale nie znalazła w sobie siły. Wciąż widziała te ciemne, mądre oczy.
Ale w ogóle dzieciństwo miała szczęśliwe. Mama, tata, dwie babcie, zając bez ucha i naleśniki ze śmietaną w niedzielę. No i była babcia Ola i jej działka pod Lublinem. Tam Hania jeździła z mamą rzadko dlaczego, wtedy nie wiedziała ale wszyscy jakoś z wyjątkiem mamy wyglądali na szczęśliwych.
A wyjazdy nad morze z drugą babcią, Niną, były najlepsze! Nina odpowiadała wnuczce na każde pytanie, dla niej nie było tematów tabu, przez co nie raz dostawała żółte kartki od Hani mamy.
– Matko, po co jej to wszystko?! Ona ma dopiero siedem lat! Przecież niczego nie zrozumie!
– A ty niby głupia byłaś? Wszystko rozumiałaś! Zresztą, ona cała w ciebie.
Z tego śmieli się potem po kątach, bo mama potrafiła się strasznie zżymać. Hania słuchała babcinych historii o tym, skąd się biorą dzieci, i chociaż połowy nie rozumiała, postanowiła, że przy następnej okazji zapyta, dlaczego dorośli rzadko mówią dzieciom prawdę.
Powody miała nie byle jakie.
Dorośli się starali, ale Hania i tak słyszała, że u nich w domu nie jest kolorowo. Krzyki przez zamknięte drzwi, cichy płacz mamy. U babci Oli mama milczała, babcia się krzywiła i pichciła swój popisowy wiśniowy placek.
– Mamo, chodź, naucz się w końcu! Poznasz sekret i w domu taki też upieczesz! Najlepszy placek na świecie.
A mama odpychała rękę i mówiła Nie.
Nie tłumaczyli jej nic, trzymali emocje na wodzy. Wiele lat później przyszło zrozumienie rodzina to nie tylko papier.
Rodzice się rozwiedli, kiedy Hania miała dziesięć lat.
Środek dziecięcego przyjęcia urodzinowego, huknęły drzwi, mama rzuciła prosto:
– Koniec.
Pchełka, która zrozumiała dużo więcej niż Hania, podeszła, przytuliła się do nogi mamy. Ktoś zawołał Hanię, więc pognała za tortem do salonu, a gdy po chwili wróciła, zobaczyła, jak kobieta i pies stoją obok siebie i patrzą w pustkę. Na pytanie, czy tort już, mama drgnęła, ogarnęła się i powiedziała:
– Tak! Już kroję! Idź do gości!
A potem wszyscy pałaszowali tort, pieczony przez noc z nadzieją, że wreszcie jej wypiek zostanie doceniony.
Gdy goście sobie poszli, Hania siadła przy mamie, a ta wepchnęła jej łyżkę do ręki:
– Smakuje? No właśnie! A odchudzać się będziemy od jutra. Przecież w końcu i u nas będzie święto!
O jakie święto chodziło mamie, Hania nie miała pojęcia. I potem też za bardzo nie kumała. Alimenty od ojca ledwo wystarczały, więc świętowało się już tylko raz w roku, na urodziny Hani. Mama przestała świętować własne zupełnie.
Babcia Nina nieustannie powtarzała, że mama powinna sobie jeszcze ułożyć życie. Ale Hania widziała, że te rozmowy mamę drażnią. Odpowiedź była zawsze ta sama:
– Wystarczy mi.
Starsza już Hania nieraz się zastanawiała, co by było, gdyby mama nie postawiła na sobie krzyża. Może miałaby zaprzyjaźnionego brata albo siostrę, a mama nie narzekałaby non stop na migreny, tylko częściej się śmiała?
Naprawdę mama śmiała się coraz rzadziej i coraz trudniej było Hani nie odreagować na jej docinki. Zresztą, w nastoletnim wieku zdarzało się. Ale wtedy zawsze nagle przychodziła Pchełka, i same ząbki pokazywane w milczeniu skutecznie kończyły awanturę. Raz, po ostrej kłótni, pies ukąsił Hanię w kostkę ot, upominek, żeby pamiętała, co znaczy mieć do czynienia z kimś, kto dobrze wie, czego potrzebują psy i nieposłuszne dzieci.
Dużo wytłumaczyła Hani babcia Nina.
– Czego się po niej spodziewasz? Każda kobieta będzie nieznośna bez miłości.
– Ale my ją przecież kochamy, prawda?
– Oj, Haneczko, to nie to samo! Kobieta musi czuć się kobietą. Nie z własną matką i córką!
Babcia opowiadała i swoje historie że po śmierci dziadka, choć miała romanse, to żadnego i tak nie kochała jak niego. Ale to co innego, dostawać róże czy zaproszenie do kawiarni, a co innego każdego ranka budzić się z kimś przez czterdzieści lat. Śmiała się, że Hanię spotka to samo i nawet nie zauważy kiedy.
No i rzeczywiście. Hania swojego męża, Olka, poznała dokładnie, jak przewidziała babcia. Wpada do auli na pierwszy egzamin. Zderzenie z wysokim chłopakiem, jakiś chłopczyk-zawalidroga, który uratował ją przed spektakularnym pocałunkiem z parkietem i mruknął:
– Pani, proszę numer telefonu na szybko, bo nie nadążam za panią!
Numeru nie dostał, ale po egzaminie czekał pod salą.
Po trzech latach się pobrali. Najpierw mieszkali z mamą, ale Hania wiedziała, że tak być nie może.
Mamy nie zachwycił. „Programista? Siedzi, żre kanapki i na czym mu zależy? W pięć lat będzie słoniem!” A Hania:
– Mamo, kanapki są po to, żeby je jeść i żeby pracować mógł. Lepiej, takie rzeczy, żebym ja miała spokój.
Musiał się Olek trochę napocić, żeby przekonać teściową, że jest złotem. Zajęło to całe dziesięć lat. Dopiero wtedy mama orzekła: „Zięć jak marzenie.”
W międzyczasie Hania z Olkiem kupili własne dwupokojowe mieszkanie. Hania biegała po mieście pokazując mieszkania bo nieruchomości, jak wiadomo, nogami się zdobywa! Dzieci pilnowały się nawzajem, babcia raz, prababcia drugi raz, i Hania dziękowała losowi, że obie jeszcze trzymają się nieźle.
Pierwszy niepokój pojawił się podczas ciąży z drugim dzieckiem.
– Hania, co ty sobie wyobrażasz? Na godzinę zniknęłaś! Mam całą kuchnię rozgrzebaną! – narzekała mama, mieszając wielki garnek zielonego barszczu dla swojego ulubionego zięcia. – Skończone! Następnym razem uzgadniasz plan!
Hania nie wiedziała o co chodzi, bo była w domu cały czas, a kontrola u lekarza, na którą miała pójść, była przecież wczoraj.
Odmówiła badania. Więc Hania z mężem zorganizowali lekarza. Diagnoza nie najlepsza: „Będą trudności, ale może się uda”. I w głowie pojawiło się to okropne poczucie, że od dziś nic już nie będzie jak dawniej.
Przeprowadzka do domu pod Warszawą z babcią, mamą, dziećmi, bo lekarz kazał unikać stresu. Ale teraz mama ciągle zapominała, gdzie jest.
– Mamusiu, twoja sypialnia na wprost.
– Co mi po twoim pokoju gościnnym?! Mam swój dom!
– Jasne, jasne! Ale jutro chłopców trzeba dopilnować i babcia też się rozchorowała. Zostaniesz?
– Tylko tym razem, bo też muszę odpocząć od was wszystkich!
– Oczywiście, mamo.
Dobrze, że była z nimi babcia.
– Babciu, nie pamięta już nic?
– Haneczko, pamięta. Trochę rzeczy dawnych. Czasem takie historie, o których ja już nie mam śladu w głowie.
I babcia dodawała: Z całego serca chcę, żeby ona twoja mama ci kiedyś wybaczyła. Życie, mężczyzn, pogrzebanych marzeń Ale Haneczko, jak chcesz, żeby cię kochali twoi synowie, to bądź dla niej jak dla dziecka. Odtąd to dziecko, już nie mama. Przytul, kiedy chce ci się płakać. Ale rób to w swojej łazience, nie przy niej. Proszę cię! Obiecaj!
– Obiecuję.
Ile razy jeszcze Hania do tej rozmowy wróciła nie do policzenia.
Zerknęła na zegarek, wzięła torebkę. Portfel, kluczyki, parasol. Wszystko. No to wypad: odebrać starszego z karate, młodszego ze szkoły, potem sklep. Banany koniecznie małe. Bo mama, widząc banany na stole, pewnie znowu pomyśli, że babcia Nina zaraz wpadnie. Otworzy drzwi do salonu, spojrzy na fotele całkiem nie w modzie i powie:
– Hania, po raz setny mówię: wyczyść wreszcie to obicie! Kupiłaś banany? Babcia przyjdzie, upominała się.
– Oczywiście, mamo! Usiądź! Zrobię ci herbatę.
Fotel będzie zajęty. I jeszcze będzie czas, by się przytulić do ciepłych rąk i złapać ten surowy, ale czuły wzrok. I usłyszeć znów:
– Hania, co masz na głowie? Gdzie szczotka? No dawaj, uczeszę cię! O Boże, już późno Spać pora! Co zjesz jutro na śniadanie? Kaszę mannę czy naleśniki?




