Jedyny syn zaskoczył nas oświadczeniem, że chce się ożenić przecież ma dopiero 22 lata. Jednak razem z mężem postanowiliśmy nie robić przeszkód, bo sami pobraliśmy się bardzo młodo. Mój mąż miał zaledwie 22 lata, a ja byłam jeszcze o dwa lata młodsza, gdy stanęliśmy na ślubnym kobiercu. Wyszliśmy więc z założenia, że to widocznie ich los. Tym bardziej, że przyszła synowa przypadła nam do gustu Jagoda studiowała z naszym synem w tej samej grupie na uniwersytecie. Kiedy dostrzegliśmy, że nie ma już odwrotu, rozpoczęliśmy przygotowania do ślubu.
Ustaliliśmy z mężem, że skoro Wojtek to nasz jedyny syn, chcemy wyprawić mu prawdziwe polskie wesele.
Zgodnie z tradycją postanowiliśmy odwiedzić rodziców Jagody, naszej przyszłej synowej. Wiedzieliśmy o niej niewiele parę razy widzieliśmy ją u boku Wojtka, a ona mówiła, że mieszka z mamą w małej wsi pod Krakowem. Pojechaliśmy więc w odwiedziny, informując oczywiście wcześniej przyszłą teściową o naszym przyjeździe.
Mój mąż kupił bukiet pięknych kwiatów, ja upiekłam sernik i ruszyliśmy, by poznać przyszłą rodzinę. Już na podwórku od razu uderzyło nas, jak czysto i schludnie jest wokół.
Sam dom, choć stary, robił wrażenie zadbanego i uporządkowanego. W progu czekała na nas przyszła teściowa, pani Halina. Od razu zrobiła na nas dobre wrażenie śliczna, serdeczna kobieta. Zaprosiła nas do stołu. Jedzenie było naprawdę pyszne widać było, jak bardzo się postarała. Siedzieliśmy razem długo, poznając się lepiej, ale temat wesela odłożyliśmy na później. Halina bez ogródek przyznała, że nie stać jej na wyprawienie ślubu. Po tych słowach Jagoda wyglądała na bardzo skrępowaną. Nasz syn również nie krył rozczarowania, bo wesele chciał urządzić głównie dla niej, wiedząc jak bardzo o nim marzy.
Z mężem zdecydowaliśmy się nie rezygnować i obiecaliśmy Wojtkowi, że my pokryjemy koszty wesela. Resztę zostawimy losowi.
Dogadaliśmy się z Haliną, by zaprosiła ze swojej strony tylu gości, ilu uzna za ważnych. Przecież wiadomo, że ludzie przyjdą nie z pustymi rękami a to, co otrzymają w kopertach, spokojnie pokryje koszt ich miejsc w restauracji. Halina długo się wahała, czy przyjąć nasze wsparcie, ale ostatecznie przekonaliśmy ją, żeby wsparła dzieci.
W środę, tuż przed weselem, ktoś zadzwonił do naszych drzwi. Byliśmy naprawdę zaskoczeni, gdy zobaczyliśmy panią Halinę na progu. Zaprosiliśmy ją na herbatę, widząc, jak długo zbiera się, by zacząć rozmowę. W końcu sięgnęła do torebki po biały kopertę, z której wyjęła pieniądze. Wyjaśniła z zakłopotaniem, że poczuła się zobowiązana naszą hojnością i wzięła w tym celu kredyt w banku. Błagaliśmy ją, żeby oddała te pieniądze do banku, bo nie chcieliśmy, żeby brała na siebie długi wiedzieliśmy, jak skromnie żyją z córką. Ale była nieugięta, mówiąc, że decyzja zapadła.
Wesele ostatecznie odbyło się wspaniale.
Dzieci byli naprawdę szczęśliwi. Na samym weselu pani Halina ponownie nas wszystkich zaskoczyła zobaczyliśmy w niej nie tylko serdeczną, ale i piękną kobietę. Miała zaledwie 45 lat, od lat była po rozwodzie i samotnie wychowywała córkę. Tamtego dnia odmieniła się nie do poznania elegancka fryzura, staranny makijaż, śliczna sukienka młodniała w oczach. Zauważyli to wszyscy goście, szczególnie mój młodszy brat, Marek. Marek, lat 46, sam po rozwodzie, od dekady mieszkał i pracował w Polsce, rzadko bywał w Krakowie i przyjechał specjalnie na ślub swojego chrześniaka. Cały wieczór nie spuszczał oka z Haliny, a po weselu powiedział mi, że planuje zostać jeszcze na jakiś czas w okolicy. Domyśliłam się od razu, o co chodzi.
Już następnej niedzieli jechaliśmy ponownie w wiejskie strony do pani Haliny tym razem, jak się okazało, to Marek przyjechał w roli kandydata na męża. Los połączył ich szybko kilka miesięcy później wzięli ślub i Marek zabrał Halinę do siebie do Wrocławia.
Tak została moją rodziną i dobrze, bo to wspaniała kobieta, która naprawdę na szczęście zasługuje.



