Drogi pamiętniku,
Zosiu, poszłabyś do sklepu po chlebek? zamglony wzrok mojej mamy nie mógł się już skupić na mojej drobnej sylwetce. Miałam wtedy siedem lat i aż przełknęłam ślinę na samą myśl o świeżym chlebie.
Oczywiście, mamusiu…
Czekałam grzecznie, aż mama poda mi monety za nie w sklepiku całodobowym pani Barbara, zawsze narzekając pod nosem, sprzedawała mi bochenek chleba. Czasem wsuwała jeszcze do ręki mleczną czekoladkę albo garść krówek. Biedne to dziecko u tej pijaczki rośnie, takie oczko w głowie, a w jakiej rodzinie… szeptała do siebie, siorbiąc kawę rozpuszczalną.
Starałam się nie oddychać głęboko wspaniałym zapachem gorącej skórki i pędziłam do domu ile sił. Jeśli byłam grzeczna, mama zawsze odkrawała mi skórkę z bochenka, kładła na niej dwie, trzy tłuste szprotki, z których wyciekał słodkawy olej, wsiąkający w miąższ chleba. Jadłam wtedy powoli, odgryzając małe kawałki, delektując się każdym grysem tego prostego przysmaku. Z liczby butelek na stole wiedziałam już, że dziś będą goście nie miałam więc co liczyć na inną kolację. Najważniejsze było teraz nie rzucać się nikomu w oczy bo jeszcze dostanę w skórę. Ostatnio tata spoliczkował mnie tak mocno, że przez dwa dni bolała mnie głowa i leciała mi krew z nosa.
Wyszłam z klatki. W dłoni miałam jeszcze ćwiartkę kromki i całą szprotkę. Na dworze było spokojnie, cicho, mimo ciepłego, wiosennego wieczoru. Ludzi na ulicy niemal nie było, gdzieś z oddali płynęła wesoła muzyka, a w mojej kieszeni czekały dwie czekoladowe cukierki. Było mi wtedy tak dobrze. Nie było zimno, a w razie czego zawsze mogłam zajrzeć do pani Barbary na pewno poczęstuje kawą ze śmietanką i cukrem. Tak kroczyłam powoli, zerkając w rozświetlone okna mieszkań i marząc o tym, by mieć przyjaciółkę. Wtedy byłabym naprawdę szczęśliwa miałabym z kim podzielić się myślami, marzeniami, albo zwyczajnie pobłądzić bez celu, gdy nie można wracać do domu.
Nagle usłyszałam żałosne piski z krzaków przy śmietniku. Zatrzymałam się i ostrożnie zajrzałam w stertę starych szmat. W podartej tekturowej pudełku po butach siedział mały pręgowany kociak i cicho miauczał. Wyciągnęłam rękę, a on powąchał moje palce. Zapach szprotek rozbudził malucha i zaczął łapczywie lizać moje palce. Od łaskoczącego języczka roześmiałam się.
Głodny jesteś, co? Patrz, co mam! położyłam mu przy nosku całą szprotkę i sama wrzuciłam do ust resztkę chleba. Jedz, maluchu.
Mały drapieżnik rzucił się na karmę, mrucząc i połykając łapczywie. Nawet syczał, gdy próbowałam go pogłaskać.
Spokojnie, nie tak łapczywie! Żołądek cię rozboli, ja już to przerabiałam. Uśmiechnęłam się do niego. A może chcesz zamieszkać ze mną? Nazwę cię Prążek i zawsze będziemy się dzielić jedzeniem powiedziałam, delikatnie podnosząc lekkiego jak piórko kociaka i chowając go za pazuchę.
Latarnie, żółte jak miód majowy, rzucały światło na chodnik, którym szła malutka dziewczynka, gadając z mruczącą mordką wyglądającą zza kurtki.
***
W domu panował spokój. Na kuchennym stole zostały tylko puste butelki, brudne talerze i pełna popielniczka. Kociołek na gazie buczy, zegar spokojnie tyka. Usiadłam przy stole i postawiłam kociaka przede mną. Zamrugał niepewnie, obwąchał pustą szklankę.
Fuj, Prążku, nie! To bardzo niedobre pogroziłam mu. Nie chcielibyśmy, żebyś codziennie pił takie świństwa. Nie mogłabym być twoją przyjaciółką! Przytuliłam go mocno do policzka. Prążek zamruczał, rozkładając łapki na moim nosie jakby chciał zapewnić: Nie martw się, jesteśmy razem!
Tamtej nocy spałam jak dziecko. Śniły mi się cudowne rzeczy bananowe lody, drożdżówki z wiśniami. Prążek rozgościł się przy moim boku, śpiewając mi kocie kołysanki.
Następnego ranka tata dostrzegł kota i zaczął wrzeszczeć, żeby tej cholery tu więcej nie było. Mama paliła kolejnego papierosa, przykładając mokry ręcznik do głowy. Weź kota gdzieś, żebym go nie widziała, zachrypiała zmęczonym głosem.
Połykając gorzkie łzy, usiadłam z Prążkiem na schodach bloku. Nie mogłam go oddać byle komu, a zostawiać takiego przyjaciela na śmietniku było nie w porządku. Rycząc, poszłam do pani Barbary. Nie umiałam się wysłowić, ale jakoś wybełkotałam całą historię. Błagałam, by zostawiła Prążka w sklepie, obiecywałam codziennie go odwiedzać, karmić i dbać o niego.
Pani Barbara i inne ekspedientki nie mogły mi odmówić. Prążek został w sklepiku, dostał starą spraną bluzę oraz przycięte wiaderko po majonezie na miskę.
Przez całą wiosnę i lato codziennie odwiedzałam Prążka. Odkrawałam kawałek chleba z każdego bochenka, za co w domu nie raz dostawałam lanie. Ale czy to ważne, skoro miałam prawdziwego przyjaciela? Rozmawiałam z nim o wszystkim, co mnie spotykało. Prążek wdrapywał się na moje kolana, mruczał słodko, mrużąc swoje niezwykłe liliowe oczy. Pani Barbara i jej koleżanki nie mogły się nadziwić:
Matko Boska, jakie on ma oczy! To nie bywa takiego kota… z zachwytem wpatrywały się w bezdenne spojrzenie Prążka, który był najedzony, szczęśliwy i tylko na mnie czekał.
Jesienią Prążek był już dorodnym, pięknym kocurem. Wielu klientów próbowało go przygarnąć, ale Prążek nawet nie podchodził do innych czekał na swoją panią.
Pewnego dnia nie przyszłam do sklepu przez kilka dni. Nie przyszłam po chleb, nie odwiedziłam Prążka. Pani Barbara zaczęła się martwić może zachorowałam? W końcu się pojawiłam. Na mojej buzi żółkły siniaki, na dolnej wardze pojawiła się brzydka strup. Na zdziwione spojrzenie ekspedientek rzuciłam tylko:
Przewróciłam się.
Za sklepem, wtulając zapłakaną twarz w puchaty bok kocura, długo opowiadałam mu wszystko. Zasypiałam przy nim, objęta jakby był wielką maskotką. Pani Barbara delikatnie przeniosła mnie na wersalkę na zapleczu i przykryła starym kocem. Wieczorem zadzwoniła do dzielnicowego, pana Nowaka, ale ten westchnął tylko, że ciężko będzie udowodnić przemoc, a poza tym nie miał ochoty wdawać się w sprawy pijaków. Kobieta popłakała się. Tak bardzo żal jej było tej małej dziewczynki, której nie mogła pomóc. Nigdy nie miała własnych dzieci nieraz myślała, że mogłaby mieć taką córkę.
Prążek krążył niespokojnie wokół wersalki, wąchał moją twarz, aż w końcu zniknął. Spałam całą noc na sklepowym zapleczu, nawet nikt mnie szukał. Rano pani Barbara nakarmiła mnie kanapkami i słodką herbatą, a potem poprosiła panią Olgę, żeby się mną zajęła sama miała ważne sprawy.
Poszłam do domu, a pod blokiem zaczepił panią Barbarę pan Nowak:
Gdzie się wybierasz? Lepiej tam nie idź, mamy tu zabójstwo, poszukujemy małej Zosi Gajewskiej powiedział.
Kogo zabito? zapytała zaniepokojona Barbara.
Jej rodziców. Szukamy dziewczynki, może gdzieś ją zabrali.
Zosia u mnie spała w sklepie, wszystko z nią dobrze. A kto ich zabił?
Nikt nie wie, chyba współtowarzysze od kieliszka podusili się wzajemnie. Posłuchaj, pozwolisz nam zostawić dziecko u siebie, póki szukamy krewnych? By nie szło do domu dziecka.
Oczywiście serce Barbara zabiło szybciej z ulgi i radości.
Ze współpracownicą postanowiły, że nie będą nic mówić Zosi o śmierci rodziców, a tylko to, że jej mama pozwoliła pobyć trochę z panią Barbarą. Zosia była wniebowzięta, dopytywała, czy nauczy się obsługi kasy.
Od tego dnia Prążek już nigdy się nie pojawił. Wołałam go długo, szukałam wokół śmietników, ale karma w miseczce pozostawała nietknięta.
Pani Barbara opiekowała się mną, przerażona wizją rozstania. W końcu zebrała się na odwagę i poszła do opieki społecznej, aby złożyć wniosek o adopcję. Odsyłano ją jednak, mówiąc, że nie spełnia wymogów samotna, nocne zmiany, skromna pensja. Czuła się niewystarczająca, ale nie poddawała się. Minęły dwa miesiące. Przyzwyczaiłam się do Barbary, nauczyłam się robić jajecznicę, czytać sylabami i pomagać w sklepie, by sprawić jej radość.
Gdy pierwszy śnieg przykrył podwórko 3 listopada skończyłam osiem lat. Zdmuchnęłam świeczki z miodownika na stole i powiedziałam, patrząc pani Barbarze w oczy:
Chcę, żebyśmy zawsze razem mieszkały i żebyś była moją mamą!
Ja też o tym marzę, Zosiu szepnęła, wzruszona.
Ktoś zapukał do drzwi. Nikogo się nie spodziewałyśmy kiedy w progu stanął elegancki młody mężczyzna, Barbara aż oniemiała.
Dzień dobry, jestem z urzędu opieki społecznej miasta Łodzi. Otrzymałem pani dokumenty, przyjechałem osobiście się poznać powiedział, podając rękę.
Proszę wejść, niczego się nie spodziewałyśmy zaprosiła Barbara.
Napijemy się herbaty? Ciociu Barbaro, taką pyszną kupiłam o smaku tropikalnych owoców. Pewnie pan takiej nie próbował! powiedziałam, stawiając kubek na stole.
Poczęstuj się. A to twój tort? uśmiechnął się.
Tak! Mam już osiem lat. W przyszłym roku pójdę do szkoły! kiwnęłam poważnie głową.
Szkoła to super sprawa. Jak ci tu jest? zapytał, upijając łyk.
Bardzo dobrze rozpromieniłam się.
Długo jeszcze gawędziliśmy przy kuchennym stole jedliśmy tort, popijaliśmy tropikalną herbatkę. Mała dziewczynka i elegancki pan w garniturze. Barbara z policzkiem wspartym na dłoni patrzyła na nas z czułością.
Na koniec mężczyzna wstał, wyjął z teczki gruby plik papierów.
Pani Barbaro Nowak, jutro proszę zgłosić się z tymi dokumentami do sądu rejonowego, napisać wniosek i nie martwić się wszystko pójdzie gładko. Odbiór dziecka to już formalność. Będzie pani mogła zabrać Zosię do siebie.
Zabrać? powtórzyła pani Barbara, ledwie znajdując słowa, a ja rzuciłam się mężczyźnie na szyję, powtarzając:
Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!
Dziękuję, wyszeptała cicho, walcząc z falą łez, Barbara.
Dbajcie o siebie powiedział mężczyzna, i kiedy spojrzała mu w oczy, przeraziła się patrzyły na nią te same bezkresne, liliowe oczy, w których było morze ciepła i zrozumieniaNastępnego dnia świat oparł się na nowych fundamentach. Pani Barbara założyła najlepszą sukienkę, a ja wyciągnęłam swój tornister, bo chciałam pokazać, że jestem już prawie uczennicą. Sąd był ogromny i zimny, wszędzie tłukły się echa kroków, ale trzymałyśmy się mocno za ręce. Wyszłyśmy stamtąd jako rodzina.
Wieczorem, wróciwszy do niewielkiego mieszkania nad sklepem, znalazłam na progu miseczkę, w której ktoś zjadł do połowy szprotki i rozrzucił kilka okruchów chleba. A wokół śniegu prowadziły wyraźne, kocie ślady, niby namalowane srebrnym pędzlem. Uśmiechnęłam się do siebie.
Gdy zapadł zmierzch, usiadłyśmy z Barbarą przy kuchennym stole, sącząc ciepłą herbatę o tropikalnym zapachu. Światło lampy rzucało na ścianę fantazyjne cienie, a po drugiej stronie szyby coś zamiauczało cichutko może wiatr, a może znajoma mrucząca dusza?
Przytuliłam się mocno do nowej mamy. W domu pachniało chlebem, miodownikiem i nadzieją. Tamtej nocy po raz pierwszy zasnęłam bez lęku pod sercem śniły mi się kocie łapki tańczące w śniegu, śmiech Barbary i ciepły, nigdy niewygasający dom. I choć życie nie zawsze było słodkie, wiedziałam już, że ramiona bliskiej osoby potrafią wygładzić nawet najbardziej poplątane ścieżki.
A Prążek? Może już zawsze gdzieś tam będzie pod śmietnikiem, wśród liści, na parapecie, mrucząc swoją piosenkę tym, którzy czekają na cud.



