12 lipca, środa
Dzisiaj wracam myślami do początku naszego nowego życia z Marylką. Przywiozłem ją do wsi, gdzie została mi po babci skromna chałupa. Wybieraj, Marysiu, tu zamieszkamy albo wynajmiemy coś w mieście! zaproponowałem jej wtedy. Szczerze mówiąc, wielkiego wyboru nie mieliśmy. W Warszawie nie miałem nic swojego, a wcześniej mieszkałem u siostry Elżbiety w maleńkim pokoiku razem z jej najstarszą córką.
Elżbieta zawsze narzekała na moją obecność. Raz w miesiącu, gdy oddawałem jej część wypłaty za dach nad głową, poprawiał się jej humor, ale na co dzień się mnie czepiała o wszystko. Dodatkowo, poza płaceniem za kąt, obciążała mnie obowiązkami: co weekend trzepanie dywanów, porządki, spacery z jej trójką urwisów (rokiem, trzylatką i sześciolatką).
Jej mąż często bywał poza domem niby w delegacji w Poznaniu albo po prostu znikał do kumpli czy do rodziców na Mazurach. Marylka wiedziała, jak skromnie żyłem choć miałem porządną pracę, nie zostawało mi prawie nic, wszystko wrzucałem w dom siostry.
Zacząłem się spotykać z Marylka, zacząłem zostawiać sobie parę złotych na własne potrzeby i wtedy Elżbieta o mało mnie nie wyrzuciła z mieszkania przed upływem okresu wypowiedzenia. Byłem już u kresu nerwów. Dla niej byłem wygodnym bratem: pensja, robota w domu, opieka nad dziećmi.
Po tygodniach kłótni, kiedy odmówiłem oddawania wypłaty, wyrzuciła mnie z hukiem. Z torbami poszedłem do Marylki, do jej jednogwiazdkowego pokoiku w akademiku. Podjęliśmy decyzję przeprowadzamy się na wieś.
Wieś przyjęła nas ciepło, mimo że nie mieliśmy tu bliskiej rodziny. Ale pamiętali mnie jeszcze z czasów dzieciństwa, które spędzałem u babci Kazimiery. Moja mama mieszkała w innej części Polski, rodzice Marylki jeszcze dalej nie było co liczyć na pomoc.
Pobraliśmy się skromnie, po cichu. Marylka z czasem dostała etat w przedszkolu, ja pracowałem w tartaku. Sąsiadka, pani Zofia, oddała nam swoją kozę, bo nie dawała już rady się nią zajmować wystarczyło codziennie zanieść jej pół litra mleka. Z czasem doszły kury, potem owieczka.
Zarobki nie były wysokie, więc ratowało nas własne gospodarstwo i krawieckie zamówienia Marylki. Żyło się godnie i spokojnie. Nasz synek Staś miał już trzy lata, a najtrudniejsze czasy mieliśmy za sobą.
Nie przypuszczałem, że właśnie wtedy Elżbieta przypomni sobie o moim istnieniu. Przyjechała sama, zostawiwszy męża w mieście, i przywiozła ze sobą całą trójkę dzieci.
Przecież ja tu też bywałam za czasów babci! rzuciła na powitanie. Ale nuda była, wytrzymałam ledwo tydzień Teraz postanowiłam odpocząć sobie nad morzem, a dzieciaki zostawię u was!
Ale zaraz, kto się nimi zajmie? nie kryłem zdziwienia. Marylka w pracy, ja też bywamy poza domem nawet parę dni.
Przecież to wieś, dzieci jakoś same się ogarną. Zerkniesz na nie od czasu do czasu!
To zostań i sama się nimi zajmuj. Marylka na pewno się nie zgodzi, a i ja wolę oszczędzić sobie stresu.
Oj, przestań, przecież jesteś moim bratem, powiedz żonie i już!
A twój mąż? Czemu nie jedzie z tobą?
Niech odpocznie od nas
Tak gadaliśmy, a jej dzieci już zdążyły roznieść się po całym podwórku. Nagle usłyszałem hałas wybiegłem do okna i oniemiałem. Okazało się, że dzieciaki wypuściły prosiaka, który teraz ganiał za nimi przez cały ogródek. Ledwo udało mi się go złapać grządki połamane, połowa kapusty zjedzona. Chwilę później zabrali się za kozę z koźlętami
Marylka była bliska łez. Próbowałem opanować sytuację, ale Elżbieta tylko wzruszyła ramionami: Daj spokój, dzieci muszą się wyszaleć!
Nasz Staś tak nie robi, zawsze wie, gdzie można się bawić, a gdzie nie.
Dzieci jej nie słuchały. Po chwili zrobili najazd na kurnik z naszymi pięknymi kurami, które znoszą kolorowe jajka. Kogut rzucił się z obroną, jak tylko zobaczył, że otwierane są drzwi.
Co to za wieś?! narzekała Elżbieta. Macie tu zwierzyniec i żadnego porządku!
Powiedz dzieciom, żeby się pilnowały, a nie zwalała winy na zwierzęta!
Twoja żona powinna wziąć urlop i ich pilnować. Jeśli coś się stanie!
Jeszcze nie widzieli psa sąsiadów, a mają też byka, nieprzewidywalnego. Wieczorami przepędzają bydło, a gęsi są bardziej bojowe niż nasz kogut. Po zmroku nie radzę wystawiać nosa poza dom.
Straszyć mnie próbujesz?
Ostrzegam.
W tym momencie sąsiad przyprowadził najstarszego syna Elżbiety. Złapał go za garażem z papierosem. Gdyby coś się stało, cała wieś miałaby problem! Żaden deszcz tu nie padał od miesiąca! unosił się sąsiad.
Elżbieto, ja nie chcę takich problemów. Bierz dzieci nad morze, tylko niech nie postraszą ci rekinów!
Cała wasza wieś jest dziwna, a ja ci przecież pomagałam, mieszkałeś u mnie!
Przez rok i to z musu, płacąc całą pensję, pewnie pamiętasz resztę.
Elżbieta westchnęła i zebrała dzieci. Jedziemy do babci i dziadka na Mazury! obwieściła.
Nie chcemy! Z tobą chcemy! protestowały dzieci.
Koniec gadania!
Rano wyjechali. A ja z Marylką jeszcze długo przeżywaliśmy ten najazd mojej kochanej siostryPo ich wyjeździe przez kilka minut w domu panowała cisza, która zdawała się brzmieć jeszcze głośniej po tym rozgardiaszu. Usiadłem z Marylką na drewnianej ławeczce przed domem, patrząc, jak Staś z radością karmi kozę resztkami kapusty.
Myślisz, że wrócą? odezwała się cicho Marylka.
Pokręciłem głową z lekkim uśmiechem.
Może kiedyś Ale teraz, nareszcie, mamy nasze zwyczajne życie, które nie potrzebuje wielkich cudów. Spokojny kąt, zwierzyniec, dużo roboty i mało hałasu.
Marylka oparła głowę na moim ramieniu. Pachniało siano i ciepłym chlebem. Sąsiad zawołał coś zza płotu, a w oddali było słychać dziecięcy śmiech Stasia.
Popatrzyliśmy na siebie z ulgą i ufnością. Może nie mieliśmy wiele, ale mieliśmy siebie, kawałek ziemi i nadzieję, że burze te rodzinne i te zwyczajne znowu kiedyś przeminą.
Tego wieczoru, gdy Staś już spał, wyszliśmy jeszcze raz przed dom. Spojrzeliśmy w rozgwieżdżone niebo. Na wsi cisza potrafi być potężniejsza niż najgłośniejszy gwar miasta. Wiedziałem już, że tu właśnie tu zaczyna się nasze prawdziwe życie.
A jutro znowu wzejdzie słońce, ktoś znów nakarmi kury i naprawi połamane grządki. I to będzie wystarczająco dużo szczęścia.



