Dzisiaj chciałem zapisać w moim dzienniku kilka zdań o tym, jak minęło nam ostatnie lato. Moja teściowa, pani Genowefa, zaoferowała pomoc przy opiece nad dziećmi, kiedy zaczęły się wakacje. Przeszła już na emeryturę i naprawdę ma dużo wolnego czasu, więc z żoną, Małgosią, zgodziliśmy się na tę propozycję z ulgą.
Oboje pracujemy na pełen etat w Warszawie, a przy trójce dzieci trudno nam liczyć na dłuższy urlop. Na ogół rozwiązujemy sprawy tak, że na zmianę bierzemy wolne, jeśli któreś z dzieci zachoruje czy ma jakieś ważne wydarzenie w przedszkolu albo szkole. Od czasu do czasu uda się wyrwać we dwójkę gdzieś na weekend, o ile życie domowe na to pozwala, ale na większe wyjazdy zwyczajnie nas nie stać.
Od trzech lat spłacamy kredyt hipoteczny w złotówkach, rozłożony na kolejne dwie dekady. Mieliśmy już dość wynajmowania i ciągłych przeprowadzek, więc postanowiliśmy kupić nieduży dom na Pradze Południe, nawet jeśli oznaczało to wyższą ratę miesięczną. Niestety, przez to nasze wakacje to już przeszłość cała nadwyżka idzie na spłatę rat bankowi, a nie na podróże. Do tego latem nie działają przedszkola ani szkoły, więc nie mamy nikogo do opieki nad dziećmi. Na szczęście przynajmniej wiemy, że nasze pociechy są bezpieczne i mają własny kąt.
Teściowa zaproponowała, że może przyjeżdżać do nas na kilka tygodni każdego lata i pilnować dzieci. Jako że jej emerytura nie jest wysoka, zawsze zabieramy dla niej z Małgosią zgrzewki jedzenia, a do tego przekazujemy jej trochę gotówki zazwyczaj 500 złotych z każdej wypłaty na smakołyki i inne potrzeby wnuków. Genowefa jasno mówiła, że nie może wydawać z własnej kieszeni, więc umawiamy się, że to my pokrywamy wszystkie koszty. To dużo tańsze niż zatrudnienie niani, a dzieci zadowolone.
Wszystko było dobrze, dopóki do pomysłu nie dołączył brat mojej żony, Paweł. On też ma trójkę dzieci młodszych od naszych i, niestety, nieco rozbrykanych. Przyprowadził je pewnego dnia do mamy i zostawił na kilka tygodni, jakby to było zupełnie naturalne. Problem w tym, że nie zostawił ani jednej reklamówki jedzenia, nie dał ani grosza na utrzymanie, więc w efekcie musieliśmy żywić także jego gromadkę.
To dla mnie trudne. Wiele razy prosiłem Małgosię, by porozmawiała z bratem i ustaliła jasne zasady, ale ona nie chce się kłócić z Pawłem. Uważa, że tak już jest w rodzinie i trzeba pomagać, nawet jeśli ktoś nie zachowuje się fair. A ja mam żal, że muszę pracować dwa razy ciężej, by ktoś inny mógł zaoszczędzić na własnych dzieciach.
Dzisiaj widzę, że najważniejsze to rozmawiać otwarcie o swoich uczuciach nie tylko z żoną czy teściową, ale również z resztą rodziny. Inaczej łatwo poczuć się wykorzystywanym. Jeśli nie postawię granic i nie porozmawiam sam na spokojnie z Pawłem, sytuacja nigdy się nie zmieni. Czasem trzeba zadbać także o siebie i swój spokój, nawet jeśli wymaga to trudnych rozmów.




