Strażnicy
Proszę pani, można przejść?!
Ktoś popchnął mnie w plecy. Niemal straciłam równowagę na oblodzonym chodniku, ale zacisnęłam dłonie na rączkach wózka, żeby nie upaść. Rozchylony płaszcz znowu zrobił mi psikusa jego poły zasłaniały, czemu poruszam się tak wolno, jeszcze na środku chodnika.
Ojej, przepraszam!
Dziewczyna, która przepychała się w pośpiechu, przystanęła na moment, kątem oka dostrzegając wózek z moim synem, Maksiem. Siedział spokojnie, ręce złożone na kolanach, nawet nie próbował mi pomagać. Po takiej pogodzie więcej by przeszkodził niż pomógł, próbując ciężko obracając koła nieporęcznego wózka.
Westchnęłam ciężko i kiwnęłam jej głową:
Nic nie szkodzi. Biegnij dalej!
Poprawiłam Maksiowi czapkę, chwyciłam z powrotem rączki wózka.
No to jedziemy dalej? Czas jeszcze mamy. Jak zawsze, nie za dużo.
Mamo, a może dalibyśmy radę znaleźć kiedyś czas nie tylko na wyjście do przychodni? Maks ocenił wzrokiem odległość do końca chodnika i wciąż zdecydował się chwycić za obręcz koła.
Maksymilianie, może usiądziesz spokojnie? Dam radę. To tylko ten kawałek dalej już odśnieżone. Patrz, o tam nie ma już śniegu. Przejdziemy przez ulicę i dalej jedziesz sam!
Okej!
Zaczekaj… A po co ci czas? Co takiego chciałbyś zrobić?
Zawahał się.
Witek mówił, że na ulicy Sokoła otworzyli nowy modelarski sklep. Podobno mają farbę, której potrzebuję…
Maks, nie zdążymy tam dziś. Za daleko, przy tej pogodzie. Wieczorem znowu ma sypać. I dwa razy znosić cię na dół… przerwałam, widząc, jak spuszcza głowę. Zaakceptuje argument, ale się rozczaruje. Może pójdę sama? Napisz mi, jakiej farby szukasz, ja poszukam w sklepie. A ty pobędziesz z babcią Weroniką.
Z babcią? Przecież mówiła, że dziś chce przesadzać kwiaty. Miała swoje plany.
Przecież rewanż! Ostatnio trzy razy ograłeś ją w szachy. Żąda rewanżu. Mówi, że nikt jej tak nie ograł, wstyd jej! I jeszcze obiecała cię nauczyć grać w pokera.
Ale to karcianka, mamo!
Oj, synku! Poker to nie tylko gra, to filozofia życia!
A ty grasz?
Trochę. Mama Weronika mnie uczyła, ale nie mam takich umiejętności matematycznych, jak ty. Przegrywałam. Trzeba dobrze liczyć i kalkulować ruchy naprzód.
Jak w szachach?
Prawie!
No to mogę zostać z babcią… tylko…
Synku, wiem, że chciałbyś sam pojechać do sklepu. I z przyjemnością cię tam zabiorę ale wiosną, dobrze? Spacery w tamtą stronę będą łatwiejsze, a zaraz obok park z twoimi ukochanymi kaczkami… Zgoda?
No… dobra.
Świetnie! To powiedz, jaka ta farba?
Czerwona! Ale nie taka jak mam do huzarów, inna…
Maks wpadł w pasję opisu odcieni, jakie miała kupić, ręce szybko się poruszały puścił już koła. Westchnęłam i znów popchnęłam wózek, jakby ruszała ze swoją codzienną wyprawą. Czasem nie umiałam opisać tego inaczej jak krucjata.
Moje życie podzieliło się na przed i po dwa lata temu.
Wtedy dostałam premię planowałam już, czym ucieszyć Maksa i męża, kiedy otworzyły się drzwi do pokoju, a blada jak ściana Justyna szepnęła:
Lena… Do ciebie próbują się dodzwonić…
Poczułam zimno w dłoniach, świat mi zawirował.
Co się stało?!
Maks… Lena, nie denerwuj się! Żyje. Wiozą go do dziecięcego szpitala na ulicy Kopernika.
Kierowcę, który potrącił mojego syna, zobaczyłam pierwszy raz na sali sądowej. Nie podnosił nawet wzroku, było mi to obojętne. Wiedziałam, że przyjeżdżał do szpitala, chciał rozmawiać ze mną, ale wtedy nie umiałam myśleć o niczym poza Maksem.
Cóż mogły zmienić przeprosiny? Otworzyć drzwi na OIOM? Oddać zdrowie mojemu dziecku? Cofnąć tę chwilę, która na zawsze przekreśliła wszystko?
Po co tak pędziłeś?
To był jedyny raz, kiedy zwróciłam się do kierowcy.
Mama mi odchodziła… Nie mówiła o chorobie… Ukrywała. Dopiero na kilka dni przed śmiercią zadzwoniła, żebym się pożegnał… Spóźniłem się… Przepraszam, to moja wina.
Wiem…
Nie poczułam się przez to lżej. Myślałam wtedy tylko o Maksiu. Tak, drzwi do reanimacji z czerwoną tabliczką należały już do przeszłości, ale nie było mi od tego lżej. Musiałam być tam, w szpitalu nie na sali sądowej.
Zdążyłeś się pożegnać? zapytałam z progu, wychodząc.
Nie…
Nie zamieniliśmy już słowa. Zastąpił mnie mąż, a ja już nie pojawiałam się na kolejnych rozprawach. Miałam ważniejsze sprawy.
Wszystko jest skomplikowane… ordynator przeglądał papiery, nie patrząc mi w oczy.
Czego spodziewa się matka? Że usłyszy, iż wszystko będzie dobrze?
Nie będzie…
Zrozumiałam to niemal od razu. Lekarz mówił coś o rehabilitacji, eksperymentalnych metodach, a ja miałam w głowie tylko jedno Maks już nie będzie chodził. Nigdy… Żaden specjalista nie pomoże czasem tak po prostu bywa. Ku bólowi, ku rozpaczy, ku straconemu przyszłości…
Nie myślałam o sobie, o mężu, o niknących na naszych relacjach rysach. Kiedyś byliśmy zgrani, teraz rozeszliśmy się w różne strony. Ja, która pogodziłam się z rzeczywistością, on który nie potrafił jej zaakceptować.
Nie rozumiesz?! Musimy wykorzystać każdą szansę! mąż wrzeszczał.
Nie ma już żadnej szansy… Słyszysz?
Nonsens! Jeśli tu nie umieją, znajdziemy najlepszych!
Dobrze, szukajmy.
Pracuję! Kiedy mam jeszcze tym się zajmować?
Słyszysz siebie? To też twój syn…
Twój również!
Szukałam. Lekarzy, klinik, szans cieniutkiej, ale własnej. Ale czasem cud się gubi. Może los, co je niesie w koszyku, patrzy od czasu do czasu w listę i gubi po drodze jeden, drugi cud? Nie zauważy, upuści i leci dalej.
Maksymilianowi ten cud się nie trafił. Szybko się zorientowałam, że musimy nauczyć się z tym żyć.
Mówić, że było ciężko to nic nie powiedzieć…
Praca, którą musiałam rzucić, bo syn mnie potrzebował. Niewypowiedziane żale z mężem, kłótnie, które słyszał Maks przez co aż chciało się uciekać. Starałam się opanować, ale wyrzut w oczach tego, którego uważałam za najlepszego człowieka, był nie do zniesienia.
Gdybyś odbierała go ze szkoły jak inne matki, to by się nie stało!
Słowa zimna bryła lodu, spadły między nas podczas kolejnej kłótni. Mąż się opamiętał, przepraszał ale już poczułam lodowate igły. Rozeszliśmy się na dobre. On zabrał rzeczy i wyszedł trzasnął drzwiami, że aż Maks się obudził.
Mamo, co się stało?
Śpij, synku. Nieszczęście już sobie poszło…
Na zawsze?
Na zawsze. Już jesteśmy tylko my.
Czy poczułam ulgę?
Nie. Przeciwnie wszystko się poplątało bardziej. Patrzyłam na syna i robiłam co mogłam, by mu pomóc.
Wtedy przez przypadek kupiłam pierwsze opakowanie żołnierzyków.
Popatrz, Maks!
Co to jest?
Żołnierzyki. Ale trzeba je samemu malować.
Po co?
Żeby wyglądały jak prawdziwi.
Dlaczego są w takich dziwnych strojach? Maks obracał kawalerzystę.
To husaria. Nie tacy jak dziś.
Jacy?
Zaraz ci opowiem!
Siedzieliśmy razem, przeglądając książki, próbując wymalować figurki jak najlepiej. Patrzyłam, jak syn budzi się do życia. Okazało się, że pomysł był strzałem w dziesiątkę.
Po roku miał własną armię wieczorami graliśmy w bitwy, spierając się o rolę dragonii czy piechoty.
Mamo! Ty jesteś Napoleonem, graj jak należy!
Nie rządź! Masz swoją armię!
Ale próbujesz zmieniać historię! krzyczał, widząc jak ruszam jego pomalowane figurki na dywanie.
Gdyby to było możliwe, kochany… szepcze i po cichu ustępuję, przesuwając oddział Żółkiewskiego dalej na dywanie.
Ojciec przestał się pojawiać w życiu Maksa praktycznie od razu, jak tylko w jego nowej rodzinie pojawiło się dziecko. Dowiedziałam się o wszystkim od byłej teściowej, która nie umiała dobrać słów.
Lenko, przepraszam… Za wszystko…
Pani, za co?! Jesteście dla nas wsparciem! Nie wiem, jak bym sobie poradziła bez pani!
Oni wyjeżdżają…
Dokąd? omal nie wypuściłam czajnika z rąk.
Za granicę. Już mają dokumenty i mieszkanie… Ja nie jestem potrzebna…
Jak to? uklękłam przed kobietą, która zawsze była przy mnie.
Tak. Nowa synowa woli własną mamę. Do wnuka pozwolono mi podejść raz. I tyle. Rodzina… już nie mam…
Robi mi pani przykrość. Czy my dla pani już nie rodzina? A Maks nie jest dalej wnukiem?
Lenko, nie wydalaj mnie! Proszę… Ja rozumiem, jestem też matką…
Może wszystko jest, jak trzeba. Nie trzeba nam kogoś, komu i wcześniej nie zależało. Ta kobieta zaczęła się z nim spotykać jeszcze zanim…
Tak, jeszcze wtedy…
No właśnie. Los nie zawsze jest okrutny. Trzeba się z zdrajców oczyszczać. To on zdradził, nie pani. To nie zmienia niczego w naszej relacji. Maks potrzebuje babci, ja potrzebuję pomocy. Dla mnie jesteście rodziną, jeśli pani tego chce.
Weronika nie odpowiedziała. Przytuliła mnie mocno, podjęła decyzję.
Zrozumiałam mam syna i Weronikę. Nikogo więcej. Justyna, kiedyś najlepsza przyjaciółka, stopniowo wycofała się z kontaktu nie umiała patrzeć na Maksa. Nie miałam już siły prosić, wyjaśniać. Ułożyło jej się życie, nie było w niej miejsca na naszą troskę.
Widząc zdjęcia jej szczęśliwej rodziny w sieci, cieszyłam się i życzyłam jej dobrze. W końcu tyle lat przyjaźni za nami… Ale potem, gdy napisała, nie odpowiedziałam. Nie miałam już ochoty obciążać jej historiami, których nie chciała już słuchać.
Problemów miałam po czubek głowy.
Z niektórymi radziłam sobie sama, z innymi przy pomocy Weroniki. Powrót do pracy był możliwy mogłam zostawić syna pod jej opieką. Przychodziła, gotowała, sprzątała, potem pomagała przy wyjściach.
Znosić wózek z czwartego piętra starego bloku bez windy to nie żart. Na razie jeszcze dawałam radę, bo syn wciąż jest stosunkowo drobniutki. Wiedziałam jednak przyjdzie czas, kiedy wyjść z nim nie dam już rady.
Chodziłam po urzędach, walczyłam o zgodę na montaż podjazdu, ale wydawało się to nie do przejścia. Każda próba kończyła się odmową. Musiałam coś zmienić.
Lenko, może kupmy dom pod miastem? Tam byłoby zdrowiej, łatwiej. Weronika próbowała mnie pocieszyć po kolejnej nieudanej wizycie w urzędzie.
Mama Weroniko, ale zabiegi, masaże, szkoła? Maks pasjonuje się programowaniem, gdzie znajdę tam nauczycieli? Tam nawet internetu nie ma. Nie możemy wyjeżdżać z miasta! On rośnie, potrzebuje możliwości! Nie mogę mu zabrać szans dla własnej wygody!
Nie rozumiem cię do końca, Lenko, ale jeśli tak czujesz jestem z tobą.
Wymienić mieszkanie? W nowych blokach były podjazdy i windy. Ale nawet małe dwupokojowe kosztowało tyle, że nawet kredyt byłby poza zasięgiem, biorąc pod uwagę leczenie syna. Agenci, których o to prosiłam, tylko rozkładali ręce. Małe mieszkanie na czwartym piętrze bez windy? Nikt się tym nie interesuje.
Takie mieszkania nie są w modzie! tłumaczono mi. Nie możemy pani pomóc.
Dziękowałam im za wysiłek, ale w środku przepełniał mnie żal.
Dlaczego nie mogę wybrać życie syna? Dlaczego ciągle muszę polegać na przypadku, na kaprysach losu? Który to śmieje się, to płacze, a nigdy nie daje odpocząć?
Los jednak chyba nie był taki całkiem okrutny. Może roztargniony, ale nie zły. Znalazł się dla mnie w jej koszyku los i machnął nad nami skrzydełkiem.
To wydarzyło się dokładnie wtedy, gdy znowu ktoś popchnął mnie na przystanku.
Proszę pani, pomóc?
Za mną rozległ się starszy, nieco chrapliwy głos, gdy próbowałam wyciągnąć wózek Maksa z brei na przejściu.
Nie trzeba, dam sobie radę!
Kiwnęłam uprzejmie starszemu panu. Ale on nie zamierzał ustępować. Okrążył wózek, ścisnął dłoń Maksa:
Jestem dziadek Janek. Czemu mamie nie pomagasz? Patrz, jak zajechana!
Pomagałem, ale się wkurza!
Wiem jak to jest! No, córuchno! Daj mi! Przekazał mi siatkę z mandarynkami. Chwyć dobrze! Bardzo je lubię. Jak będziesz grzeczny, dam ci!
Pchnął lekko wózek i już przeskoczył przez kałużę. Byłam w szoku, jak sprawnie pokonał śnieg na przejściu. Mówił wesoło do Maksa. Spiesząc się, pogoniłam za nimi.
Dokąd was odprowadzić? Nigdzie się nie spieszę! Janek zaparkował wózek na chodniku.
Dziękujemy, damy radę…
Piękna jesteś, ale jaka uparta! Uśmiechnął się szeroko, mandarynkę podzielił między nas troje. Pozwól mi chociaż pospacerować z miłym towarzystwem. Przecież nie boli!
Wizyta w przychodni przebiegła spokojnie.
A już następnego dnia, około południa, zapukał do moich drzwi.
Dzień dobry! Gości pani przyjmuje?
Otworzyłam zaskoczona, ale za mnie ucieszył się Maks:
Dziadek Janek! Przyszedłeś do mnie? Hurra! Mamo, co się gapisz?! Przywitaj się!
A potem już jakoś poszło Janek pojawiał się codziennie i w ciągu tygodnia rozwiązał większość problemów, które męczyły mnie przez rok.
Lenko, gadałem z twoimi sąsiadami. W bloku obok, państwo Korszun, mają takie samo mieszkanie na parterze. Są gotowi się zamienić. Wieczorem przyjdą, popatrzą na twoje. Poradziłbym zażądać dopłaty twoje ładniejsze. Kuchnia, łazienka… Oni sami wiedzą, jak potem posprzątają. Pomogę w remoncie, głowa nie boli. Oczywiście, muszą dopłacić.
A jak im się nie spodoba?
Już się zgodzili. Z szefem rozmawiałem. Porządny facet, słowa dotrzymuje.
Skąd go znacie?
Z garażu, jeszcze z czasów przedszkola. Gadaliśmy sto razy.
Jak to zrobiłeś?!
Rozmawiać z ludźmi trzeba! kiwnął głową. Nawet nie spytałaś, jak cię znalazłem.
No właśnie! Jak?
Popytałem, gdzie mieszka ta piękna pani z dużymi oczami i chłopcem, co nie chce chodzić.
Dziadek Janek! Chcę! Ale nie mogę!
Synku, jak się chce, zawsze się uda nawet fruwać się nauczysz!
Jak to?
Latem ci pokażę. Poczekaj.
Ale powiedz choć trochę?
Nie marudź, nie jesteś dziewczynką!
Dobrze!
To dobrze. Lećcie już! Jeśli się uda, to latem sam będziesz spacerował.
Hurra!
Jaka radość, uszy zatkało! śmiał się, patrząc na Maksa pchającego wózek. Jest silny, Leno, ale to za mało. Znalazłem dobrego masażystę wojskowego, zna różne techniki, nawet uczył się w Tybecie. Trzeba Maksa zaprowadzić.
To bez sensu, Janku. Mówili nam, co czeka Maksa. Westchnęłam.
I poddałaś się? zmrużył oczy. Lenko, nigdy nie opuszcza się rąk, póki nie postawione zostało kropki. W życiu różnie bywa. Jestem tego najlepszym przykładem.
Opowie pan?
Opowiem. I o morzach, i o tym, jak trzy razy tonąłem, i jak się nauczyłem latać. I o moim motolotniarzu, przyjaciołach lotnikach… Ale później.
Czemu?
Bo dziś mam robotę. Irek z trzydziestki drugiej najlepszy spawacz w mieście obiecał pomóc z podjazdem.
Ale trzeba mieć zgodę!
Patrz na to! wyciągnął plik dokumentów. Mam pozwolenie, mam podpisy. Sąsiedzi w porządku. Jak ktoś się opierał przypomnieliśmy!
Kto to my?
My… Wszyscy. Zarządca, Weronika, i reszta. Pomyślałem czemu nie?
Oj! Flirtuje pan, panie Janku!
Jeszcze we mnie życie, Lenko! Gdybym był młodszy, to bym się oświadczał! Ale wy już moje, nie puszczę was! Ty, Maks, Weronika… Zostanę z wami. Muszę pilnować takiej rodziny co za wstyd, jak się zostawi samą!
Słowa jego nie były puste. Już po paru tygodniach przeprowadziliśmy się z Maksem do nowego mieszkania. Chodziłam po pustych pokojach, niemal płakałam widząc szerokie drzwi i nowiutki podjazd, robiony przez Janka z pomocą sąsiadów specjalnie na szerokość wózka Maksa.
Podjazd przez pierwszy czas powodował u mnie wyrzuty sumienia:
Przepraszam za kłopot…
Ale nikt, ku mojemu zdumieniu, nie narzekał.
Leno, czego pani przeprasza?! Zdrowia dla synka!
Nieraz zdarzało mi się słyszeć niemiłe słowa na ulicy, widząc, jak ludzie odwracają wzrok na widok Maksa na wózku. Spytałam Janka:
Czemu tu nikt nam nie robi przykrości?
Boją się, Leno. Nieszczęścia się boją. Dlatego czasem uciekają. Ale nie wszyscy.
Dlaczego pan nie ucieka?
Ja wiem może przypomnieli sobie, że są ludźmi? uśmiechnął się.
On chodził po domach, zadawał proste pytania: Wszyscy zdrowi? Szczęście! I opowiadał o nas sąsiadom.
Nie wiedziałam nawet, ilu ludziom zawdzięczam obecność Janka. Najważniejsze jednak było to, że masażysta polecony przez niego delikatnie zasugerował nadzieję dla Maksa.
Proszę zrozumieć to mała szansa. Ale nie wolno jej zmarnować. Trzeba jechać.
Dokąd?
Do Poznania. Mój dawny znajomy chirurg. Jeśli on nie umie, to nikt. Już się zgodził was zobaczyć.
Zbadać?
Tak. To długi i skomplikowany proces. Najpierw przygotowania.
Nie stać mnie na to…
O tym nie myśl! Weronika włączyła się do rozmowy. Janku, nie patrz na mnie tak! Już postanowiłam!
Co pani postanowiła, Weroniko?
Sprzedam mieszkanie. Dzwoniłam do syna też pomoże. Nie dyskutuj! Nie czas na dumę. Maksa trzeba postawić na nogi! Tak, mój syn nabroił, ale to ojciec Maksa. Przypomniałam mu! A ty, Leno, zawsze byłaś rozsądna. Przyjmij pomoc. Musimy działać razem. Może wtedy się uda…
Kiwałam tylko głową. Miała rację najważniejszy jest Maks.
Operację przeprowadzono pół roku później. Maksa kończyny jeszcze się w pełni nie odzyskały, ale podjazd, który zrobił Janek, nie był już potrzebny. Oddałam go dalej, komuś, kto go potrzebował.
A twój syn…?
Już wstaje na nogi. Na razie z kulami, ale to początek.
Myśli pani… kobieta, z którą ustalałam montaż podjazdu, spojrzała na córkę w wózku.
Dam pani kontakt do lekarza. Może i pani córce uda się pomóc. Już wiem okazji życia nie wolno marnować.
Jak pani to wszystko wytrzymała? Tyle smutku…
To nie moja zasługa. Wierzę, że anioły istnieją. Mam ich wielu. Wszyscy to moi strażnicy.
Naprawdę?
Tak! A szefem jest groźny, uparty człowiek z pozoru łagodny. Wierzy, że ludzie są dobrzy, trzeba im tylko to przypomnieć od czasu do czasu. A na imię mu Janek. Jan Krawczyk. Mój osobisty anioł. Mój i Maksa. Prawda, Maks?
Syn spojrzał na mnie, uśmiechnął szeroko, wstał z trudem z ławki i puścił oczko do dziewczynki, która radośnie trajkotała obok.
Tak, mamo! Mogę trochę się przejść z Zosią? Daleko nie pójdziemy!
Chwyciłam mamę dziewczynki za rękę, która przestraszyła się tych słów, i powiedziałam z uśmiechem:
Oczywiście… A my możemy dołączyć? Nie przeszkadzamy?
Dobrze! Dla wszystkich wystarczy lodów!
A w jeszcze jednym domu zrobiło się jaśniej.
Zamieszkała tam cicha, jeszcze maleńka nadzieja.
Nie bójmy się jej.
Wystarczy ją trochę wesprzeć, a zacznie rosnąć w oczach, zmieniając życie tych, którzy ją przygarną. Być może rzeczywistość i marzenia nie zawsze się pokryją, ale póki po domu niesie się śmiech, a zmartwienie obrażone kuli się w kącie, życie wraca do rodzin.
Niech odgłosy codziennych zmagań z czasem zamienią się w brzęk kryształowego dzwoneczka to nadzieja stawia pierwszy krok i drugi, a potem zatańczy, na zawsze zostając z tymi, którzy się dla niej otworzą. I kiedy Maks poprosi los,
No weź! Proszę cię! Daj jeszcze jeden bilet… Przecież nam pomogłeś!
los rozłoży skrzydła, wyciągnie jeszcze jeden papierowy samolocik i puści go wysoko w niebo. A potem znów ruszy swoją drogą i rozda kolejnym rodzinom trochę szczęścia.




