Pietka. Opowieść

Szpitalne okno jest otwarte. Rano otworzyła je pielęgniarka. Powietrze jest świeże, firanki delikatnie powiewają, a zieleń liści za oknem cieszy oczy. Do prawdziwego letniego upału jeszcze daleko.

Piotrkowi usunęli wyrostek. Mówili, że operacja była ciężka, ledwo zdążyli, ale Piotrek wcale się nie bał.

Nie boisz się zastrzyków? pielęgniarka uśmiecha się, wypuszczając powietrze ze strzykawki.

Piotrek milczy, odwraca się na bok, wstawać jeszcze mu nie pozwolili.

I czym tu straszyć…

Przywieźli go z jednej z klatek kamienicy. Tam chwycił go ból. Nie, nie był bezdomny, wychował się w domu dziecka. Szedł właśnie z chłopakami z targu, gdzie próbowali dorobić na czarno, gdy nagle go złapało.

Żałuje tylko jednego: wrobił Lenka i małego Szymkateraz w domu dziecka będzie awantura. Już wczoraj, zaraz po operacji, przyszła pani Wiktoria, zastępczyni dyrektorki, udawała troskę. Piotrek był jeszcze pod wpływem narkozy, pamięta tylko jej zmartwioną twarz pochyloną nad nim, szczegółów nie pamięta.

Dlaczego nie stało się to już na terenie domu dziecka? Przecież miał już tak blisko. Ale stało się…

Wini morele. Na targu dostali skrzynkę nadpsutych, ale wcale nie były takie złesłodkie jak miód. No i dorwali się, objadli się.

Oj, bohaterze! Jak tam się czujesz? starszy lekarz z owłosionymi rękami ogląda szew. Najgorsze już za tobą. Nie masz się już czego bać.

Ja się przecież nie bałem.

O proszę! Odważny jesteś? Ale słuchaj, odważniakuna razie zakaz słodyczy i przekąsek. Wytrzymaj, wieczorem dostaniesz kisiel.

Piotrek kiwa głową z uprzejmości. Wie, że nikt mu nie przyniesie słodyczy. W domu dziecka wszyscy na niego wściekliza to, że samowolnie wyszedł, przez co narobił kłopotów wychowawcom. Chodzili na ten targ na lewo, przez dziurę w ogrodzeniu, i właśnie wtedy go dopadło!

Jeśli chodzi o odwagę, lekarz ma rację. Życie go jej nauczyło. Matka go raczej nie planowała. Może po prostu nie miała pieniędzy na aborcję. Piotrek ma dziesięć lat, ale mówi o tym spokojnie, jak większość dzieci z domu dziecka.

Nie miał żalu do matki. Wręcz przeciwniedziękował jej, że go urodziła, choć od razu go oddała.

Do trzeciego roku był w domu małego dziecka, potem w domu dziecka w Poznaniu, potem przeniesiony pod Toruń. Odkąd pamiętawalczy o przetrwanie.

Przypomina sobie bójki o jedzenie na stołówce. Niby czasy już spokojne, ale kucharki i kierownictwo jawnie wynosiły produkty do domu. Jeszcze i auta nimi ładowali.

A to nie tylko za jedzenie były utarczki! O wszystko. Był silny. Zmuszony bronić się. Kilka razy złamał rękę. Raz fryzjerka, która goliła dzieci na krótko, prawie się rozpłakała, patrząc na jego głowęblizna na bliźnie.

Czym tu się przejmować? Piotrek nigdy nie płakał.

A teraz nagle mają go przestraszyć blizną na brzuchu czy zastrzykami…

Roześmieszne!

Dorośli wydawali się mu chłodni, wyrachowani. Nie był rozczulającym dzieciakiem, był trochę brutalny, uparty, szczery do bólu.

Uważaj na siebie, Wronowski! Jak coś wykombinujesz, to do izolatki! pani Wiktoria grozi mu często.

Nie sprzeczał się, ale podporządkowywać się też nie zamierzał. Dawno już miał własne zasady.

Jest na świecie jedna dorosła, którą często wspomina. Nie wiedział, jak dzieci rozmawiają z mamą w myślach, ale z tą kobietąktóra na chwilę pojawiła się w jego życiuciągle prowadzi w myślach rozmowy.

Miał chyba sześć lat, gdy zaczęła u nich pracować. To nie była już ta placówka, wcześniej był jeszcze pod Poznaniem. Nie wie, kim była. Pamięta tylko jej miękki uśmiech, niebieskie oczy, ciepłe dłonie i zapach. Brała go czasem na kolana, szeptała do ucha:

Musisz być silny, Piotrusiu. Musisz dobrze jeść, dbać o siebie, słuchać. Będzie ci ciężko, ale dasz radę. Spróbuj, dobrze?

A potem śpiewała mu piosenkę…

Koteczku, koteczku, szary ogoneczku,

Luli, luli, luli.

Szary ogoneczek, białe łapeczki,

Luli, luli, luli…

Mimo że czuł się już Piotr w pełni dorosły, często powracał w myślach do tej prostej piosenki, zwłaszcza gdy było mu wyjątkowo źle. Zamknięte oczy, śpiewana w myślach kołysanka, wspomnienie ciepła tamtych rąki już łatwiej.

Później ta kobieta zniknęła, zostawiła mu tylko piosenkę i wspomnienie. Kołysanek mu już nikt nie śpiewał. Jej imię zapomniał, w myślach nazywał ją mama. Pewnie była tylko opiekunką, ale tak miło czasem pomarzyć.

Pielęgniarka zamyka okno, ścieli łóżko naprzeciw. Piotrek się cieszy, towarzystwo się przyda.

Wkrótce na salę wjeżdża łóżko na kółkach, wokół pełno dorosłych w białych fartuchach. Rośnie zamieszanie. Z jego łóżka widać słabo, ale rozpoznaje chłopcachudy, z ostrym nosem, pod kroplówką. Po chwili zostaje tylko pielęgniarka i mężczyzna w lekkim kitlu.

Nikt prawie nie rozmawia.

On będzie spał mówi pielęgniarka.

Dobrze. Dziękuję.

Zawołacie…

Oczywiście.

Pielęgniarka wychodzi. Mężczyzna siedzi obok syna, głowę opiera na dłoń, nie porusza się. Chłopiec śpi.

W sali gorąco, lecz mężczyzna nie zdejmuje marynarki. Piotrek odwraca się, łóżko trzeszczy. Mężczyzna się odwraca, marszczy brwi, na twarzy ślady zmęczenia, ale spojrzenie ciepłe.

Dzień dobry, szepcze, jakby właśnie zauważył, że ktoś poza nimi jest w sali.

Dzień dobry, odpowiada Piotrek.

Mężczyzna zruszony, przesiada się do Piotra.

Operacja?

Tak, wyrostek.

To dobrze. Jeszcze nie wstajesz?

Nie, jeszcze nie.

Może czegoś ci potrzeba?

Mi nie wolno. Do wieczora nic. A co jemu jest? Piotrek wskazuje łóżko chłopca.

Jemu? mężczyzna wzdycha, Inna choroba. Nie przeszkadza ci, że tu zostanę? Jakby co, pomogę. Jak ktoś do ciebie przyjdzie, wyjdę.

Nie szkodzi, kręci głową Piotrek. Co miał do gadania?

Mężczyzna poprawia krzesło, mówi cicho:

On ma na imię Szymon. Ma jedenaście lat. A ty?

Piotr, dziesięć.

Dzięki, Piotrze, mówi, a Piotrek nawet nie wieza co.

Następnego dnia w sali ciągle ktoś jest. Rano Szymon ma kroplówki, lekarze przychodzą, ojciec śpi na sąsiednim łóżku, czasem coś szepcze. Szymon porusza rękami i głową, oczy pozostają zamknięte. Wygląda, jakby spał.

Potem przyjeżdża starsza para i młoda kobietamatka Szymona. Wysoka, prosta, z zadartym nosem i ciemnymi, kręconymi włosami związanymi w koński ogon. Blade, zapłakane oczy. Wchodzą pod ręce, sadzają przy łóżku syna. Głaszcze go i szepcze.

Może przenieść chłopca? ojciec Szymona pyta lekarza, wskazując Piotrka, troszcząc się o żonę.

Tak, przeniesiemy dziś.

Lekarz przypomina sobie o Piotrzepodchodzi.

Jak tam? Boli?

Trochę.

Wyjątkowo zła nocledwo spał, cięcie boli, cewnik przeszkadzał. Wczoraj nawet nie dali mu zjeść. Zapomnieli, czy za wcześnie było?

Powoli podnosisz się. Dziś możesz już wstać. Przeniosą cię do innej sali. Ruszaj się powoli. Pielęgniarka zaraz usunie cewnik.

Piotrek marzy, by wstać, ale pielęgniarki długo nie ma. Wchodzą i wychodzą różni ludzie.

Dziś po raz pierwszy Piotrek zrozumiał, że Szymon najprawdopodobniej umiera. Nie odzyskuje przytomności, śpi, wszyscy wokół mówią cicho, są napięci, jakby pod presją.

W dzień przy nim zostaje dziewczynaciocia. Piotrek się jej trochę wstydziprzy wyjściu pielęgniarka ma usunąć cewnik, Piotrek jej szepcze, że się wstydzi, ale pielęgniarka tylko warczy.

Nikt cię tu nie widzi. Zaraz skończę. Daj spokój.

I rzeczywiście, szybko się uwinęła. Piotrek leży i czuje się wolny. Jest zupełnie nagały, nie wie, co z jego ubraniem. Dziewczyna patrzy w okno albo na Szymona, poprawia kołdrę, nawilża mu usta wodą. Piotrek żałuje, że nie zapytał o ubrania.

Kogo ja obchodzę. Tak właśnienikogo.

Po godzinie postanawia się jednak podnieść, przykrywając się kołdrą.

Dziewczyna zerka.

Pomóc ci?

Nie, kręci się w głowie, znowu pada.

Po chwili znów próbuje usiąść.

A pani nie wie, gdzie dali moje ubrania? pyta.

Nie wie, ale mówi, że zaraz się dowie.

Tylko pilnuj Szymona, dobrze?

Piotrek próbuje wstać, owinięty w kołdrę, nogi mu się trzęsą, boi się odejść od łóżka. Nie spodziewał się, że tak ciężko będzie po prostu przejść przez salę.

Wreszcie przynoszą ubranieszpitalne.

Odwrócę się, nie przejmuj się, mówi dziewczyna.

Siada na łóżku, naciąga spodnie. Wszystko za duże, musi ściągnąć i zawiązać sobie gumkę w pasie. To potrafi. Nogawki trzeba byłoby podwinąć, ale schylić się nie daje rady. Dopiero, gdy Piotrek idzie, depcząc po nogawkach, dziewczyna zauważa problem.

Stój. Ojej, ale duże! Zaraz podwinę, przykuca, poprawia spodnie długo, aż Piotrkowi robi się niedobrze.

Zaraz zemdleję…

Oj, już, już, siadaj. Nie jesteś jeszcze zdrowy. Jadłeś dzisiaj coś? Jak masz na imię?

Piotr.

A ja Zosia. Piotrze, najlepiej byłoby mieć tu mamę. Może zatelefonować albo…

Nie ma mamy.

Och… A tatę? Z kim mieszkasz?

Wszystko ok. Już lepiej. Pójdę już, do toalety.

Doskrobał się do łazienki, spojrzał w lustro. Cienie pod oczami, wargi białe. Tylko jego czarne oczy płoną jak zawsze. Jedna wychowawczyni mówiła mu, że pewnie dostał nazwisko Wronowski właśnie od tych oczuczarne jak skrzydło wrony. Ksywka w domu dzieckaWrona. Był z niej dumny.

Opłukał twarz zimną wodą, od razu jakby lżej. Widać Zosia się zatroszczyłaprzynieśli kisiel.

Co z jedzeniem? Skoro już chodzę, to mam sam zejść do stołówki?

Gdzie tam…

Na prawo, schody i znów na prawo. Głodny łatwo trafisz po zapachu, śmieje się salowa.

Ledwo co tu nie zemdlał, jak on ma po schodach chodzić! Ja mu kisiel przyniosę, nic więcej, Zosia się obrusza.

Nie chce mu się leżeć, zaczyna chodzić po sali. Patrzy na Szymonaładny chłopak, trochę dziewczęcy. Podobny do mamykręcone włosy. Ale niesamowicie chudy.

Umrze chyba, co? detdomowcy nie znają filtrów.

Dziewczyna drga.

Nie wiemy. Ale… Tak, Szymonek jest bardzo ciężko chory. Leczony był długo, cztery operacje… Ostatnie na jelitach. Rodzice już wykończeni. Teraz my wspieramy. Jestem jego ciocia, siostra taty. Ale przecież bywają cuda, prawda?

Nie wiem, siada na swoje łóżko.

Myśli o Szymonie. Zupełnie inne życie, jak z filmu. Mama, tata, dziadkowie, rodzina… Wszystko ma, żyj i raduj się. A tu leży i odchodzi.

Nie dostał szczęścia…

Piotrka nie przenieśli. Wieczorem znów przyszedł ojciec Szymona. Znowu zamieszanie. Słyszy rozmowy: nikt do niego cały dzień nie przyszedł.

Piotrek, lekarz mówił, że jesteś z domu dziecka? pyta ojciec Szymona.

Tak.

Może poszedłbyś do innej sali? Szymek jest w ciężkim stanie… wzdycha.

Wolę tu zostać. Mogę?

Cztery dni ciągle to samo. Piotrkowi skoczyła gorączka, przenieśli go w końcu do sali dla starszych panów. Nudno mu, chodzi znów do Szymona, siada przy nim. Nikt go nie przegania.

Przez gorączkę wypis odsunęli.

W międzyczasie ojciec Szymonapan Andrzej Rogozińskiwywiedział się o nim wszystkiego. Podpytywał i podsłuchiwał. Przyniósł Piotrkowi jakieś ubrania. Piotrek przyzwyczajony do ciuchów po kimś, więc bierze, patrzy na Szymona.

Po nim?

Po nim…

A jak on jeszcze nie umrze?

Andrzej patrzy zdziwiony. U nich w domu nikt tego głośno nie mówiłumrze. Czekali na śmierć, lecz nie wypowiadali tego. Jak to powiedzieć o jedynym dziecku? Bali się tak mówić.

Raz tylko Sonia, matka Szymona, wykrzyknęła:

Dlaczego?! Dlaczego zrobiliśmy wszystko jak trzeba, a on i tak umiera? Jak ma to ulżyć?

Gdy umiera bliska dusza, słabnie całe ciało. Sonia już całkiem opadła z sił. Nie chciała żyć bez syna. Dostała silne leki uspokajające, ale niewiele dawały.

A jak nie umrze? pyta Piotrek.

Andrzej chce odpowiedzieć szczerze, bardziej sobie niż dziecku.

Niestety, nie przeżyje. Umiera, Piotrek, słowa ciężko przechodzą przez gardło.

Boliumierać? Piotrek tuli do siebie koszulę Szymona, patrzy z żalem, marszczy czoło.

Andrzej to widzi. Chłopak współczuje, przejmuje się, żywo słucha. Przecież to dziecko, pewnie się boi, zwłaszcza jako sierota.

Szybciej niż zasypianie. Robimy wszystko, by nie bolało. Po to tu jesteśmy.

Ale przecież rusza się.

Dlatego z nim rozmawiamy. Może nas słyszy. Ale pewności nie ma.

Znajomi Szymona siedzieli przy nim stale. Jednak wieczorem Andrzej wyszedł na chwilę, został tylko Piotrek. Trochę się opóźnił, wrócił i stanął w progu.

Piotrek siedzi, trzyma Szymona za rękę, mówi:

…nie wiem, gdzie jest matka. Może już nie żyje. Zostawiła, nie mam żalu. Gdyby przyjechała, wybaczę. Serio. A ty nie umieraj. Widzisz, jak mama twoja płacze. I ojciec… Ja takiego ojca nie miałem, nie umarłbym. Koszulę ci oddam, nie pobrudzę, mam ich pełno. Nie umieraj. Wytrwaj… Bardzo się staraj…

Andrzej odchrząkuje, łzy stają mu w oczach. Piotrek podskakuje.

On słyszy, wie pan? Ścisnął mi rękę! Serio! Nie wierzy pan?

Wierzę, Piotrze, wierzę! Pewnie słyszy.

Rodzina czekała na koniec. Szymon, ich duma, nadzieja, jedyny syn, odchodzi. Chorobę zdiagnozowano u niego w wieku ośmiu latz początku zanik mięśni, potem po kolei: serce, płuca, jelita… Byli w Warszawie, Poznaniu, konsultowali się u wybitnych specjalistów. Dzięki temu Szymek dożył jedenaście lat. Pogodził się ze swoją chorobą, uznał ją za część siebie, nie narzekał.

Najciężej było Soni. To ona czuwała przy nim nocami w szpitalach, błagała lekarzy o pomoc, modliła się w kościołach. Andrzej był, aleon mężczyzna, musiał być silniejszy.

Sonia opadła z sił dopiero, gdy zrozumieli, że Szymon odchodzi. Wtedy podano jej lek.

Rozmawiaj z nim, Piotrze. Rozmawiaj. On się cieszy, gdy go ktoś słyszy.

Dla Andrzeja te rozmowy Piotrka to były okno na świat, chwila wytchnienia przy umierającym synu. Słuchał zza drzwi:

…Wyobraź sobie, kiedy ten wielki Dawid złamał mi rękę, to mi się w oczach ściemniło. Nie wierzysz? Tak, ściemniło się. Ale krótko. Dochodzę do siebie, patrzę na rękęi taka krzywa, tutaj wygięta. Dawid patrzy, czeka na reakcję. Myślał, że zaryczę. A ja wstaję, otrzepuję się i mówię:

No, czekasz, lamusie? Dokończ, złam, choć aż mdli, ale postanowiłem nie płakać. Na złość mu.

A on do pielęgniarki, a tam zaczyna ryczeć. I tyle.

Widzisz? Wyszło na prostą. I u ciebie przejdzie. Złamana ręka gorsza niż twoja choroba. No to do dzieła, wracaj!

Szymon umarł w nocy. Piotrek nie zauważył. Rano poszedł na obchód, zjadł śniadanie i zajrzał do sąsiedniej sali.

Przy łóżku przechadzał się już nowy chłopak, rozpakowywał swoje rzeczy.

A gdzie? Piotrek kiwa na łóżko, gdzie leżał Szymon.

Nie wiem. Byli? Odpowiada nowy pacjent.

Piotrek biegnie na dyżurkę pielęgniarkinie ma jej, więc leci do pokoju socjalnego, szuka swojego lekarza, nie znajduje, pyta innego.

Szymon? Gdzie Szymon? Zabrali go? Gdzie?

Szymon? młody lekarz marszczy brwi, A… Widzi pan, był bardzo chory…

Umarł? przerywa Piotrek.

Lekarz kiwa głową.

Tak bywa.

Piotrek cofa się do drzwi. Jest bardzo zły na cały szpital, lekarzy, personel medyczny.

Nic nie zrobili! Jak miał wyrazić złość?

Salowa myje podłogę na korytarzu, Piotrek kopie wiadro, woda się rozlewa. Salowa krzyczy, lekarze wychodzą, pielęgniarka wraca.

Wszyscy narzekają, chcą go zganić, a on kopie drzwi do sali, siada na łóżku i zatyka uszy.

Taki duży szpital! Tyle lekarzy, a nikt nie pomógł, by przyjaciel przeżył.

Dlaczego Szymon, z którym przez całą tę krótką znajomość niemal nie rozmawiał, stał się jego przyjacielem, Piotrek sam nie wie. Ale tak się stało. Opowiadał mu całą swoją historię. I o matce, i o kobiecie, która śpiewała mu kołysankę, i o bójkach, i o wypadkach.

Kiedyś w nocy, jeszcze na oddziale, Piotrkowi śniło się, że Szymon siedzi na łóżku, smutno się uśmiecha. Piotrek rzuca się, żeby go podnieść, ale Szymon prosi, żeby go nie ruszał, bo po prostu chce sobie posiedzieć. Cieniutkim, niemal dziewczęcym głosem opowiadał mu o swoim życiu.

Nie pamięta dokładnie, o czym mówił Szymon. Ale gdzieś był ten głos. Piotrek go słuchał, a później Szymon spojrzał na okno, wszedł na parapet. Piotrek przestraszył się we śnie, że chłopak spadnie, i z tego strachu się obudził.

Za oknem szumiały czarne gałęzie, świecił księżyc. Szymon rzucał się, machał rękami, ojciec spał, wyczerpany.

Wtedy Piotrek przysiadł cicho na łóżku Szymona, wziął go za chude, kościste dłonie i zaśpiewał mu jedyną kołysankę, którą kiedyś ktoś mu zaśpiewał:

Koteczku, koteczku, szary ogoneczku,

Luli, luli, luli.

Szary ogoneczek, białe łapeczki,

Luli, luli, luli…

Od tego czasu Piotr w myślach rozmawiał z Szymonem. Tamten opowiadał mu o swoim życiu, jak jeździli nad morze, że ma babcię i dziadka, a dziadek to, oczywiście, generał. Opowiadał o szkole, kolegach, pokoju, gdzie wszystko jest i mama budzi go co rano.

Tak Piotrek wyobrażał sobie rodzinne życiei tak Szymon mu opowiadał. Czasem fantazje Piotra były nierealne, bo sam nigdy nie mieszkał w rodzinie, widział na własne oczy tylko w telewizji.

Na przykład wyobrażał sobie, że łóżka w mieszkaniu stoją w jednym pokoju dla wszystkich, każdy ma swoją pryczę. W przedpokoju każdy ma swoją szafkę, w czwartki jest dzień ryby, a mama rano nalewa herbatę.

***

Dziwne to, ale gdy Szymon odszedł, Andrzej poczuł ulgę. I nie chodzi o to, że nie kochał syna, czy że był złym ojcem. Wręcz przeciwnie. Syn już nie żył naprawdęprzebywanie tak długo w tej wegetacji, to bóle i cierpienie. Teraz… Odmęczone.

Teraz trzeba się z tym pogodzić, sprawić, by żona to przyjęła, żyć dalej.

Coraz więcej myślał o Piotrku.

Oczywiste, teraz rozmowy o adopcji są nie na miejscu. Sonia by nie zrozumiała. Przecież nikt nie zastąpi jej Szymka. Jego portret stoi teraz pośrodku salonu, żona siedzi przy nim, pali świeczkę, chodzi codziennie na cmentarz. Osiem lat temu miała ciążę pozamaciczną, operacja była koniecznanie mogą mieć więcej dzieci.

A Piotrek nigdy nie będzie miał matki ani ojca…

On jest zupełnie inny niż Szymon, twardszy, czarnooki, ale Andrzej słyszał, jak mówiduszę ma jasną, niezepsutą.

Sonia, byłem w szpitalu. Wypisali Piotrka. Długo trzymali.

Po co jechałeś? dziwi się Sonia.

A, odebrałem dokumenty Szymona. A wiesz, Piotrek urządził niezłą awanturę, gdy dowiedział się, że nie ma już Szymona.

Głupi…

Racja.

Nie martw się o mnie. Radzę sobie. Pracuj spokojnie.

Dobrze.

Tylko nie mów mi o żadnych chłopcach, proszę.

Andrzej już nie wracał do tego tematu.

Ale sam wybrał się do domu dziecka w weekend. Coś go pchało, nie dawało spokoju. Z rozmów w szpitalu wynikało, że tam nie ma najlepszych warunków. Mimo wszystkoPiotrka zobaczyć mu nie pozwolili. Wychowawcy patrzyli nieufnie, dyrekcja nastawiona chłodno, ile Andrzej nie tłumaczył, że to tylko spotkanie.

To go jednak nie zraziłoprzeciwnie. Przypomniał sobie koleżankę z podstawówki, Joannę Sawicką, która dziś specjalizuje się w psychologii adopcyjnej.

Szybko znalazł jej adres, już następnego dnia odwiedził ją. Rozmawiali długo. Joanna wszystko zrozumiała, współczuła i obiecała dowiedzieć się wszystkiego o Piotrku, ale podkreśliła: zgoda żony, zgoda chłopcabez tego ani rusz.

Andrzej postanowił spróbować jeszcze raz. Pobrał zezwolenia, podjął rozmowy w rodzinie. Zosia, młodsza siostra, była za. Obiecali rozmawiać z Sonią.

Ale Sonia płakała, gdy tylko wspominał o Piotrze.

On nie zastąpi Szymona. Nie rozumiecie?

Oczywiste. Nikogo nie chcemy zastępować. On jest sierotą, a my teraz też… Jest trudny, z domu dziecka. Nie może być drugim Szymonem. Ale gdybyś słyszała, jak mówił do Szymka, jak go dopingował, jak życzył powrotu do zdrowia! Dawał mi, staremu, siłę. Trudno to wyjaśnić… Poznajmy go choć raz. Proszę!

Tylko nie naciskaj…

To był pierwszy krok.

Gdy przyszło do pierwszego spotkania, zaproszono Piotrka do gabinetu dyrektorki. Był spięty, nie patrzył w oczy, dłonie tak ściskane, aż białe knykcie. Nawet nie podał Andrzejowi ręki.

Była z nimi Joanna. Nie wtrącała się, pilnie notowała coś po cichu. Andrzej widział, ile kosztowało to Piotrkaw szpitalu był zupełnie inny.

Chciał go przytulić, powiedzieć: Nie bój się!. Nie wiedział, jak z nim rozmawiać, spojrzał na kobiety po wsparcie, ale Sonia uważnie chłopca obserwowała, Joanna milczała. Andrzej zaczął więc trajkotać, by rozładować napięcie.

Piotr był tak spięty, że zebrani wysłali go wcześniej z powrotem do internatu.

Gdzie ta jego odwaga!

On chyba wcale nie chce do nas iść, co? martwi się Andrzej.

Myli się pan, odpowiada Joanna. On marzy o tym bardziej niż myślisz. Bardzo się boi, że nie będzie pasował. Chce być godny waszych oczekiwań. Bo się boi, że nie dorówna.

Jesteśmy tacy straszni? uśmiecha się Sonia.

Jesteście dla niego rodzicami, jakich nie miał. Nie wie, jak się zachować, panicznie boi się nie spodobać. Teraz myśli tylko o was mówi Joanna.

Umówili się na odwiedziny. Piotrek jeszcze się nie zgadza, Sonia się waha.

Gdy Andrzej przywozi go do domu, piją herbatęPiotrkowi pocą się ręce, patrzy tylko w filiżankę, boi się stuknąć, spojrzeć na wystrój kuchni. Tu wszystko jest inne niż sobie kiedyś wyobrażał. Dusi się od bliskości dorosłych.

Najbardziej boi się Soni.

Gdy Andrzej upuszcza łyżeczkę, Piotrek się wzdryga, spina i mówi:

Masakra…

Andrzej łapie temat:

Masakra, dokładnie! Ale ze mnie niezdara… Piotrek, czemu nie jesz kartofelków?

Piotrek wpych kawałek do buzi, ale trudno mu przełknąć.

Ej, chłopie, luz! uśmiecha się Zosia.

Piotrek, chcesz zobaczyć pokój Szymka? Sonia znajduje sposób.

Oczy Piotrka rozjarzają się, kiwa głową.

Wchodzi do pokoju Szymona, zaraz widzi duży portret chłopaka. Wygląda trochę inaczej niż w szpitalu, uśmiechnięty, zadowolony, pogodny. Tak fajnieujrzeć teraz tak żywego kumpla. To jakby Szymon mówił: Nie martw się, jestem tu.

O, Szymek! Cześć! podbiega, dotyka ramy, patrzy na Sonię, Tu wygląda na grubszego.

Był kiedyś zdrowszy. Potem… Sonia nie potrafi powiedzieć umierał.

Przed śmiercią, co? pyta bez ogródek, gładzi ramę. A pokaż mi, jak tu mieszkał?

Sonia nie rozumie, o co mu chodzi, przynosi więc album. Lepiej nie patrzę, dobrze? Nie mogę jeszcze. Popatrz sam.

Siada Piotrek, ogląda, Sonia staje przy oknie.

A to on? Taki malutki? To on, prawda?

Sonia musi podejść, siada obok, patrzą razem. Okazuje się, że potrafi dłużej patrzeć na zdjęcia, niż myślała.

Fajny był…, zabawny…, ekstra… komentuje Piotrek.

Zaciekawiony, pyta o wszystko.

A potem, widząc zdjęcie znad morza, woła:

O, morze! Mówił mi, że był z wami nad morzem!

Sonia kiwa smutno głową.

Powiedział? On przecież już dawno nie mówił…

Ale do mnie mówił!

Nie kłóci się już. Przeglądają zdjęcia. Sonia czuje spokój. Obecność tego dziecka pomaga jej pogodzić się z losem. Oddycha głęboko, postanawia zapytać:

Piotrek, jeśli chcielibyśmy cię adoptować, zgodziłbyś się?

Znowu się spina, przez chwilę milczy nad albumem.

Nie wiem… Szymon był super. Ja taki nie jestem. Nie potrafię…

Sonia gwałtownie przytula go do siebie.

Dobrze, Piotrze. Nie bierzemy cię zamiast Szymka. Po prostu chcemy przyjaciela, którego on miał.

Piotrek przerażony tym gestem. Rzadko ktoś go dotykał, poza bijatykamidelikatność jest czymś nowym. Czuje zapach kobiety, ciepło rąk.

Żeby oderwać się od objęcia, kartkuje dalej album, nie widzi nic przed sobą, a ona dalej go kołysze i myśli…

Piotrek praktycznie nigdy nie płakał.

A teraz, jakiś kluch podchodzi w gardle i niespodziewanie ciekną łzy. Pociąga nosem.

Płaczesz, Piotrku? No już, nie płacz, bo ja zacznę. Trzymaj się, przecież jesteś chłopakiem! Silnym! Sonia ociera mu ręką łzy.

Słowa te kiedyś już słyszał…

Okno w pokoju jest otwarte. Świeże powietrze faluje firanką, za oknem bujna zieleń, a z portretu życzliwie spogląda na niego przyjaciel Szymon.

I Piotrek, jak dziecko, pyta:

A zna pani piosenkę? Koteczku, koteczku, szary ogoneczku, luli, luli, luli…

Znam. To kołysanka. Chcesz, żebym się nauczyła?

Piotrek pociąga nosem i kiwa głową. Więcej mu nie potrzeba…

Oceń artykuł
TwojaCena
Pietka. Opowieść