Dobro przekazane w testamencie

Dobroć z testamentu

O, Zosiu! Jak dobrze, że jesteś! Ja już naprawdę nie wiem, co robić!

Zofia postawiła na ławce ciężką siatkę z zakupami i westchnęła.

Co się stało, pani Katarzyno?

Spokojnie, Zosiu! Pamiętaj uprzejmość i jeszcze raz uprzejmość. Ze starszymi tylko tak! Nawet jeśli są uparte.

A o tym, że Katarzyna Wiśniewska jest uparta, wiedzieli wszyscy na osiedlu. Gorzej się nie dało.

Dlaczego dama?

Bo Katarzyna była mistrzynią w robieniu awantur uprzejmie, niby z kulturą, ale doprowadzić każdego do szału potrafiła.

Kochana, nie jest pani całkiem w porządku.

Ja nie jestem pani kochaną!

Ach, jakie nieszczęście! W naszych czasach kobiecie uchodziło za chlubę być miłą, a teraz Szkoda gadać pokolenie stracone! Ale jednak niech pani posprząta po swoim piesku.

A jeśli nie?

A wtedy każdy w okolicy będzie o was wiedzieć, droga pani!

Kto nie brał poważnie tych pogróżek, szybko się przekonywał, że z Katarzyną nie ma żartów. I nie kończyło się na słowach działała skutecznie. Na drugi dzień niegrzeczny delikwent zjawiał się już na tablicy niechlubnych.

Tak bowiem Katarzyna nazywała każde drzewo, słup czy tablicę ogłoszeń, do których przyklejała kartki z wydrukowaną fotografią sprawcy i niemal zawsze tym samym tekstem: Takich nie podziwiamy!. Dalej było opisane przewinienie, jakiego się dopuścił. Kartek tych miała na pęczki. Drukarka, do której obsługi nauczył ją sąsiad, spisywała się znakomicie. Papieru zawsze miała pod dostatkiem, bo dobra emerytura i pomoc dzieci pozwalały jej kupować zapasy hurtowo. A że za swój główny obowiązek uważała zaprowadzenie porządku na swoim osiedlu, niewielkie mandaty zasądzane przez sąd za samowolkę zupełnie jej nie przerażały. Punktualnie zjawiała się na każdej rozprawie, kłaniała się sędziom i przepraszała za kłopot, jaki sprawia. Przestano ją traktować jak uprzykrzonego komara, raczej jak nieodzowne zło lub dobro, zależnie od punktu widzenia.

Czasem jej dziękowano. Na przykład wtedy, kiedy dzięki jej aktywności naprawiono całą deszczową kanalizację na osiedlu. To było jej największe zwycięstwo, okupione niemal dekadą życia, setkami sporów z urzędnikami przeróżnych szczebli i masą nieprzespanych nocy. Jednak po tym triumfie sąsiedzi patrzyli na Katarzynę z uznaniem już nie była awanturującą się staruszką. Teraz wszyscy wiedzieli, że Katarzyna to nie byle kto. Właściciele samochodów, którzy przestali po deszczu robić z aut okręty podwodne, kłaniali jej się nisko i myśleli z obawą, czy to nie ich twarz znajdzie się na nowej kartce, którą trzyma w szczupłych dłoniach. Wszyscy przypominali sobie swoje przewinienia, po czym z ulgą oddychali, widząc, że tym razem ominęło ich.

Dostawało się od niej właścicielom psów, którzy nie sprzątali po pupilach lub wypuszczali je bez smyczy i kagańca; matkom, które zamiast pilnować dzieci, zajmowały ławkę z piwem; notorycznym dłużnikom alimentów; cichym i głośnym alkoholikom; wszystkim, dla których podstawowe zasady współżycia były obce.

Oczywiście, nie każdy był jej wdzięczny. Raz nawet Katarzynę napadnięto w ciemnej alejce, gdy wracała późno od schorowanej siostry. Długo jej nie bili, ktoś bandytów spłoszył, ale wystarczyło, by upartej starszej pani jeszcze bardziej wzrosła determinacja. Bo jeśli to, co robi, kogoś aż tak razi, musi być potrzebne!

Siniaki znikły, złamana noga zrosła się źle pogoda ją od tamtej pory zawsze bolała.

Ale Katarzyna nawet z tego potrafiła żartować:

Za to wiem, czy zabierać parasol! Toż to skarb, nie noga!

Sprawców jej pogodowej nogi znaleziono w mig. Dali im najwyższe wyroki, bo Katarzyna w sądach była znana wszystkim. Stała się miejską legendą.

Poza tym, dzięki temu zyskała przydatne znajomości trzech dzielnicowych i jednego śledczego, których prosiła o pomoc, gdy nie dawała rady sama.

Michałku, złotko, jesteś mi niezbędny! dzwoniła do dzielnicowego.

Michał, wąsaty olbrzym, najbliższy sąsiad Katarzyny od czasu zakupu własnego mieszkania, zawsze reagował na jej wezwania. Trudno powiedzieć dlaczego, ale ta filigranowa, grzeczna, a zarazem groźna kobieta podbiła serca nie tylko jego dzieci i żony, ale nawet jego matki, której Michał bał się panicznie. Zyskała to uznanie, gdy przekonała teściową, by rzadziej nachodziła dorosłego syna i jego rodzinę:

Kochana, czy tak źle go pani wychowała?

Co też pan mówi! Jestem wspaniałą matką!

Nie wątpię! Ale proszę skoro syn tak dobrze jest wychowany, czy naprawdę potrzebuje jeszcze pani chusteczki? Z rozumem wszystko w porządku, ale chusteczkę! No właśnie!

Jaką chusteczkę?

Do nosa, kochana. Przecież ciągle pani go wyciera! Żal, że dorosły syn nie radzi sobie z katarem. Takie to już teraz dzieci idą. Ile by się nie poświęcało, a wszystko trzeba pilnować. Współczuję pani! Naprawdę żal!

Trzeba mówić, że matka Michała zmniejszyła wizyty niemal do zera? Rodzina odetchnęła, a wdzięczność wobec Katarzyny osiągnęła pułap niespotykany.

Zofia, pracująca od lat jako opiekunka społeczna, doskonale znała Katarzynę i jej układy. Toteż bardzo się zdziwiła, gdy zastała tę groźną kobietę zapłakaną na ławce pod blokiem.

Co się stało?

Zosiu Twoja podopieczna Helena Nowak

Co z nią?! Zofia ze strachem spojrzała na znane okna.

Teraz jest u niej Michał. Heleny już nie ma…

Zofia opadła na ławkę, prawie się mijając z nią.

I cóż to za dzień?

Od rana przed jej domem pękła rura, dzieci spóźniły się do szkoły. Potem kłótnia z mężem. Niby kochała swojego Staszka, nawet go podziwiała. Teraz o takiego trudno: nie pije, nie pali, żonę i dzieci kocha ponad życie, zarabia nieźle. Rzadkość! Ale żyć z nim musi ona, Zosia. I czasem puszczają nerwy, jak dziś. Powód kłótni błahy żarówka. Prosiła, prosiła, sama by wymieniła, nie pierwszy raz.

Chyba mam słabe nerwy? Albo wiek? Babska rzecz?

Raczej zwykła głupota. Przecież można było sama zrobić! Teraz trzeba się godzić, naprawiać relację… Co za marnowanie czasu. Takie życie… Ktoś był i już go nie ma…

Jeszcze wczoraj Helena Nowakowa prosiła o karmę dla kotów, a dziś

Zosia zaszlochała, a potem popłakała się zupełnie.

Oj, kochana No, no! Proszę, chusteczka!

Śnieżnobiała chusteczka opadła na kolana Zofii, a ona jeszcze głośniej się rozpłakała.

Jak ten haftowany rożek przypominał jej prezent od Heleny na gwiazdkę!

To dla pani, Zofio! Skromny upominek z całego serca!

Boże, jaki piękny! To haft?

Tak. Pani inicjały.

Tego szkoda użyć! Przesada!

Zosiu, to tylko chusteczka. Niestety, większej rzeczy podarować pani nie mogę. Sama pani wie, jaką mam emeryturę.

Babcia mówiła, że najlepszy prezent to pamięć.

Mądra kobieta ta pani babcia. Żyje jeszcze?

Nie. Nie mam już rodziny. Mój świat to mąż i dzieci.

Szkoda Ale nie zrozum mnie źle! Cieszę się, że masz bliskich. Ja nie miałam ani rodziny, ani dzieci. Zostały mi kuzynki, siostry, bracia, wujostwo… Wszyscy wiedzieli lepiej, jak powinnam żyć. W efekcie zostałam sama. Raz nie podobał się mój wybór, raz nie wierzyli, że wiem, co robię, i tak już zostało Oczywiście, to także moja wina. Ale efekt, Zosiu Samotność… To straszne, uwierz! Człowiek to istota społeczna. Samemu jest bardzo źle. Mnie bardzo źle! Gdyby nie moje koty, sama nie wiedziałabym, po co żyję. Jedna z kuzynek powiedziała, że tylko miejsce zajmuję, powinnam ustąpić. Jej córka chce studiować w Warszawie, mieszkanie się przyda bardziej jej.

A dlaczego pani odmówiła? To nie byłoby weselsze w towarzystwie młodej osoby? Rodzina?

Zosiu, bo ja nie miałam dać jej pokoju, ale całe mieszkanie!

Jak to?

Tak! Dla nich nie jest mi już potrzebne. Dziewczynie tak! Ma tu mieszkać, uczyć się, wyjść za mąż, mieć dzieci! Wszystko u mnie! Warunki lepsze!

A pani? Gdzie miała się podziać?

Do siostry. Ale tylko na chwilę, bo już miałam mieć miejsce w domu spokojnej starości, siostra wszystko załatwiła. Możesz sobie wyobrazić?

Nie rozumiem. Jak można tak decydować za kogoś? Przecież, pani nie dziecko!

O, Zosiu! Oni twierdzą, że już nie myślę. Tak mówią nie jestem zdolna do logicznego rozumowania. Kiedyś umiałam, teraz nie.

No cóż Z taką rodziną i wrogów nie trzeba

A jednak, kocham ich nadal. Mieszkanie zapisałam w testamencie po równo wszystkim siostrzeńcom. Nie mogłam wyróżnić jednego, sumienie nie pozwalało. Ale boję się Nie wiem, co zrobią z moimi kotami! Wszyscy ich nienawidzą. Grożą, że natychmiast je wyrzucą. Kto potrzebuje tego dobra?

Na to nie pozwolę!

Oj, Zosiu! Ty ich nie znasz!

I nie chcę znać! Wie pani co?

Co?

Niech pani swoje koty przepisze na mnie!

Jak to?

Tak po prostu! Koty to majątek, prawda? Zapisz mi je w testamencie. Tak na wszelki wypadek. Będą u mnie bezpieczne. To będzie taka dobra wola przez testament. Nie wolno krzywdzić futrzaków, skoro tak pani je kocha!

Zosia! Ty jesteś anioł! Nawet mi nie przyszło do głowy! Ale to taki kłopot

Daj pani spokój! Co za kłopot? Jak to mówią? Bez kota dom to nie to? Zosia drapała mruczącego Maciusia, broniąc drugiej ręki przed Staszkiem.

Maciuś mieszkał u Heleny już dziesięć lat, Staszek krócej. Kocurek znaleziony przez Katarzynę pod sklepem, trafił do Heleny z wyjaśnieniem:

Helenko, wiesz, co robić! Ja mam alergię! Ale żal mi stworzenia! Patrz, jakie maleństwo Kto by wyrzucił taki cud?

Kasiu, przygarnę, ale proszę, ostatni raz. Maciuś też twój prezent. Najlepszy i najcenniejszy! Na trzeciego kota mnie nie stać…

Rozumiem, dziękuję ci!

Tak Staszek został u Heleny. Po czasie wyszło, że… Staszek to wcale nie Staszek. Tuż przed śmiercią Heleny kotka urodziła młode. Helena widząc je, śmiała się do łez:

Staszkowe szczęście, czy smutek? Ale masz śliczne dzieci, Fretko! Brawo!

Czy Maciuś wiedział, że zostanie tatą? Chyba instynkt zadziałał, bo był tatusiem na medal.

Zofia przychodziła do Heleny oglądać tę kocią rodzinę.

No popatrz! Mamy kotkę, nie kocura! Jak pani nie widziała, że Fretka w ciąży?

Myślałam, że Staszek dobrze je! Helenka śmiała się sama z siebie. I co zrobię z kociakami?!

Pomogę znaleźć im dom. Działkę mam dużą, a w razie czego poprosimy Katarzynę o pomoc. Ona załatwi wszystko!

Teraz, wspominając kociaki, Zofia zerwała się z ławki.

Co ja tu siedzę?! Przecież są głodne

Zosia swoje dziedzictwo odebrała tego samego dnia. Michał nie robił problemów, pomógł donieść koszyk do domu Zofii i wyszeptał:

Zostaw mi jednego kota. Dzieci od dawna mi proszą, a mama była przeciwna. A teraz można. Helena była dobrym człowiekiem. A koty też muszą być dobre.

Jakiego chcesz? Zosia uchyliła koc na koszyku.

Tego rudej maści!

Jak podrośnie przyjdź po niego.

Dzięki!

Nie ma za co A kto się zajmie resztą? Rodzina?

Oczywiście! Oświadczyli, że są zajęci. Mam radzić sobie sama.

Zosia prawie upuściła koszyk z kotami.

Tak być nie może! Ja się wszystkim zajmę!

No ale ona pani nie była bliska

Myli się pan! Z Heleną znałyśmy się ponad pięć lat. Mało? Nieraz wystarczy parę dni, by być przyjacielem, a niekiedy i życia nie starczy, choćby była rodzina. Ja jej godnego pożegnania nie odmówię! Zasłużyła!

Michał roześmiał się lekko i poklepał Zofię po ramieniu:

Teraz przypominasz mi kogoś Ale nie musisz być taka wybuchowa. Pomogę ci.

Dziękuję odetchnęła Zosia.

Naprawdę, po co tak się denerwowała? Nerwy jej już nie służą

Przed furtką Zofia przystanęła przed drzwiami do ogródka. Dom w centrum miasta odziedziczyła po rodzicach. Zbudowany jeszcze przez jej dziadka, dawał ciepło zimą, chłód latem. Było w nim przytulnie, bo Zofia, jak jej rodzina od pokoleń, wiedziała dom to nie tylko ściany, ale ludzie w nim.

Dlatego nie potrafiła pojąć, jak można nie kochać bliskich, nie troszczyć się o starszych

Na werandzie otworzyła drzwi i znowu o mało się nie rozpłakała.

Pachniało jedzeniem, na kuchni krzątali się dzieci. Staszek zerknął z korytarza i, widząc żonę przy drzwiach, ruszył do niej.

Zosiu, co z tobą? Wyglądasz okropnie! Żarówka wymieniona! Z pracy wyszedłem wcześniej i kran też naprawiłem. Twoje tulipany wkrótce zakwitną. Nie płacz!

Nie będę! śmiała się Zosia, ocierając łzy.

Co to masz? Staszek wziął od niej koszyk. Ciężki jaki!

To koty Zosia wtuliła twarz w jego ramię.

Co?!

O, zobacz! Zosia odsłoniła ręcznik, a dzieci aż zakrzyczały z zachwytu.

Cicho! Koty się boją!

Koty bardzo szybko przywykły do nowego domu. Maciuś nawet kilkakrotnie przynosił myszy na ganek, starając się odpracować swoje utrzymanie i zrobić przyjemność nowej opiekunce. Tęsknił za Heleną, bo Katarzyna widywała go czasem na drzewie obok starego domu. Siadał naprzeciwko okna poprzedniej właścicielki, cicho ją nawołując. Sąsiedzi nie mieli za złe tych kocich koncertów, wiedząc, że kocur tęskni.

Czasem siedział chwilę, czasem godziami. W te dni wracał później albo wcale. Zosia narzekała, wpuszczając go w nocy.

Nocny marku! Przecież jutro muszę wstać do pracy!

Maciuś ocierał się o jej nogę, przechodził na patrol po domu, sprawdzał dzieci i Staszka, a potem kładł się przy Fretce, wylizywał kociaki i zasypiał.

Helenę pożegnano z szacunkiem. Zosia ze zdziwieniem patrzyła na tłum, który przyszedł się pożegnać.

Kim oni są? szeptała do Katarzyny, pomagając przy stole.

Uczniowie. Helena uczyła fizyki, potem dawała korepetycje, przygotowywała do matur i na studia. Dobrze zarabiała do czasu, aż zaczęły się kłopoty ze wzrokiem. Musiała zrezygnować. Ale jak widzisz, była pamiętana. Była bardzo dobrym człowiekiem

Wiem

Dziewięć dni Czterdzieści

Zosia wstawała w nocy, by wpuścić kota i rozmyślała o przemijaniu. Wiedziała już, czemu łzy i nerwy. I skąd to poranne mdłości. Skrywała to jeszcze nawet przed mężem, ale ta tajemnica napełniała ją spokojem.

Patrzyła na Fretkę, głaskała kociaki i szeptała:

Wkrótce znowu zostanę mamą Trochę się boję. Moje dzieci już podrosły i wiele rzeczy zapomniałam. Dacie radę mi pomóc?

Fretka zamruczała tak głośno, że przybiegł zaniepokojony Maciuś, a Zosia mimowolnie się uśmiechnęła.

Racja! Pełen dom pomocników, czy damy radę? Oczywiście!

W dzień, gdy chciała już powiedzieć mężowi o przyszłym dziecku, wydarzyło się coś, co znów jej uzmysłowiło: nic nie dzieje się przypadkiem.

Maciuś znikał już drugi dzień. To mu się nie zdarzało. Zosia naprawdę się martwiła. Była pod domem Heleny, ale kota nie widziała. Ani Katarzyna, ani Michał, który przez cały tydzień chodził po osiedlu, nie widzieli kota.

Zosiu, idź spać! Wróci zamiauczy pod oknem! uspokajał ją Staszek.

Nie zasnę! Przecież deszcz zapowiadali! Zmoknie, bidulka!

Kot, nie prosiaczek, Zosiu! A koty chodzą własnymi ścieżkami. Jak zgłodnieje przyjdzie!

Zamknę go na klucz! I nie puszczę! lamentowała Zosia przy oknie, wypatrując kota.

Zmęczona, zasnęła w fotelu, nie słysząc nawet, jak wrócił.

A wrócił nie byle jak. Krążył wokół domu, miauczał tak głośno, że cały Tarnów powinien słyszeć. Ale ogród był duży, dom gruby, a kwietniowy przymrozek sprawił, że okienka były zamknięte. W domu panowała cisza, tylko Fretka przy kociakach podniosła nagle głowę, powąchała znad koszyka, zerwała się i podrapała Zosię.

Ała!

Zosia nie rozumiejąc, co się dzieje, odtrąciła kotkę i dopiero wtedy się dobudziła.

O, Fretko, przepraszam! Co się w ogóle dzieje?! Czemu boli? Podrapałaś mnie?!

W tej chwili usłyszała, jak za oknem wyje Maciuś i poczuła delikatny zapach dymu.

Staszku! Dzieci! Pożar!

Krzyk Zofii ściągnął Fretkę do dziecięcego pokoju. Kotka ugryzła delikatnie najpierw jednego, potem drugiego syna, budząc ich.

Wstawajcie!

Zosia chwyciła młodszego syna, popchnęła starszego w ramiona Staszka i wybiegła z domu, łapiąc jeszcze koszyk z kociakami.

Pożar zauważyli sąsiedzi. Straż pożarna przyjechała błyskawicznie i ugasili przybudówkę, w której się zaczęło. W czasie akcji Maciuś wyprowadził z dymu Fretkę i teraz cała kocia rodzina siedziała razem ze swoimi ludźmi.

Wszystko! Możecie wracać! Zapach trochę zostanie, ale dom ocalał! Dobrze, że się obudziliście!

Zosia przytuliła kotkę, kiwnęła głową strażakom.

Dziękujemy!

Staszek puścił dzieci do podziękowań, potem objął żonę.

Wszystko dobrze?

Tak

Na pewno? położył jej dłoń na brzuchu.

Ty już wiesz!

Jak mogłoby być inaczej? Zosiu, czy ja nie jestem twoim mężem? Dwójka nie, już prawie trójka dzieci! Myślisz, że się nie domyśliłem? Te twoje nerwy i wszystko

Boję się

Głupoty gadasz! Czego tu się bać? Jestem ja, są dzieci, kupa kotów damy radę! Nawet dom ocalał.

Racja…

Zosia oddała kotkę mężowi, kociaki dzieciom, sama jeszcze przez chwilę stała na schodkach, patrząc w górę.

Dziękuję pani, Heleno Nowak, za tę dobroć… Dziękuję…

Oceń artykuł
TwojaCena
Dobro przekazane w testamencie