Szukam kobiety o imieniu Zuzanna.
Przez niską bramę wszedł na podwórko studniowe, pełne roztopionego śniegu. To już czwarte podwórze. Plac zabaw, huśtawki, chłopcy na mokrym boisku kopią piłkę. Piłka rozbryzguje wodę, ale chłopakom wcale to nie przeszkadza.
Zatrzymał się pod arkadą, rozejrzał się po podwórku. Tak bardzo chciał, żeby pamięć zahaczyła się o coś, wyłowiła z głębi szczegóły przeszłości. Ale tutaj wszystko było inne niż wtedy w jego wnętrzu. Cóż, tyle lat minęło. Wtedy poza sznurami na bieliznę, komórkami pod oknami, krzewami floksów i ławkami nie było tutaj nic.
A teraz…
Po tylu latach wszystko mogło się zmienić. Właściwie nie mogło się nie zmienić.
Na nieznajomego, zadbanego starszego pana w czapce z futrzaną lamówką nikt nie zwracał uwagi. W tych czterech kamienicach wiele mieszkań wynajmowano. Warszawa…
Musiał iść do kamienicy po prawej od bramy. To na pewno się nie zmieniło. Pamiętał, że to było drugie piętro w trzypiętrowym budynku. Mieszkanie głęboko na korytarzu, drugie po prawej, w rogu. Na futrynie drzwi kilka dzwonków o różnych kształtach i kolorach, z nazwiskami współlokatorów.
Pamiętał każdy szczegół w środku każdą fałdkę na zasłonie, krzywy zatrzask w lufciku, zielony czajnik, skrzypiące deski podłogowe i nawet karalucha, którego łapali przez dwa dni. Wszystko wyryło się w pamięci…
Ale nie znał numeru mieszkania ani budynku. Pamiętał tylko ulicę. Nie mógł namierzyć podwórka, bo takie podwórka-studnie były tu jedno za drugim. I nie był nawet pewien klatki schodowej chyba druga od bramy… Budynki podobne, jakby zbudowali je ci sami robotnicy według tego samego projektu.
I tak krążył po tych podwórkach…
Prawa kamienica, druga klatka, nie, tu się raczej mówi druga klatka schodowa, drugie piętro, drzwi w głębi. Czterdzieste trzecie? A może…
Jeśli w klatce był domofon, wybierał 43.
Dzień dobry, szukam Zuzanny. Proszę mi powiedzieć…
Czasem go nie słuchano do końca, mówiono, że tu taka nie mieszka, czasem nawet taki… Musiał próbować ponownie.
Przepraszam, to bardzo ważne. Proszę, czy w 1980 roku nie mieszkała tu Zuzanna? To dla mnie bardzo istotne.
Po odwiedzeniu trzeciego podwórka wyjął notes, zanotował.
16 nikogo, 24 na pewno nie, 32 a nie znają, kupili…
Podwórek było sporo, musiał wracać tam, gdzie nie dostał odpowiedzi, gdzie nie dodzwonił, gdzie zostały pytania.
Wspinał się po szerokich schodach oszklonej klatki. Wielkie okna były zakurzone, czuć było zapach kotów. Ten zapach pamiętał.
Dzień dobry! ukłonił się.
Na przeciw wyszła starsza pani w szarym płaszczu z torbą w ręku.
Dzień dobry, a do kogo pan? zapytała.
Na drugie piętro. Szukam Zuzanny, kobiety koło sześćdziesiątki. Czy mieszka tu taka osoba?
Do którego mieszkania?
Te w rogu, po prawej. Ale to było dawno. Jeszcze jak były tu wspólne mieszkania. Nie pamiętam dokładnie budynku…
W rogu? Nie. Tam mieszkają Nowakowie, żona, mąż i dwójka dzieci. Żadnej Zuzanny tam nie ma. I nigdy nie słyszałam o nikim takim u nas, a mieszkam tu od dziecka.
Dziękuję, opuścił głowę i zaczął schodzić po wytartych schodach.
Kobieta szła za nim.
Proszę, a jak nazwisko?
Gdybym pamiętał, dawno bym ją odnalazł przez książkę telefoniczną albo internet. Ale nie pamiętam, a właściwie nie wiem…
Jak to? Kim ona dla pana, jeśli można spytać? okazała się bardzo rozmowna.
Zadrżał, zawahał się, nie wiedział, co odpowiedzieć…
Ona? …
Kim ona jest dla niego?
Zuzanna… Zuzka… Zuńka…
Miłość nie ma ścisłej definicji. Po prostu jest. Wszystko inne to obrazy, subiektywne układy uczuć i możliwe konsekwencje.
Aleksander Kwiatkowski całe życie wierzył, że miłość jest kruche uczucie. Rozłąka ją zniszczy, odejdzie, zniknie. Te przebłyski szczęścia z przeszłych wspomnień wspierały go i bolały zarazem.
Zawiniał. Tak przeżył czterdzieści lat z kalectwem w sercu.
Te wspomnienia karmiły jego serce, lecz to ono pierwsze się zbuntowało. Po śmierci żony, z którą spędził całe życie, chociaż ostatnio żyli bez wielkich uczuć jakoś bolało bardziej, i dostał zawału.
Nie kłócili się z żoną, po prostu w pewnym momencie zaczęli mieszkać osobno, choć pod jednym dachem. On zamieszkał w swoim pokoju, ona w swoim, rozmawiali już tylko w sprawach codziennych.
Dla żony ten dom był jej domem, a on tylko tu mieszkał, bo nie było go gdzie wyprowadzić. Często narzekała znajomym:
No co z nim zrobić? Niech już mieszka.
W domu błyszczało od pozłacanych ram, kryształowych żyrandoli, drogiej rzeźbionej i stylowej mebli, pstrokatego bibelotu i perskich dywanów. Pośrodku salonu stał biały fortepian, na nim waza ze sztucznymi kwiatami.
Ten fortepian był czymś na pokaz. Prawdziwy, amerykański Steinway & Sons. Ale dla Aleksandra to była dekoracja, bo nikt nie umiał na nim grać, a waza zawsze na nim stała instrumentu nigdy się nie używało.
Gdy go kupili, żona zaprosiła kilka razy muzyków na spotkania. Ale fortepian nie przypadł wszystkim do gustu, a goście woleli muzykę z kasety.
Stolik do wazonu tak go nazywał Aleksander. A kosztował tyle, co trzypokojowe mieszkanie w centrum Warszawy.
Żona przez chwilę próbowała się nauczyć gry. Wzięła nauczyciela, ale szybko zrezygnowała. Rzadko coś kończyła, poza masażami i zabiegami upiększającymi.
Nie dokończyła nawet swojej jedynej ciąży. Choć w tym trudno ją winić, Aleksander gdzieś w głębi czuł, że jej egoizm nie pozwolił jej zostać matką.
O tym myślał często w ostatnich latach. Wiedział kogoś, komu fortepian by ożył pod palcami.
Tęsknił, mimo wszystko. W ostatnich latach z żoną było im lepiej. Oboje nie domagali na zdrowiu, chodzili razem na spacery, karmili kaczki w stawie pod domem. Aleksander zaczął łowić ryby. Już nie chcieli sobie nic udowadniać.
Czemu wcześniej tu nie chodziliśmy, Zosiu? Dobrze tu… siadali nad wodą.
Głupcy, machała głową żona.
Ale kiedyś wiecznie się gdzieś spieszyli. On uparcie piął się po szczeblach kariery urzędniczej, do ministerstwa. Teść pan Jan Nowicki go forsował. Zanim się przyzwyczaił i opanował nowe stanowisko, już czekało go awans.
Awans zasłużony był sumienny, bystry, zaradny. Umiał ryzykować, dostosowywać się, wymagać. O takim zięciu wiceprzewodniczący Rady Ministrów, szef Komitetu Budownictwa, Jan Nowicki, mógł tylko marzyć.
I tylko początkowo mógł go stracić trzeba było działać. O szczegółach opowiedziała mu żona, ale dopiero po latach, gdy teść zmarł, a żona się pokłóciła z matką i ta zdradziła jej tajemnice. Ona niczego nie podejrzewała dla niej ojciec był ideałem.
Kim ona jest dla pana, jeśli można? starsza pani znów się zapytała.
Zadrżał, nie wiedział, co powiedzieć…
Ona? … To wszystko, co mi zostało, chyba.
Starsza rozmówczyni już nie pytała. Widziała w jego oczach ból kogoś, kto szuka bardzo bliskiej osoby.
A on ruszył do następnego podwórka. Przemoczone buty, zmęczenie, ciągłe pytania, czasem nieuprzejmość, czasem długa rozmowa wyjaśniająca, z nadzieją, że jednak trafi na ślad. A potem jeszcze jedno podwórko, i następne…
Wieczorem wrócił do hotelu zupełnie rozbity. Padł na hotelowe łóżko w kurtce, zamknął oczy. Bolały go nogi, plecy, ciężko oddychał, głowa mu dudniła. Lecz rano powtarzało się to od nowa, znów wyruszał na poszukiwania.
***
Jesień tamtego roku była deszczowa. Warszawski bruk pokrył się złotym kocem i deszcz lał nań często. Handel tętnił na ulicach, wszędzie były budki, stoiska i po prostu sprzedaż z ręki.
Z przyszłym teściem przyjechali do Warszawy z Poznania na zjazd budowlany związany z nową demokratyzacją gospodarki i polityki.
Dla sekretarza komitetu Nowickiego to było bardzo ważne czekał na przeniesienie do Warszawy. Młody Aleksander Kwiatkowski nie oczekiwał wiele. Przez przypadek przekształcił się z aktywisty w prawą rękę sekretarza, ale niczego nie planował. Po prostu pracował.
W okręgu powstawała nowa fabryka on nią zarządzał. Ale był wtedy młody, nie czuł jeszcze ciężaru odpowiedzialności. Wydawało się, że życie można ustawić według własnego uznania.
I w Warszawie zachwycał się miastem. Nastrój miał świetny. Nowicki wysyłał go na różne swoje sprawunki. I oto na stacji metra Politechnika Aleksander usłyszał piękną melodię przepływającą przez przejście. Przenikała aż do duszy. Zamiast wyjść skierował się do źródła dźwięku.
Młoda, szczupła dziewczyna w błękitnym berecie i delikatnej chuście grała na skrzypcach. Za nią wilgotna, szara ściana. Miała na sobie kraciaste krótkie płaszczyko i półbuty, nogi cienkie jak u baletnicy. Przed nią otwarty futerał na skrzypce, do którego ludzie wrzucali drobne.
Aleksander zastygł. Obraz tej sceny był niezwykły dramatyzm muzyki, błękitna chusta, kręcone włosy, brudna ściana i jej zmarznięte dłonie. Wyglądała jakby marzła, ale zimno tylko ją ożywiało.
Obok kręcili się sprzedawcy, przechodnie, ktoś kupował, ktoś rzucał monetę, ale nikt nie zatrzymywał się na dłużej. Tylko Aleksander tkwił w miejscu.
Dziewczyna skończyła melodię, pod pachę wzięła skrzypce, zmarznięte ręce przetarła, poprawiła rękawy swetra spod płaszcza.
Potem znów założyła skrzypce na ramię. Smyczek uniósł się w powietrze bardzo sprawnym ruchem wyglądał jak zaproszenie do tańca. Dziewczyna zamknęła oczy, rozdała się muzyce. Dźwięki niosły się po szarej ścianie w górę, jakby chciały coś udowodnić.
Tyle było w tej melodii smutku, tyle bólu! Muzyka płynęła w górę, dotykając czego nie potrafił wyrazić.
Aleksander zatonął w dźwiękach i nagle…
Piętnastoletni chłopak przykucnął niezgrabnie przy stopach skrzypaczki i momentalnie rzucił się w stronę wyjścia, zabierając futerał.
Ukradł! Złodziej! pierwsza zareagowała sprzedawczyni. Jej okrzyk rozlał się po metrze.
Dziewczyna miała wciąż zamknięte oczy, grała zawzięcie.
Aleksander pobiegł pierwszy za złodziejem. Szybko przebiegł po schodach, nie spuszczając go z oczu, zawołał:
Łapcie złodzieja!
Zwalisty mężczyzna stanął chłopakowi na drodze, mały zwiał, rzucił futerał i pobiegł w stronę ulicy. Samochody hamowały z piskiem, złodziej zniknął.
Aleksander nie kontynuował pościgu, podziękował nieznajomemu, zaczął zbierać rozrzucone monety. Futerał był połamany, wieko się oderwało. Po schodach szła zdenerwowana skrzypaczka.
Oddał, zepsuł… podawał jej drobne, podnosząc z asfaltu, Oto wszystko, co znalazłem.
Nie trzeba, już nie zbieraj pan jej głos, głęboki Futerał i tak był w ruinie. Dziękuję.
Była bardzo poważna. Czuło się, że nie zguba ją smuciła, lecz coś głębiej.
Często tu tak jest? zagadnął Aleksander, chcąc ją zatrzymać.
Nie była rozmowna.
Zdarza się, odparła chłodno i poszła w swoją stronę.
Aleksander ruszył za nią. Szła coraz wolniej, w końcu zatrzymała się na mostku. Patrzyła na wodę, wiatr podnosił jej chustę.
Podniosła futerał, oparła go o poręcz. Aleksandra ogarnęło przeczucie chce wyrzucić skrzypce do wody, żegna się z nimi. Podbiegł.
Proszę pani, nie! Niech pani tego nie robi!
Zawahała się, odwróciła. Trzymał futerał razem z nią.
Po co pan?
Nie mogłem pozwolić…
Zhańbiłam ją… podniosła lekko, ale Aleksander trzymał mocno.
Ostrożnie przeniósł futerał za balustradę. Instrument wysunął się ze środka.
Widać, skrzypce się bronią, nie chcą zginąć. Widzi pani… Dlaczego była pani taka ostra względem nich?
Nie powinnam była grać w przejściu. Obiecałam…
Komu?
Mamie.
Szkoda, że mama taka surowa. Ja pierwszy raz słyszałem taką muzykę na żywo. Gdyby pani nie grała w metrze…
Ale ona już odchodziła. Przyspieszyła krok.
Przepraszam! Już pani widzi, że jestem niezgułą. Głupiec naprawdę. Przyjdę jutro do tego przejścia. Czekać będę! Będę panią chronił przed złodziejami!
Na drugi dzień długo nie mógł się wyrwać, przyszedł dopiero po południu na Politechnikę. Nie było jej. Inni sprzedawcy potwierdzili, że jej nie widzieli.
Jak tęsknił! Chodził trzy godziny po placu i ulicy, schodził do metra, wracał. Wiedział, że powinien być gdzie indziej, ale czekał uparcie. Został wynagrodzony.
Przyszła. Widział, że go poznała, ale nie pokazała tego. Poustawiała skrzypce, zaczęła grać. Kobieta przyniosła mu krzesełko. Wszyscy wiedzieli, że czekał długo.
Siedział naprzeciwko niej dwie godziny. Uśmiechnęła się do niego to było szczęście. Handel się zakończył, zabierali jej już stołeczek. Ale ona kończyła grać, i wtedy podszedł, włożył sporo pieniędzy.
Co pan wyprawia! zdziwiła się, przykryła banknoty ręką, spojrzała na niego. Proszę zabrać, to za dużo!
Mam prawo. Płacę, ile chcę.
Zebrała banknoty, wepchnęła mu do ręki.
Faktycznie pan głupiec! Z takimi pieniędzmi tu niebezpiecznie. Chodźmy stąd! szybko zebrała skrzypce, ciągnęła go do schodów.
W ich kierunku szło już dwóch napakowanych facetów. Dziewczyna westchnęła.
I po nas…
Skąd mógł wiedzieć, że wtedy w Warszawie rządziły swoje prawa? Nie można było zarabiać bez uiszczenia opłaty. Wczoraj obchodzili się z nią łagodnie, dziś już obserwowali adoratora.
Ile masz płacić? zapytała przestraszona.
Niech za ciebie płaci kawaler!
Zaraz zaczęła się bójka. Aleksander radził sobie nieźle z dwoma, ale przyszli następni…
Dziewczyna wbiegła do sklepu, wkrótce zjawiła się policja. W samą porę. Aleksander leżał już w kącie przejścia.
Policjanci przerwali bójkę. Chłopaki odeszli rozczarowani, nie dostali pieniędzy.
Skrzypaczka klęczała nad Aleksandrem.
Jechać do szpitala?
Nie! Zaraz mi przejdzie.
Zamów taksówkę i jedź odpocząć. Gdzie mieszkasz? Trzeba by opatrzeć rany. Przychodni tu nie znam…
Jestem spoza Warszawy. Mieszkam w hotelu, ale tam nie mogę się pokazać w tym stanie jest służbowy.
To do mnie! postanowiła.
W ciemnym korytarzu starego mieszkania czuć było cebulę, kurz i stare buty. Między wieszakami ktoś rozmawiał przez telefon.
Na końcu korytarza światło skrzypaczka otwierała swój pokój. To były dwie izby. Wielka, jasna, druga malutka.
Wysokie sufity, zasłony w oknach. W kącie portret młodej, ładnej kobiety, otoczony kwiatami mama. Przy ścianie pianino ze słonikami z porcelany.
I wszędzie książki…
Wspomnienia z tamtych dni szły z nim przez całe życie. Miały swoją siłę. Przychodziły, gdy było źle i uśmiechał się. Otoczenie nie rozumiało, miewało pretensje. Albo, gdy było dobrze, przynosiły smutek. Bywało, że nawet wesoły wieczór się kończył zamyśleniem.
Trzeba się było przebrać, założyć to, co znalazła dla niego dziewczyna. Poszedł pod prysznic, tam pijany sąsiad go przegonił.
Hej, wyłaź! Zuzka! Ty nie masz kasy, wodę na facetów marnujesz? darł się sąsiad.
Nie znam go odrzekła Zuzka.
Aleksander zajrzał z łazienki.
Ja też nie znam. Imienia nie pamiętam…
To się nazywamy tak samo! zaśmiała się. O, patrz, karaluch!
Gdzie? zerknął, zdjął klapek, radośnie walczyli z karaluchem.
Karaluch był szybszy, uciekł pod linoleum.
Opatrzyła mu rany, pili z nią herbatę z sucharami więcej nie miała. Słuchała jego opowieści o życiu, budowach, Poznaniu. Ona powiedziała, że niedawno rzuciła muzyczne studia.
Ciocia Lusia weźmie mnie na rynek, handluje warzywami, ja jej pomogę.
Ale jesteś wybitną skrzypaczką!
Widocznie czasy takie. Muzyków nikt nie potrzebuje.
Oddała mu zaszyte spodnie.
Była urocza! Pożegnali się, ale wrócił z zakupami i zapasem cukru. Gderała, ale wzięła. Obiecał, że przyjdzie jeszcze.
Szczęśliwy patrzył w jej okno, a ona odmachnęła mu ręką i się uśmiechnęła. Drugie piętro, drżąca jarzębina pod oknem. Tak, pamiętał była jarzębina, a za domem rosły wysokie topole.
Szef, widząc go z siniakiem, był wściekły.
Ale udało się Aleksandrowi wyrwać ponownie. I wtedy znalazł podwórko, dom. Znalazł…
Przyszedł z ciastem i zapasami.
Zuzka marudziła, ale poszli na spacer po Warszawie. Biegali po deszczu od sklepu do sklepu, śmiali się, Aleksander pytał przechodniów różne dziwactwa.
Wiecie państwo, że ta dziewczyna to genialna skrzypaczka?
Zuzka recytowała wiersze. Wiedziała wiele utworów. Zmarzli, kupili kubek gorącej kawy i pili na zmianę. Byli szczęśliwi.
Potem się pocałowali, poprosił, by pojechała z nim do Poznania. Do ślubu. Zasmuciła się. Przeczytała:
To pieśń ostatniego spotkania
Patrzyłam na ciemny dom…
Zuzka, co ty? Jaka ostatnia? Przecież mówię poważnie! Wyjdź za mnie…
Chodź do mnie…
Tam…
Zuziu, kochana, naprawdę tego chcesz?
Bardzo! Zostań dziś…
Wieczorem zadzwonił do szefa, skłamał, że znów w przychodni, leczy rany. Może mu nie uwierzył, ale było mu już wszystko jedno. Tu musiał być przy niej.
W jego podkoszulku Zuzka grała marsz na pianinie, potem cała kamienica tropiła z nimi karalucha, potem przyszła noc…
Gdy siedzieli na parapecie, patrząc w deszcz, Zuzka znów recytowała smutne wersy:
Natura poddaje się rozkładowi, odpływ zamienia się w przypływ, a wszystko to przez rozłąkę… mnie z tobą.
Jedziesz ze mną, słyszysz?! Koniec smutku! Mówię dziś: zakochałem się i wracam tylko z narzeczoną!
A na drugi dzień…
Rano do drzwi sąsiad telefon do Aleksandra. Już wszyscy wiedzą, gdzie jest.
Szef wcale nie wściekły, lecz smutny.
Natychmiast! Wszczynają sprawę karną, Aleksander!
Zuzka patrzyła na niego dziwnie.
Wrócę. Tylko załatwię wszystko. To pomyłka…
Oczywiście, wrócisz… Wierzę, naprawdę recytowała przy pakowaniu. Nad przyszłością czaruję ukradkiem, jeśli wieczór całkiem błękitny, przeczuwam spotkanie drugie, nieuniknione spotkanie z tobą. Do widzenia, Aleksander!
A on już rozmyślał o tej sprawie karnej. Cóż mogło się zdarzyć?
Gdyby znalazł się wtedy ktoś, kto by powiedział, że to wszystko pułapka, nie uwierzyłby. Wszystko wyglądało oficjalnie: protokoły, fakty, liczby. Sabotaż, nadużycia, korupcja…
Nie był wtedy doświadczony, łatwo ufał, podpisywał dokumenty nie czytając dokładnie.
To grało na rękę przyszłemu teściowi. Był doświadczony.
Wiesz, co ci grozi? Dwadzieścia lat! I nie w sanatorium, tylko zamknięty. Wrócisz inwalidą… Myślisz, że tego chcę? Ale… mam pomysł. Dyrektor Syc i emeryt. Co jeśli… Ale i ty coś dasz w zamian, drogi chłopcze. Przesiadam się do Warszawy, tam można chronić swoich. Wiesz, że Zosia za tobą przepada. Ożeń się z nią, a ja stanę na głowie, wyciągnę cię.
Aleksander spojrzał na przełożonego.
Nie mogę. Kocham inną…
Kogo? Przecież znasz zasady. Zapomnij! Myślisz, że nie wiedziałem, z kim się spotykasz? Pozwoliłem, młody byłeś, ale jeśli miałbyś się żenić z każdą… Wybór należy do ciebie. Inaczej radź sobie sam.
Przestraszył się. Przyszedł śledczy, zadawał pytania, uderzał w słabe punkty uchybienia, które można wyolbrzymić. Aleksander pocił się, nie spał.
Następnego dnia Nowicki wręczył mu bilet na pociąg wyjazd natychmiast.
Wyjeżdżaj! My się tu wszystkim zajmiemy. Rób, jak ustaliliśmy.
Z głośników na dworcu płynął koncert skrzypcowy. Aleksander zaszedł za budynek, uderzał pięścią w mur. Po raz pierwszy w życiu wybuchnął łzami.
***
Zrozumiał, że starsze panie na ławeczkach mogą być najlepszymi sojuszniczkami w poszukiwaniach.
Zuzanna? dwie staruszki spojrzały po sobie Czy to nie ta, co zmarła na wiosnę? Syn przyjeżdżał nową limuzyną.
Aleksandra ścisnęło w piersi. Tego się najbardziej bał. Że nie doczekała. Że umarła.
Co ty, nie strasz go! Przecież mówił prawa klatka. Ania zmarła, a nie Zuzanna. Mieszkała tam, potem do Aleksandra. Źle panu? Może trzeba pogotowie? Niech pan nie słucha…
Masz rację, to była Ania przytaknęła druga.
Znów dzwonił, pukał, po raz kolejny obchodził domy. Nigdzie jarzębiny. Może już sam nie wie, co robi. Szedł w stronę hotelu, minął podwórka i nagle, po drugiej stronie ulicy, zobaczył sklep muzyczny. W witrynie stoją instrumenty.
Wszedł.
Coś pana interesuje? zapytała młoda ekspedientka.
Tak, poproszę tę skrzypcę…
Podała delikatnie instrument.
Będzie pan próbował?
Nie umiem. Szukam kobiety, która tutaj mieszkała, Zuzanna…
Zuzanna? Może Poniatowska? Była taka skrzypaczka…
Może właśnie jej szukam trzeci dzień, odpowiedział Aleksander, choć czuł, że szuka jej całe życie. Zna pani jej adres?
Nie, ale mieszkała gdzieś tu. Po co pan pyta?
Mieszkała? Ma rodzinę?
Oczywiście. Ma synka, koło ośmiu lat.
Ile lat ma ta Zuzanna?
Trzydzieści parę…
Mogę usiąść? Aleksander runął na fotel, rozpiął płaszcz.
Dobrze się pan czuje? Wody?
Nie, już… znów nie znalazłem, znów, mamrotał wychodząc.
Ekspedientka patrzyła za nim zdziwiona. Dziwny pan…
Spojrzał na domy po tej stronie ulicy. Znalazł wysokie topole tylko przy jednym podwórku. Tyle czasu minęło, a może nowe rosły na miejscu dawnych. Poszedł tam.
Na ławce starsza para. Chyba państwo Nowotkowscy, na wieczornym spacerze.
Dzień dobry, szukam kobiety około sześćdziesiątki, Zuzanny. Mieszkała tu w siedemdziesiątych-osiemdziesiątych latach. Jako młoda grała na skrzypcach…
Państwo spojrzeli na siebie, kobieta do męża:
To chyba córka Marysi Zuńka…
Znał pan ich? w ogóle nie oddychał.
Znał, znał… Ale blady pan lepiej siadajcie troszczyła się starowinka.
Przeszli do ławki. Aleksander usiadł.
Mieszkali tu, pierwsza klatka, ich okna na drugim piętrze.
Była jarzębina?
Była, ale dawno ją wycięto tu był remont. Cóż, ciężko im się żyło. Sama Marysia ciągnęła, Zuzka ciągle ze skrzypcami. A potem Marysia zmarła i została Zuzka, w ciąży. Sprzątała. Mieszkanie wynajmowała studentkom, dzieci uczyła grać. Ale wychowała córkę na sławną kobietę…
Gdzie ona teraz?
Wyprowadziła się, nie wiemy gdzie.
Nadzieja znów zawiodła.
To niech pan zapyta córki. Ona na pewno wie.
Ona tu mieszka?
Jasne, córka w ich mieszkaniu, z rodziną.
Poniatowska?
Tak! Słyszał pan? Bardzo znana.
Nogi Aleksandra miękkie jak wata. Przeliczył mieszkania, zadzwonił domofonem na pierwszą klatkę.
Halo! męski głos.
Tym razem zaniemówił.
Eee…
Do kogo? zniecierpliwienie.
Do Poniatowskich, wymamrotał.
Słucham? nie otwierano drzwi.
Chyba zaraz upadnę, ciężko oddychał, Szukam pani Zuzanny, teściowej może pana.
Drzwi się otworzyły.
Bardzo powoli szedł na drugie piętro, naprzeciw już biegł mężczyzna.
Źle panu? Pomożecie wejść?
Podtrzymał Aleksandra pod ramię, pomógł wejść do mieszkania.
Proszę, proszę. Jestem lekarzem, proszę się nie rozbierać, siąść na kanapie.
Aleksandrowi było głupio. Rozsunął pantofle, usiadł.
Wtedy weszła Ona… Ta sama kobieta, którą wczoraj przypadkowo nazwał Zuzanną na ulicy. Była tak bardzo podobna do matki.
Boże! Jej córka! Znów mierzyli mu ciśnienie. Podciągnięto koc oddechowy, przymocowano aparat EKG.
Ma pan wysokie ciśnienie i puls… Co dolega?
Przeszedłem zawał.
Wezwę pogotowie.
Nie trzeba. Muszę tylko odpocząć, przejdzie.
To nie takie proste, żartował lekarz, podając zastrzyk.
Odprowadził dziecko. Chłopczyk wszedł do kuchni.
Jak masz na imię?
Aleks. I jestem Aleksandrowicz!
A tatuś?
Michał Przemysław. A mamusia Zuzanna Aleksandrowna.
Wszedł Michał ze strzykawką.
Przepraszam za kłopot… Proszę podać adres mamy Zuzanny.
Zaraz napijemy się specjalnej herbaty na ciśnienie. Mama? Dobrze się trzyma. Znał ją pan?
Tak. Dobrze. Byłem kiedyś w tym mieszkaniu…
Teraz sala połączona z dawnych dwóch. Wspólną wykupiliśmy, po powrocie z zagranicy. Mąż dobrze zarabia. Mamie załatwiliśmy odrębne mieszkanie.
Muszę ją zobaczyć. Przepraszam, nie pyta się kobiet o wiek, ale… rocznik?
Usiadła w fotelu, wlepiła oczy w podłogę.
Osiemdziesiąty pierwszy, lipiec. A pan to Aleksander? Czy pan jest moim ojcem?
Znów się złapał za pierś, tym razem z emocji. Zdobył kochającą córkę, wnuka.
Przeszli do kuchni.
Nie macie już karaluchów?
Nigdy nie było, bo się ich boję!
A mama się nie bała walczyła klapkiem!
Popijali herbatę. Aleksander dyskretnie ocierał łzy, udając, że to od herbaty.
Opowiedz, jak żyłyście z mamą?
Początkowo ciężko. Ale mama mówi, że moje narodziny ją uratowały. Byłam filigranowa, walczyła od początku. Pracowała w kilku miejscach, wynajmowała pokoje studentkom, potem dzieci przychodziły na lekcje skrzypiec. Przetrwałyśmy.
Bardzo wam zawiniłem.
A pan? Czemu nie zostaliście razem? Mama mówiła, że tak musiało być. Ale zawsze na pana czekała…
Nie dzwoń jeszcze do niej… Chcę sam pójść.
Wszedł Michał, stwierdził, że to nierozsądne. Warunek po wszystkim jedzie do szpitala.
Pierwsze, na co spojrzał, to dwie Zuzki córka i wnuk.
Dojechali pod nowoczesny blok.
Tu mieszka mama. Odprowadzić?
Sam…
Proszę, piąte piętro, sto osiemnaście. Klucz do domofonu. Tylko proszę jej nie wystraszyć.
Ledwo szedł, jak dziewięćdziesięciolatek.
Na piątym piętrze, mieszkanie 118. Dzwoni… Co powiedzieć? Pewnie zaraz zapyta kto tam. Odpowie Aleksander. Czy pozna?…
Drzwi otworzyły się bez pytania. Nie zmieniła się wiele zmieniły się tylko włosy, policzki mniej sprężyste, zeszczuplała, ale była ta sama Zuzka.
Oboje patrzyli na siebie, potem Zuzka ustąpiła krok w tył, zapraszając go.
Należało ją wziąć za rękę, pocałować, ale czy wolno? Może ją wycofa…
Znów spojrzał jej w oczy. I zobaczył wzruszenie, oczekiwanie.
Zuzko, ja… przepraszam cię… nogi się pod nim ugięły.
Padł jej do nóg.
Ona od razu uklękła przy nim.
Aleks, co ci? Wstań! Słabo ci?…
Siedzieli razem przy drzwiach, trzymając się za ręce, mówili na przemian…
Znalazłem cię! Dlaczego tyle czekałem? Nie wiedziałem o córce… Zuzko, rozumiesz?
Tak, tak… Spokojnie! Wiedziałam, że kiedyś wrócisz. Czekałam.
Nie… powinienem był wcześniej…
Pamiętasz, co ci wtedy mówiłam…
Pamiętam, znam ten wiersz na pamięć… Natura poddaje się rozkładowi… Aleksander łapał oddech, Zuzanna kończyła…
…a wszystko to przez rozłąkę mnie z tobą…
Ale chciałem innego cytatu. Zuzka, zadzwonię do zięcia. Źle ci… On lekarz, prawda?
Jest na dole wskazał ręką drzwi.
Jak to?
To on mnie przywiózł…
Zaraz jechali razem szpitalnym samochodem. Siedzieli razem, trzymali się za dłonie, zięć podał inhalator poczuł się lepiej.
Nie chcę do szpitala. Dopiero cię znalazłem.
Będę przy tobie. Już zawsze, Aleks, Zuzka gładziła go po ręce, on ściskał jej dłoń.
Łzy płynęły mu ciurkiem mogłem, mogłem wcześniej znaleźć, ale zwlekałem…
Płaczesz? Nie płacz, Aleks! Teraz już będzie dobrze pocieszała, podreperujesz zdrowie i będziemy razem…
Tak, razem…
Żeby go uspokoić, znów zaczęła cytować:
Ja nad przyszłością czaruję ukradkiem, jeśli wieczór całkiem błękitny, przeczuwam spotkanie drugie, nieuniknione spotkanie z tobą.
Po Warszawie pędził samochód do szpitala by umożliwić człowiekowi zrealizować to, o czym śnił całe życie być z kobietą, którą naprawdę kochał.
Nie spóźnił się na swoje szczęście. Zdążył.
***
W życiu nieraz wydaje się, że na coś jest za późno. Często brakuje odwagi, by wyciągnąć dłoń po własne przeznaczenie. Ale nawet jeśli po drodze coś nas rozdzieliło, zawsze warto odnaleźć siebie nawzajem bo szczęście czasem na nas czeka tam, gdzie kiedyś go zostawiliśmy.



