Pęknięcie zaufania
Pani Anno, jest Pani w domu? To ja, Celinka z trzeciego! Mam dla Pani jeszcze świeże drożdżówki, cieplutkie, i muszę się czymś podzielić Otworzy Pani?
Anna Malinowska stoi przy oknie z filiżanką wystudzonej herbaty. Za szybą szarzeje listopadowe podwórko, między blokami hulają wiatry, porywając żółte liście, a pojedynczy przechodnie śpieszą się, ciasno opatuleni w kurtki. Anna przywykła do ciszy. Do tykania zegara, szumu lodówki, skrzypienia parkietu pod nogami. Do tego, że nikt nie puka do drzwi.
Pani Aniu, widzę, że światło się świeci! Nie ukrywajcie się, jestem życzliwa!
Głos zza drzwi brzmi donośnie, energicznie, z takim uporem, że nie sposób go zignorować. Anna odstawia filiżankę na parapet. Powoli kieruje się do przedpokoju, zatrzymuje pod drzwiami, zagląda przez judasza. Celina stoi na klatce z reklamówką w ręku, szeroko się uśmiecha; włosy w kolorze miedzi upięte w luźny kucyk, mocna szminka, kurtka w kolorze fuksji.
No co tam, chowacie się jak w twierdzy! śmieje się Celina. Otwierajcie, bo zmarznę!
Anna zdejmuje łańcuch, przekręca zamek. Gdy drzwi się otwierają, Celina wnosi do mieszkania zapach perfum, zimnego powietrza i czegoś smażonego.
Upiekłam dzisiaj rano, pomyślałam, zaniosę sąsiadce wręcza siatkę Annnie. Z kapustą i mięsem, jeszcze ciepłe. Siedzi Pani tak sama, pewnie niewiele Pani je, chuda się Pani zrobiła!
Dziękuję, Celinko, nie trzeba było
Co Pani! Ja w ogóle lubię robić ludziom dobrze. Proszę zjeść, koniecznie. I herbatę mocniejszą sobie zaparzyć, taka Pani blada.
Celina już jest w kuchni, włącza czajnik, wyjmuje dwie filiżanki z kredensu. Anna stoi w drzwiach z siatką drożdżówek, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Tak długo była sama, że obecność innego człowieka wydaje jej się czymś przytłaczającym i obcym.
Proszę siadać komenderuje Celina. Napijemy się herbaty i pogadamy. Bo ja wiem, jak to jest. Zostać samej, po stracie męża, dzieci daleko, życie jak we mgle. Moja ciotka po śmierci wuja Jerzego ledwo sobie radziła z samotnością.
Anna siada. Drożdżówki pachną nieprzyzwoicie dobrze. Sama już dawno nie piekła, gotować nie chciało się tylko dla siebie. Przeważnie jadła coś gotowego ze sklepu, odgrzewanego w mikrofalówce, bez smaku i apetytu.
Niech Pani nie myśli, że się wtrącam Celina nalewa herbaty, dosypuje cztery łyżeczki cukru. Po prostu ludzie z moim charakterem, nie mogą przejść obojętnie, gdy widzą, że komuś źle. Zawsze wszystkim się przejmuję, mąż mi powtarza, Celka, wszystkich musisz ratować, o sobie zapominasz! Ale taka już jestem.
Mówi bez przerwy, szybko, gestykuluje, czasem się śmieje. Anna słucha i czuje, jak coś w niej topnieje. Jak dawno nie miała z kim tak zwyczajnie porozmawiać, przy herbacie w kuchni? Adam dzwoni raz w tygodniu, rozmowy szybkie i kurtuazyjne. Co słychać, mamo? Dobrze, synku. Zjadłaś coś? Zjadłam. Potrzebujesz pieniędzy? Nie, dziękuję. No to całuję, do następnego tygodnia I znów cisza.
Powiem Pani, pani Aniu, od dawna chciałam Panią zaprosić. Celina przysuwa się bliżej, patrzy z serdecznością. Spotykamy się czasem z dziewczynami w Koszyku na rogu, zna Pani to miejsce? Mała kawiarnia, pogadamy, powymieniamy się nowinkami. Może też by Pani przyszła? Trochę się rozerwie.
Nie wiem, Celinko Jakoś nie bardzo
Co Pani! Ja odbiorę Panią, nie wykręci się Pani. Trzeba ludzi widzieć, nie zamykać się w czterech ścianach. Od samotności się choruje.
Anna kiwa głową, nie umie odmówić. Celina dopija herbaty, rozgląda się po kuchni.
Ależ ładnie u Pani! I ten serwis! podchodzi do kredensu, gdzie za szybą stoi porcelanowy komplet, śnieżnobiały ze złotą lamówką. Antyki, co?
Mąż podarował odpowiada cicho Anna. Na trzydziestą rocznicę ślubu.
Piękne. Dbaj Pani o to. Dobrze, muszę już iść, spraw mam dużo. Proszę jeść drożdżówki, jutro widzę się z Panią, ustalone?
Celina wychodzi, zostawiając za sobą zapach perfum i ślad szminki na filiżance. Znowu jest cicho, ale ta cisza jest jakby inna. Trochę mniej pusta.
***
Tak to się zaczęło. Celina zjawiała się codziennie, czasem rano, czasem wieczorem, zawsze z jakiejś okazji. To sól wyczerpana, to rada potrzebna, to pogadać o sprawach przy kawie. Anna zaczyna uczestniczyć w jej rytuale: wizyty w sklepie, pogaduchy w Koszyku z trzema innymi kobietami głośnymi, otwartymi, roztrząsającymi sąsiadów, ceny, telewizję.
Anna początkowo czuje się odmienna. Tamte kobiety są prostsze, ostrzejsze, śmieją się z czegoś, czego ona nie rozumie. Mówią językiem, przy którym robi jej się głupio. Ale Celina siada przy niej, podaje rękę i przedstawia: A to moja koleżanka, pani Anna. Pani nauczycielka, inteligencja. I mówi to z dumą.
Z czasem Anna przyzwyczaja się. Zaczyna czekać na Celinę, stroi się na te spotkania, trochę odżywa. To nie teatr, nie filharmonia, nie dawne spotkania przyjaciół, które pamięta z czasów, kiedy żył mąż. Tamten świat zniknął razem z nim. Dla niej zostają drożdżówki w taniej kawiarni, herbata w plastikowych kubkach i rozmowy o niczym. Ale to i tak lepsze niż cisza.
Pani Aniu, nie postawiłaby mi Pani tej broszki, co miała Pani ostatnio? zapytała kiedyś Celina, gdy siedziały przy herbacie i ciastkach Delicje. Oglądam i napatrzeć się nie mogę, taka ładna. Bursztyn, prawda?
Tak, bursztyn kiwa Anna. Po mamie jeszcze.
Dacie się pobawić? Kocham takie starocie, dusza się raduje.
Anna przynosi szkatułkę z broszką. Celina ogląda, obraca, pod światło patrzy.
Ależ piękna! Mogę pokazać córce? No, Alince, wspominałam Pani. Za miesiąc obrona w uniwersytecie, marzy jej się coś starego, na szczęście! Pokażę jej, obiecam, zwrócę!
Anna się waha. Broszka jest dla niej drogą pamiątką. Ale w spojrzeniu Celiny tyle ufności, wdzięczności, że trudno odmówić.
Dobrze mówi. Tylko proszę bardzo delikatnie.
Będę uważała! zapewnia Celina. Dziękuję, jest Pani aniołem!
Mija tydzień. Broszki nie ma. Anna przypomina delikatnie, ale Celina macha ręką: Alinka jeszcze ogląda, tak jej się podoba! Oddam niedługo. Potem kolejny tydzień. W końcu Celina mówi, że córka przez przypadek zgubiła broszkę, ale na pewno ją jeszcze znajdzie, byle się nie martwić.
Anna martwi się. Nie śpi po nocach, myśli o tym, jak mogła być tak łatwowierna. Gdy próbuje rozmawiać z Celiną poważniej, ta się obraża:
O co Pani mnie podejrzewa? Ja, która ratuję Panią od samotności, przychodzę codziennie, wspieram?! Jeżeli mi Pani nie ufa, możemy się wcale nie widywać!
Nie, Celinko, nie o to chodzi Anna przestrasza się. Myśl, że Celina przestanie przychodzić, jest nie do wytrzymania. Po prostu to dla mnie cenna pamiątka
Znajdziemy, spokojnie. Alinka już cały dom przeszukała. Proszę się nie denerwować.
I Anna nie denerwuje się. Tzn. udaje, że się nie denerwuje. Celina dalej przychodzi, przynosi drożdżówki, zaprasza na spacer a od tej pory czasem prosi
Pani Aniu, pożyczy mi Pani dwa tysiące do emerytury? Syn chory, trzeba wykupić leki, nie mam pieniędzy. Oddam w przyszłym tygodniu, słowo harcerza!
Anna pożycza. Bo Celina to jej przyjaciółka, prawie siostra, jedyna osoba, która ją odwiedza, troszczy się o nią. Daje trzy tysiące, pięć. Pieniądze nie wracają. Gdy niezręcznie przypomina, Celina znowu urażona szczerość:
Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami, a Pani liczy się o grosze. Prawdziwi przyjaciele nie robią sobie długów. Ja bym dla Pani w ogień poszła, a tu taka niewiara
***
Adam dzwoni środowym wieczorem. Anna właśnie szykuje się do spania, siedzi w starym szlafroku, bezmyślnie patrzy na program o remontach.
Cześć, mamo. Jak tam?
Dobrze, synku. A u Ciebie?
Mnóstwo pracy. Mamo, a może przyjechałabyś do nas na weekend? Kasia bardzo prosi o Twój barszcz, a dziewczynki się stęskniły.
Wiesz mam swoje sprawy.
Jakie sprawy? dziwi się Adam. Przecież siedzisz w domu.
Nie siedzę w domu! oburza się Anna. Mam przyjaciółkę, spotykamy się, chodzimy po sklepach, do kawiarni. Nie jestem samotna, jak myślicie.
Przyjaciółkę? w głosie syna pojawia się niepokój. Jaka?
Celina, sąsiadka z trzeciego piętra. Bardzo dobra kobieta. Co dzień mnie odwiedza, nie zostawia samej.
Mamo, znasz ją dobrze?
Adamie, od dwóch miesięcy razem spędzamy czas. Gdyby nie ona, pewnie bym się rozsypała.
Syn milknie. Anna słyszy tylko jego oddech.
Dobrze, mamo, cieszę się, że nie czujesz się samotna. Ale uważaj na siebie, proszę, i na swoje rzeczy. Nie każdemu można ufać.
Jak możesz tak mówić! Dla mnie Celina jest jak rodzina! Nawet jej nie znasz, a już oceniasz!
Nie oceniam. Po prostu dobra, nieważne. Śpij dobrze.
Połączenie się urywa. Anna siedzi z telefonem w dłoniach, a w sercu narasta jej żal. Widzicie? Nawet własnemu synowi nie podoba się, że ma w końcu kogoś bliskiego. Może im wygodniej, gdyby tylko była sama, nie przeszkadzała w ich życiu? A teraz ktoś ją odwiedza i już im to nie pasuje Egoizm, myśli Anna.
Następnego dnia Celina przychodzi z propozycją.
Pani Aniu, słyszała już Pani o tych uzdrowiskach za Płockiem? Mam tam koleżankę, pracuje jako kierowniczka, załatwi dużą zniżkę! Mam pomysł pojedźmy razem, w kwietniu, jak się cieplej zrobi. Dwa tygodnie, mineralne wody, zabiegi, świeże powietrze
Anna zamiera. Ostatni raz na wczasach była z mężem trzy lata przed jego śmiercią. Sama nie jeździła nigdzie. Pokusa jest ogromna i przez to jeszcze bardziej ją przeraża.
To kosztowne szepcze niepewnie.
Zniżka przecież! Trzydzieści tysięcy złotych za osobę, jak za darmo! Ja już połowę uzbierałam. Proszę, niech Pani zacznie odkładać. Do kwietnia się uzbiera.
Anna rzeczywiście ma oszczędności dwieście tysięcy złotych na koncie, które zostawił mąż, na czarną godzinę. Do tej pory bała się ich ruszać. Ale sanatorium to sprawa zdrowia. I razem z Celiną będzie raźniej.
Dobrze zgadza się.
Celina promienieje.
Wiedziałam, że Pani się zdecyduje! Jutro pójdziemy razem do banku, pomogę Pani wypłacić, z tymi bankomatami to różnie bywa.
Lepiej tak, przytakuje Anna.
Nazajutrz ruszają razem do oddziału banku, dziesięć minut spacerem. Celina prowadzi Anię pod rękę, wesoło snuje plany, wymienia, co zabrać. Anna wypłaca trzydzieści tysięcy i przekazuje Celinie.
Pójdę do koleżanki, zaliczka wpłacona, zaraz przyniosę potwierdzenie. chowa pieniądze Celina.
Po potwierdzeniu ani widu, ani słychu. Na początku koleżanka na urlopie, potem sprawa się załatwia, potem wszystko będzie. Anna denerwuje się, ale boi się drążyć. Celina nadal odwiedza, nadal zatroskana, choć coraz częściej czegoś potrzebuje.
Pani Aniu, ten serwis pożyczy mi Pani na kilka dni? Córka wychodzi za mąż, chcielibyśmy ładnie udekorować stół, a swoich porządnych naczyń nie mamy. Obiecuję, oddam umyty!
Tego serwisu… Anna nie ruszyła nigdy bez potrzeby, był prezentem męża i świętością. Ale milknie, nie potrafi odmówić.
Celinko, to bardzo ważny dla mnie komplet…
Znowu! burczy Celina. Tyle dla Pani zrobiłam, codziennie przychodzę, a Pani szkoda mi kilka filiżanek. Przecież wyciągnęłam Panią z samotni, a wdzięczność gdzie?
Jestem wdzięczna, bardzo… głos Anny się załamuje. Po prostu serwis…
Jeśli mi Pani nie ufa, to możemy już nie utrzymywać kontaktu! ucina Celina i zabiera naczynia.
Anna czuje, jak w niej ściska się serce. Być może zaraz znowu zostanie sama. Więc poddaje się.
***
Marzena, synowa Anny, dzwoni po trzech tygodniach. W jej głosie pobrzmiewa troska.
Dzień dobry, mamo. Adam w pracy, więc sama dzwonię. Mam pytanie Wypłaciła Pani ostatnio trzydzieści tysięcy z konta?
Anna od razu czuje się podejrzliwie.
Skąd wiesz?
Adam jest pełnomocnikiem w banku, widział operację. Mamo, na co te pieniądze?
Marzenko, to moje pieniądze, wolno mi robić z nimi, co chcę.
Oczywiście, tylko martwimy się. Mówiła Pani o jakiejś sąsiadce, co ostatnio bywa u Pani często. Boimy się, że
Że co?! Że jestem głupia i można mnie oszukać? Mam świadomość, co się dzieje! Celina to dobra osoba, jedyna, która się mną interesuje! Wy z Adamem, tylko praca i kredyty, żyjecie własnym życiem!
Nieprawda, mamo w głosie Marzeny słychać ból. Robimy, co możemy, ale nie mamy sił i czasu przyjeżdżać codziennie dojazd przez całe miasto, dzieci, raty. Ale Panią kochamy.
Jakbyście kochali, znalazłbyście czas. Dzwonicie raz na tydzień i sądzicie, że wystarczy. Przepraszam, ja mam swoje sprawy.
Odkłada słuchawkę. Ręce jej się trzęsą, serce wali. Wie, że jest niesprawiedliwa wobec Marzeny i Adama. Mają swój świat, pracę, dzieci, raty. Ale boli ją ich brak zaufania, bój o jej sprawy, ocenianie Celiny.
Celina przychodzi wieczorem ze świeżymi plotkami i ciasteczkami. Anna nalewa jej herbaty, patrzy na nią i myśli: to moja jedyna bratnia dusza.
Pani Aniu, pamięta Pani, jak mówiłam o prezencie ślubnym dla córki? W Koszyku widziałam piękny serwis, ceramika, ręcznie malowany, teraz przecena 1500 zł zamiast 2500! Weźmy go razem, podzielimy się wpłatą, potem oddam połowę. Co Pani na to?
Nie mam już pieniędzy, oddałam Pani trzydzieści tysięcy na sanatorium, pamięta Pani?
Przecież na koncie coś jeszcze jest. W ostateczności można wziąć raty. To normalne, każdy tak robi! Pomagając mojej córce wybierać, okaże się Pani nieocenionym wsparciem, jako kulturalna osoba.
Anna chce odmówić, lecz Celina zmienia temat, a okazja przemyka.
Nazajutrz Celina przychodzi punktualnie o czternastej.
Szykujmy się, pani Aniu, autobus już za godzinę!
Razem jadą do Koszyka, sklepu w galerii handlowej. Anna, przerażona hałasem i tłumem, pozwala się prowadzić do stoiska z ceramiką.
No, nie powie mi Pani, że to nie arcydzieło! Celina pokazuje komplet talerzy i filiżanek z kwiatowym wzorem. Alinka będzie zachwycona.
To drogo szepcze Anna. Czemu brać na raty?
Raz w życiu córka wychodzi za mąż! Przecież oddam! Proszę zgodzić się, dobrze?
Anna ulega. Podpisuje dokumenty, nie czytając, przyjmuje kwity i ruszają do kasy. Dopiero przy wyjściu rozpoznaje w tłumie Marzenę.
Mamo, co tu robisz? pyta synowa.
Byłam z Celiną po prezent dla jej córki.
Kto płacił? Marzena wbija w Anię spojrzenie.
Ja na raty.
Mamo, posłuchaj mnie mówi cicho Marzena. Adam sprawdził tę Celinę. Ma złą opinię. Już kilka starszych kobiet ją oskarżyło zaprzyjaźnia się, wyciąga pieniądze, znika. Ona się Panią bawi!
To nieprawda! Ona się mną opiekuje! Wy zazdrościcie, że mam kogoś, kto mnie rozumie!
Nie chodzi o zazdrość. Dobrze wiemy, że wzięła już Pani broszkę, pieniądze na sanatorium, cały serwis Prezent od taty! Ona nie odda, mamo.
Odda! Obiecała!
Mamo, sama wiesz, że to kłamstwo
Te słowa bolą. Bo głęboko w sobie Anna wie. Broszki nie odzyska. Pieniędzy nie będzie. Ale przyznać się do tego znaczy przyznać, że jest naiwna i samotna.
Zostaw mnie, Marzenko. Nie rozmawiaj ze mną.
Marzena przyciska dłoń do ust, patrzy, w jej oczach jest żal i troska. Odchodzi.
Anna podchodzi do Celiny.
Idziemy.
W milczeniu wracają do domu. Przez całą drogę nie odezwały się ani słowem. Na podwórku Celina pyta:
To była synowa? Co o mnie mówiła?
Że mnie Pani oszukuje.
I Pani jej wierzy?
Nie szepcze Anna.
Celina bierze ją za ręce.
Wszyscy będą mówić złe rzeczy, bo są zazdrośni! Ale ja Panią kocham jak rodzinę, zawsze się Panią opiekowałam. Broszka się znajdzie, sanatorium się załatwia, serwis niedługo oddam. Wierzy mi Pani?
Anna chciałaby uwierzyć. Tak bardzo potrzebuje wierzyć.
Wierzę szepcze.
Celina ją przytula, pachnie tanimi perfumami i papierosami.
***
Następne dwa tygodnie Anna nie odbiera telefonów od Adama i Marzeny. Dzwonią codziennie, czasem kilka razy, ona nie odbiera. Może czuje się winna, może za bardzo boli. Celina odwiedza ją coraz rzadziej. Zawsze się spieszy, zawsze załatwia jakieś sprawy. Obiecuje oddać serwis, broszkę, pieniądze, ale nie oddaje niczego.
Anna zaczyna źle spać. Myśli o wszystkich rozmowach, nie umie się skupić na czytaniu, czuje się coraz słabsza. Bierze tabletki na nadciśnienie. Kiedy robi się słabo, nie dzwoni nigdzie. Duma jej nie pozwala.
W sobotę Anna usłyszała dzwonek. Otwiera, spodziewając się Celiny. Zamiast niej na progu stoi Adam i Marzena z torbami zakupów.
Cześć, mamo Adam wygląda na bardzo zmęczonego. Przyszedłem, mimo wszystko. Możemy razem zjeść obiad?
Anna chce ich wyrzucić, ale nie może. Siedzą w kuchni, jedząc zupę, o nic nie pytając. W końcu Adam mówi:
Mamo, zgłosiłem sprawę policji. Ta kobieta już wcześniej okradała starszych. Rozmawiałem z dzielnicowym. Jesteś kolejną ofiarą. Oddała Ci coś?
Anna tylko kręci głową. Marzena ściska ją za rękę.
Mamo, zobacz, jakie to ważne: jesteśmy z Tobą, nie pozwolimy Cię skrzywdzić.
Idźcie sobie mówi Anna. Nie chcę nikogo widzieć.
Po ich wyjściu Anna długo płacze na podłodze w przedpokoju.
***
Celina nie zjawia się trzy dni. Potem dzwoni do drzwi jak zawsze wesoła.
Dzień dobry, przechodziłam obok, wpadłam na herbatę.
A serwis? pyta Anna.
Ach, ten serwis Trochę się potłukł, zaraz zorganizuję nowy, słowo daje. Pożyczy mi Pani jeszcze z pięć tysięcy? Córce trzeba kupić suknię, a mnie teraz ciężko
Anna zaczyna widzieć to, czego nie chciała widzieć. Zimne, zuchwałe spojrzenie Celiny, spojrzenie myśliwego. Wszystkie uczucia okazały się udawane.
Nie mówi Anna.
Co nie? rzuca Celina.
Nie pożyczę. Oddaj mi serwis i broszkę.
O, znowu rodzina Panią zmanipulowała? Ja wszystko oddam, tylko chwilę cierpliwości! My przecież przyjaciółki!
Już nie. Anna zamyka drzwi.
Celina krzyczy pod drzwiami, wyzywa i żąda okazania wdzięczności. Potem milknie, jej kroki giną na klatce schodowej. W mieszkaniu zostaje cisza totalna i absolutna.
Anna siada przy stole, patrzy na pustą półkę po serwisie i płacze długo.
***
Nazajutrz, w niedzielę, znów dzwonek. Nie patrząc przez judasza, Anna otwiera. Celina wciska jej w ręce kartonowe pudło.
Proszę, niech Pani bierze ten serwis. Żegnam.
Odwraca się na pięcie, znika na schodach. Anna wnosi pudełko do kuchni. W środku serwis ale większość potłuczona, talerze poniszczone, filiżanki popękane. Pachnie nieprzyjemnie.
Patrzy na dwie połowy filiżanki, które można by skleić. Siada przy stole i długo nie może się ruszyć.
W końcu dzwoni do syna.
Adam, możesz przyjechać?
Jadę natychmiast, mamo. Trzymaj się odpowiada, głos mu drży.
Przyjeżdżają Adam i Marzena godzinę później. Marzena bierze Annę w ramiona, nic nie mówi, tylko trzyma. Anna znowu płacze, tym razem lżej, bo ktoś jest, kto zostaje.
Przepraszam Was szepcze.
Mamo, najważniejsze, że już wiesz. Zgłosimy sprawę na policję, pomożemy.
Już nie chcę tego wszystkiego wzdycha Anna.
Patrzą na potłuczoną filiżankę.
Można to skleić mówi Marzena. Pęknięcie zostanie, ale będzie cała.
Można przytakuje Anna.
Herbatę piją już tylko w zwykłej ceramicznej filiżance. Adam opowiada o wymianie zamka, Marzena pomaga gotować zupę, dzieci pytają przez telefon o babcię. Anna powoli wraca do siebie. Jest jej wstyd, ale rozumie już, że to nie samotnością płaci się za zaufanie.
Wieczorem Anna zostaje sama, ale to już inna cisza. Siada przy kuchennym stole z klejem i skleja filiżankę. Ręce jej się trzęsą, szew krzywy, ale nie poddaje się.
Dzwoni telefon. Adam.
Mamo, wszystko w porządku?
Anna patrzy na filiżankę z pęknięciem.
Jutro przyjdę z dziewczynkami. Ugotujemy barszczyk, dobrze?
Filiżanka już nigdy nie będzie taka sama. Ale jest cała.
Dobrze. Postaram się.




