Ja żyć chcę, Andrzeju!
Panie Jerzy, panie Jerzy, co się z panem dzieje?
Pielęgniarka Basia chwyciła chirurga za rękaw, ale nie utrzymała osunął się na ścianę, pochylił głowę i milczał.
Basia nawet z pewną dumą pomyślała od razu o tym, jak lekarze oddają się pacjentom bez reszty, harują prawie do omdlenia! Ale nikt tego nie doceni, a pacjent, którego właśnie operował Jerzy, tego nie zauważy.
Panie Jerzy, co się dzieje? Może zadzwonię po…
Nie trzeba oderwał głowę od ściany i chwiejnym krokiem ruszył w stronę dyżurki lekarskiej. Przy drzwiach odwrócił się jeszcze do zmartwionej pielęgniarki: Wszystko dobrze, nie martw się.
Jerzy padł ciężko na skórzaną kanapę, przymknął oczy. No dobrze, dobrze. Nie pierwszy raz miał już takie zawroty głowy. Przemęczenie? Najpewniej.
Kiedyś istniały jeszcze prawdziwe weekendy. Takie, w czasie których można było odpocząć po całym szpitalnym młynie z żoną do znajomych, z dziećmi do parku.
A dziś? Każdy lekarz pracuje na trzy oddziały albo i więcej, gdzie tu czas na odpoczynek… Jerzy miał też drugie małżeństwo. Żona młodsza, dzieci w szkole, wydatki A przecież chciał jeszcze samochód zmienić.
Tyle że to nie to najważniejsze. Najważniejsze, że Jerzy lubił być niezastąpiony, pragnął być najlepszy, marzył o szacunku, o sukcesach lekarskich I przez dwadzieścia lat praktyki mu się to całkiem nieźle udawało. Pacjenci ściągali do niego, koledzy cenili, zapraszano go na konferencje… dobrze płacili.
Paweł zadzwonił do kolegi anestezjologa. Twoja Natalia dzisiaj w pracy?
Hej, Jerzyk! Tak, jest dyżur.
Pod koniec dnia Jerzy już leżał w aparacie rezonansu magnetycznego pod opieką Natalii. Słuchał tych okropnych stuków, których nie zagłuszała nawet muzyka w słuchawkach.
Nagle przyszło jakieś przerażenie, aż miał ochotę nacisnąć guzik i wyskoczyć z tej rury zgniatającej serce. Musiał się jakoś oderwać, odwrócić myśli… Ale o czym tu myśleć przyjemnym? No właśnie.
I wspomnienia popłynęły w dół po schodkach całego życia. Drugie małżeństwo… On już ordynator, doświadczony chirurg, ojciec rodziny, ona nauczycielka jego córki z trzeciej klasy.
Stukanie tomografu zagłuszało resztki dobrych wspomnień z tego okresu. Praca-dom-praca. A pierwszy ślub? Jeszcze gorzej rozwód paskudny, więc nawet nie chciał wracać do tamtych obrazów.
Studia? Tak, jeśli pierwsze cztery lata!
I tak już na poważnie Jerzy powędrował myślami do czasów młodości. Brygada studencka, koledzy, Marysia ze stołówki, za którą uganiali się wszyscy
Jerzy, Wiktor i Andrzej trzech medyków, przyjaciół. Poznali się już na egzaminach wstępnych. Dla wszystkich Poznań był obcym miastem, mieszkali razem w akademiku.
Andrzej okularnik z małego miasteczka, skromny, trochę naiwny, ale o niesamowitej charyzmie. Przy nim po prostu chciało się być, słuchać jego spokojnych, mądrych wypowiedzi, patrzeć w te jego błękitne, spokojne, głębokie oczy zza okularów.
Andrzej miał nieprawdopodobną pamięć, znał na pamięć wszystkie pytania egzaminacyjne, odpowiadał na każdy temat.
Wiktor jego całkowite przeciwieństwo. Duży, szeroki chłopak zza Włocławka, gadatliwy i nieskomplikowany. Wiecznie się martwił o maturę, natychmiast zaprzyjaźnił z całym piętrem, a bardziej niż nauką zajmował się pisaniem ściąg i odwiedzaniem nowych kolegów.
A Jerzy? Też martwił się o egzaminy. Wydawało mu się, że to właśnie on się nie dostanie. Zazdrościł Andrzejowi jego wiedzy i podziwiał całą gadaninę Wiktora. Koniec końców, tylko Michał z ich pokoju nie zdał. Oni zostali na jednej uczelni i zaprzyjaźnili się tak na dobre.
Na pierwszym roku jeszcze akademik im się nie należał przez braki miejsc, więc mama Andrzeja, troskliwa i pełna energii, przyjechała, wynajęła im pokój dla trzech.
Niech was Pan Bóg chroni, chłopcy! mówiła, kiedy po dwóch dniach pobytu już miała pełną szafkę mrożonek na miesiąc.
Niezła z twojej tej pani Haliny! Kim ona właściwie jest, Andrzej? pytał Jerzy.
W sklepiku z dewocjonaliami odpowiedział spokojnie, przegryzając chleb.
Gdzie?
W kościele sprzedaje świece… i nie tylko.
To ona wierząca taka?
Jasne. I ja też rzucił Andrzej.
Chłopaki kątem oka zerknęli na ikony na parapecie.
To twoje? Myślałem, że twoja mama zapomniała.
Nie, nie zapomniała. Dla mnie zostawiła mówił spokojnie, ale gdy spotkał ich wzrok, opuścił wzrok i poprawił: Nam zostawiła, ale głównie mi.
Wiktor zawsze najpierw mówił, potem myślał:
No was chyba pogięło. Po co do medycyny, jak tu nauka, a wy takie bzdury, że niby Bóg pomoże
Lekarz leczy ciało, Bóg duszę odparł Andrzej. Chłopaki wzruszyli ramionami.
Tematu wiary już później raczej nie poruszali. Widzieli, że Andrzej się żegna, ale robi to po cichu, nie epatuje tym. Był świetnym studentem, potrafił być mediatorem, gdy między rozgorączkowanym Wiktorem a upartym Jerzym zaczynały się konflikty.
Był trochę z innej bajki, drobiazgi dnia codziennego mu nie przeszkadzały. Gdy Wiktor i Jerzy mogli się nakręcić sprzątaniem, Andrzej po prostu brał ścierkę i zmywał podłogę sam.
Naprawdę warto się tak denerwować? Lepiej zrobić i po kłopocie
I wtedy obaj się wyciszali, wstyd im było i pomagali.
Czy to Bóg pomagał Andrzejowi, czy sam był takim darem, ale sesję zdał najlepiej. Łacina przychodziła mu sama. Był spoiwem ich trójki.
Pierwszy się zakochał aż dziw, bo był najbardziej zamyślony z nich. Poznał Gosię w samorządzie studenckim. Malutka, z czarną grzywką, zawadiacka, ale dobra dziewczyna. Od drugiego roku już chodzili za rękę.
A Wiktor? Pomimo prostoty niespodziewanie umiał praktykę robić już zimą drugiego roku pracował na pogotowiu, na stażach szpitale go podpatrywały, dostawał najtrudniejsze zadania. Choć Jerzy myślał o nim jako o niefrasobliwym odważniaku, w praktyce Wiktor zyskiwał skrupulatność i dokładność.
Jerzy był sumienny i stabilny. Bez wielkiego błysku, ale kochał medycynę i bardzo chciał być dobrym lekarzem.
***
Badanie się skończyło. Jerzy po wyjściu z rezonansu spojrzał przez okno i aż wciągnął powietrze. Skąd się w nim wzięła ta nagła klaustrofobia?
Weszła Natalia i zabrała kask.
I co tam? Już oglądaliście?
Poczekaj chwilę, muszę dać opis. Zadzwonię po ciebie, wejdziesz później unikała wzroku. Może po prostu była zmęczona po dyżurze…
Odbiorę jutro. Idę do domu.
Nie zdążył nawet odejść Natalia przyszła z opisem, płytą i zdjęciami.
Jerzyk, jesteś lekarzem, więc sam rozumiesz. Nie zwlekaj z tym. Idź do profesora Anisimowa. Niech rzuci okiem.
Tylko rzucił okiem na opis, włożył płytę do komputera i długo oglądał swoje własne szare komórki na ekranie własny mózg i własny stan zapalny wyraźny, konkretny.
Miał wrażenie, jakby patrzył na MR swojego pacjenta, nie siebie… Jeszcze nawet wracając samochodem do domu, nie dopuszczał tej myśli. Z nim coś takiego? Niemożliwe.
***
Profesor Anisimow, najlepszy neurochirurg w ich szpitalu.
Mógłbym to zmiękczyć, ale mówił jesteś lepszym chirurgiem ode mnie, po co ukrywać. Widzisz przecież…
Widzę. Czy to koniec?
Oj, typowe pytanie pacjenta w lekkiej panice. Sam wiesz, co i jak wszystko zależy od chirurga… I, cóż, od Pana Boga też.
Nie wierzę… Nie wierzę, że to dotknęło mnie. Miałem jechać do Warszawy na Dzień Lekarza… Zaprosili na kongres, miałem zabrać rodzinę, odpocząć. A teraz…? Co byś zrobił na moim miejscu?
Jechałbym… Do Warszawy, ale nie na spotkanie, tylko do profesora Szpakowskiego z Lublina. Tam cuda się dzieją i najlepsza statystyka. Tylko…
Tylko co?
Tylko sam już nie operuje, ale jego uczniowie są mocni. Wszystko jego metodą. Niestety, czeka się rok w kolejce… Ale lekarze się wspierają, więc może się uda. Ty jesteś świetny chirurg, powalczymy
Jerzy leczył dalej, operował, konsultował, wypisywał diagnozy. Ból aż tak nie doskwierał lekka słabość, czasem zawroty głowy, które potrafił wyciszyć.
Szukał kontaktów do Szpakowskiego. Profesor miał rację dostać się tam niemal niemożliwe.
Nadszedł czas rozmowy z żoną, która natychmiast zaczęła planować wyjazd do Warszawy.
Haniu, muszę jechać sam.
Jak to? zapytała, mierząc jakieś swetry Zwariowałeś? A dzieci?
To nie konferencja. Jadę do szpitala. Mam problem guz mózgu wypowiedział to wolno. Gdy w końcu powiedział, sam się zdziwił, że się odważył.
Hania patrzyła na niego, a w oczach pojawiły się łzy.
Jezu Chryste… Jak to? Muszę z tobą jechać.
Nie, Haniu. Jeszcze decyzji o operacji nie ma. Może będę musiał czekać, jadę, bo wolę być na miejscu… Ale tego miejsca w kolejce może w ogóle nie być.
Naprawdę aż tak źle? usiadła obok. Mów…
I Jerzy, jak dziecko, wycierał nos i opowiadał po kawałku o podejrzeniach, badaniach, wynikach I o swoich myślach, minionym życiu, nadziei
Hania słuchała z marsową miną, milczała, tylko trzymała sweter w rękach. Jerzy czuł w głębi wdzięczność, że ma, komu się wygadać. W pierwszym małżeństwie żadnej bliskości nie było.
***
Świadkowie Jehowy odmawiają transfuzji, cytując Biblię. Tylko ciała z duszą, z krwią nie spożywajcie.
Czwarty rok studiów, wykład.
Duchowieństwo jest przeciw transplantologii oraz każdej formie zapłodnienia in vitro, obrony sztucznej. Negują to, co oficjalnie dopuszczone przez państwo. Cerkiew walczy z każdą próbą naukowego przełamywania natury. Religia i medycyna się wykluczają.
To nieprawda odezwał się głos z sali.
Co? Kto tak twierdzi? chudy wykładowca podniósł wzrok.
Ja wstał Andrzej. Kościół i medycyna robią to samo pomagają człowiekowi żyć po ludzku.
Chce pan polemizować, panie kolego?
Nie, po co się sprzeczać. Po prostu tak jest usiadł.
Nie, nie. Teraz wychodzi pan tutaj. Proszę bardzo.
Andrzej niechętnie podszedł. Patrzył spokojnie.
Wykładowca zadawał pytania, Andrzej odpowiadał rzeczowo, spokojnie.
Kościół dba o duszę człowieka. Jeśli ślubni nie mogą mieć dzieci, wszystkie metody zawiodły, to Kościół radzi zaakceptować to, jako szczególne powołanie. Może do adopcji, może Bóg tak kieruje. Zapłodnienie in vitro przy użyciu gamet małżonków Kościół jeszcze toleruje z zewnątrz nie. Inaczej to łamie relacje i prowadzi do nieodpowiedzialności.
To czemu przeciw surogatkom?
Bo trzeba pomyśleć o kobiecie, która nosi cudze dziecko i o dziecku, które jest potem porzucone przez matkę… To burzy wszystko…
Argumenty z sufitu! uniósł się wykładowca. Sam sobie pan zaprzecza!
Wykładowca się nakręcał. Publiczność słuchała w skupieniu. Andrzej odpowiadał spokojnie, cytował Pismo, był przekonany bronił nie tylko swoich racji, lecz własnej mamy, małego kościółka, w którym babcia go uczyła modlitw, i wszystkich wierzących.
W końcu, im bardziej Andrzej argumentował, tym bardziej wykładowca się denerwował, publiczność była po stronie Andrzeja. I zaczęły się potem Andrzejowi kłopoty. Chodzili do rektora, wracał zasępiony, tylko z Gosią czasem rozmawiał, ale ona nie pisnęła niczego.
Na piąty rok już nie wrócił. Przyszło tylko krótkie pożegnanie. Napisał, że wybrał inną drogę, dziękuje, prosi o zachowanie przyjaźni.
Jerzy z Wiktorem oniemieli najlepszy, zdolny, mógł być wybitnym lekarzem! Studiował do końca, a potem odszedł.
Dogadali się z Gosią była tajemnicza i nie chciała mówić, więc pojechali na weekend do rodzinnej miejscowości. Przyjęła ich Halina, matka Andrzeja, szczęśliwa, serdeczna. Syn dostał się do seminarium duchownego! pochwaliła się
Wracali naładowani jedzeniem i ciastem od Haliny, a jednak ciągle z niedosytem. Nie rozumieli wyboru Andrzeja.
Jak on mógł tak, Boże! walił w kolana Wiktor.
No właśnie, Boże. Pewnie to już od niego… Bóg go zabrał od nas. Głupi był, Andrzej. Oj, głupi.
***
Nie o świeczkę chodzi! Kir, jadę do przyjaciela. Wziąłem urlop.
Siedzieli z profesorem Anisimowem w dyżurce. Za trzy dni Jerzy miał wyjazd do Warszawy. Kupił bilety. Samochodem nie odważył się przez zawroty. I zresztą, miał nadzieję na operację.
Do jakiego przyjaciela?
Ze studiów. Ponad 20 lat się nie widzieliśmy. Od piątego roku poszedł do seminarium, teraz jest księdzem. Tu niedaleko. Jadę jutro autem.
Ja bym się nie pchał.
Wiem, ale… pojadę…
Miasteczko znane z klasztoru i tras turystycznych okazało się raczej biedne. Charakterystyczna cecha: mnóstwo kościołów. Co chwilę trafiał na wieżę albo krzyż.
Jerzy zmierzał do Klasztoru Trójcy Świętej. Co ciekawe, podczas całej drogi ani razu nie miał zawrotów. Widocznie, naprawdę: droga do Boga to droga do zdrowia zaśmiał się do siebie.
I już widok: białe mury za lasem, wieże, złote kopuły… Na miejscu wszystko czysto, równo przystrzyżone trawniki, kwiaty i złociste dachy, aż oczy bolały.
Powiedziano mu: trwa msza. Ksiądz zajęty, trzeba poczekać. Nie zapytał, ile to potrwa przeszedł się po ogrodzie.
Za kościołem nieduży cmentarz, za nim stromy zejście do rzeki. Zobaczył studnię obok, wokół krzątali się ludzie. Starsze kobieciny wspinały się po stoku, a nie po schodach trzy razy pod rząd. Przez rzekę most, a po drugiej stronie kolejny klasztor.
Po co on tu się w ogóle wybrał, przemknęło przez głowę. Powinien walczyć o operację, a on tu spaceruje
A pan nie idzie po wodę święconą?
Po wodę? Ja to właściwie…
Butelki są w skrzynce. Trzeba zejść schodkami i trzy razy wspiąć się pod górkę uśmiecha się kobieta.
Czemu?
Pan sam wie, po co dziś tu przyszedł.
Już miał powiedzieć, że po przyjaciela-księdza, ale się powstrzymał. Przecież to nie tylko po spotkanie
Wziął butelkę, zszedł do studni, trzy razy ze skutkiem wspiął się na skarpę. Zdziwił się, że nie takie to proste, jak wyglądało. Woda chłodna i czysta, słodkawa.
Na duszy mu się weselej zrobiło i już nie myślał, że wycieczka bez sensu. Jeśli cały ten majątek należy Andrzejowi, to lepiej trafić nie mógł uśmiechnął się. Zastanawiał się, co by Andrzej powiedział na taki komentarz.
Wrócił, gdy wierni powoli wychodzili z kościoła po mszy. Nagle tłum się rozproszył, a na schody wyszedł ksiądz. Fioletowa sutanna, broda, miłe ciepło w głosie. Nie mógł to być Andrzej, przecież Andrzej był niższy, szczupły i w okularach myślał Jerzy.
Duchowny mówił z ludźmi, błogosławił, przytulał, prosił o modlitwę. W pewnej chwili ich oczy się spotkały: niebieskie, głębokie, i już wiedział to Andrzej.
Poszedł bliżej.
No, siema, Proboszcz, zażartował pod nosem.
Starsza pani syknęła na niego:
Proszę mówić: niech ksiądz pobłogosławi!. Tak nie wolno!
Ale ksiądz spojrzał i się uśmiechnął.
Jerzyk! Oj, witaj, przyjacielu
Uściskali się. Wierni zaczęli się rozchodzić, a Jerzy z Andrzejem ruszyli alejką.
Co za radość! Gosię ucieszysz bardzo.
Gosia? To…
Tak, moja żona, lokalna pediatra. Nie chce rzucić zawodu, nie przeszkadzam jej. Mamy pięcioro dzieci. Prawie wszyscy dorośli, najmłodszy ma dziesięć lat.
No proszę! Ja też mam troje, córkę z pierwszego małżeństwa, potem w drugim dwoje. A wy tu…
Zostaliśmy. Podoba nam się. Były różne propozycje, inni księża kusili, ale tu najlepiej. I roboty w zakonie sporo.
A wzrostu ci przybyło.
Oj, po dwudziestce jeszcze rosłem.
A okulary? Oczy?
Zoperowałem wzrok. Teraz jest ok, a czasem mam soczewki.
I co, Kościół nie odtrąca medycyny?
Roześmiali się obaj.
Pamiętasz, jak z biblioteki uniwersyteckiej chcieliśmy trzech książkę zwinąć? Ty zagadywałeś, a my z Wiktorem…
A potem wypuściliście z hukiem na podłogę…
Oj, a potem udawałeś, że nas nie znasz!
Ale mi wstyd było, Boże!
No i ciągle mi się przypomina, jak do twojej mamy Haliny jechaliśmy. Co u niej?
Dobrze. Jest tu niedaleko. Przeszła do zakonu, w żeńskim klasztorze.
Nieźle! To kariera po waszemu?
Dokładnie śmiał się ksiądz Andrzej.
Podbiegła dziewczyna w chuście i coś szepnęła duchownemu.
Przepraszam, Jerzy. Ludzie do nas z daleka przyjeżdżają, idę do posługi. Ale i ty pewnie nie przyszedłeś tu przypadkiem. Wyślę kierowcę, zabierze cię do mnie do domu, Gosia cię przywita. O wszystkim pogadamy.
Może i na chwilę… Jak chcesz Jerzy rozłożył ręce, a ksiądz go przeżegnał.
Pojechał za czarnym autem Andrzeja do jego domu. Dom parterowy z pięknym ogrodem, kapliczka. Witała Gośka, serdecznie przytuliła.
W środku kwiaty na parapetach, figura Matki Boskiej, lampki przy ikonach, a normalnie nowoczesna kuchnia, telewizor, komputer. Gosia krzątała się i gadała bez ustanku. Opowiadała, ile razy się przeprowadzali, jak Andrzej się męczy, a ona go pilnuje. Dzieci już praktycznie dorosłe, tylko jeden najmłodszy chłopiec się kręcił.
Jerzy zapomniał, po co tu przyjechał. Czuł się jak u bliskich ludzi, nie dotykał tematu choroby. Potem przysnął w zwiewnym hamaku na werandzie.
Nie chciało mu się wracać. Urlop wszak miał.
***
To znasz tę historię?
Jasne. Najpierw z Wiktorem pisaliśmy listy, potem, jak już były komórki, dzwoniliśmy często. Ostatnio niestety kontakt się urwał. Syn próbował przez internet szukać, ale… Wola Boża.
Masz mi za złe?
To Boga rzecz rozstrzygać. Każdy ma swoją prawdę i własne sumienie. Mów, co cię gryzie, Jerzy. Widzę…
Guz mózgu, złośliwy…
Andrzej aż westchnął.
Niedobrze. To jutro przyjdziesz na mszę, potem wyspowiadasz się i przyjmiesz komunię. Pomyślimy wtedy, co dalej…
Trochę jakbyś pogrzeb szykował.
Och, nie kombinuj. Wszystko w twoich rękach. Nikt nie pomoże, tylko ty sam. Ksiądz pokaże drogę, reszta zależy od serca i duszy.
Powiem ci, jak wtedy było… zaczął Jerzy.
Nie dziś. Powiesz na spowiedzi.
Co ciekawe, w nocy ta historia, jak Jerzy odbił dziewczynę swojemu najlepszemu kumplowi, brzmiała inaczej. Wysłowił się na spowiedzi, nie jako usprawiedliwienie, tylko pokuta.
Tak… Przyjaciele szybko zostali wrogami.
***
Skończyła się msza. W kościele garstka osób.
Andrzej czytał modlitwę, potem polecił Jerzemu klęknąć i wypowiedział sakramentalne słowa.
Chrystus stoi tu niewidzialnie, słuchając twej spowiedzi; ja tylko świadkuję. Mów, Jerzy.
Jerzy zaczął.
Wtedy zazdrościłem Wiktorowi wszystkiego. W szpitalu go kochano, w akademiku wszyscy do niego lecieli, nawet wszystkie dziewczyny. No i Ela…
Działo się tak: do szpitala, gdzie już pracował Wiktor, trafił z zawałem ważny warszawski urzędnik, przyjechał w odwiedziny do rodziny. Była z nim jego córka Ela.
Rodzina była przy nim, Ela przesiadywała w szpitalu. Tak się zaczęło. Potem, gdy urzędnik wyzdrowiał i wrócili do Warszawy, Wiktor odwiedzał ją już w stolicy, czasem ona przyjeżdżała do Torunia.
Wiktor zobaczył przed sobą świat Warszawy…
Wiesz…, Jerzy łypnął na Andrzeja i opuścił głowę To znaczy, Księże Andrzeju, miałem żal. Dlaczego jemu tak wszystko się udaje? Pamiętasz przecież chłopak ze wsi, a tu Więc z zazdrości trochę sypnąłem Eli paroma plotkami że spotyka się z Kasią, itd. On niczemu niewinny… Kaja się, naprawdę…
A na weselu u Wojtka Smolińskiego wszystko się rozegrało. Wiktor dusza towarzystwa, tu toast, tu taniec. Przyszedł z Elą, ona się nudziła. Poszliśmy na balkon, potem… A on stał i patrzył przez okno, w milczeniu całą minutę, potem wybiegł ze ślubu. My nie widzieliśmy, że to widział, my się całowaliśmy
Tego dnia się wyprowadził, a ja po dwóch tygodniach wynająłem mieszkanie z Elą. Byłem zadowolony. W szpitalu nie rozmawiał ze mną, patrzył przez szybę jak na powietrze.
Ale życie mnie za to pokarało. Elka tylko na początku była fajna, potem… Pracowałem w Warszawie, ale wszędzie czułem nad sobą teścia i teściową. Jak teść zmarł, wszystko przejęła teściowa, a Ela zaczęła żądać cudów, złutego środka. Wróciliśmy do Torunia, a tam się już kompletnie rozpadło.
Pewnie, to nie najgorszy grzech. Moich błędów jest więcej. Przeze mnie umarł człowiek na stole. Starszy, ale to była moja pomyłka… Lekarze mają takich nawet więcej.
Zdradzałem też żonę. Pamiętasz, na studiach nie miałem takiego charakteru, ale jak się ożeniłem… Kręciły się pielęgniarki, próbowałem… Jedn ą piękną zwolniono przeze mnie, bo mi nie uległa… Organizowałem jej zwolnienie… Kto miał mi odmawiać!? Myślałem…
Dopiero przy Hani odpuściło. Prosta dziewczyna, rodzice ze wsi. Uczyła moją córkę matmy jeszcze. Do dziś są przyjaciółkami. Córka studiuje w Pedagogicznym. Ale i Hani raz zdradziłem, bez wielkich emocji.
Zamilkł. Co jeszcze dodać?
To możesz mi odpust dać, księże Andrzeju?
Odpuszcza Bóg, nie ksiądz. Ważne, żebyś szczerze się ukorzył, Jerzyk.
Jerzy spojrzał na przyjaciela, kiwnął głową. I wtedy łzy pojawiły się w oczach. Chwycił się za balustradę, padł na kolana.
Przekaż Bogu, że ja się modlę, Andrzeju! Ja chcę żyć! Chcę kochać swoją Hanię, wychować dzieci, wykształcić syna. Pracować chcę. Nic więcej Jako zwykły lekarz mogę być, byle żebym był.
Panie Jezu, przez Twe Miłosierdzie odpuść grzechy Jerzemu… modlił się ksiądz.
Na końcu spojrzeli sobie w oczy te błękitne, bez dna.
Wiesz co, Jerzyk. Znajdź Wiktora. Poproś go o przebaczenie.
Ale gdzie ja go znajdę? Za dwa dni jadę do Warszawy Jerzy rozkładał ręce.
Musisz. Pracuje w Bydgoszczy, w klinice onkologicznej. To tam pojedziesz, nie do Warszawy.
Oj, Andrzeju, niech jeszcze powie, żebym operował się u niego!
A czemu nie?
Odleciałeś od medycyny! Tam to przecież cofnięci są. Nie masz pojęcia, jakie technologie są w Warszawie! Jerzy znowu usiadł.
Wiem, że Wiktor ma swoje patenty, jeździ do stolicy, wykłada. Powinniście się spotkać.
Pewnie. Ale najpierw Warszawa, czasu mało…
I odnajdź pielęgniarkę. Tej, co przez ciebie straciła pracę. Przeproś.
Akurat to będzie prościej Znajdę ją. Kiwnął głową, chociaż wspominać było ciężko. Pomódl się za mnie, proszę cię. Najważniejsze, by przyjęli mnie na operację w Warszawie, żebym się załapał do szpitala. Bo jeszcze naprawdę będę musiał do Bydgoszczy
Przed wyjazdem Jerzy ze dwa razy więcej niż inni wspinał się po górze koło rzeki, po każdych trzech podejściach pił wodę ze studni i znowu maszerował…
Wierni patrzyli na niego, żegnali się i za niego się modlili. Niech Bóg pomoże.



