Czerwony Kokard
Zuzanna stała przy kuchence i patrzyła, jak para powoli unosi się z garnka z kaszą gryczaną. Nie była to ta porządna, złocista gryka, ale ta najtańsza, w woreczkach po dwa złote z hakiem, drobna, z lekką goryczką. Przemieszała łyżką, przykryła pokrywką i oparła się plecami o stary lodówko-zamrażalnik Polar, który od lat odzywał się swoim pomrukiem, jakby aprobował każdą codzienną czynność.
Za oknem ciągnęła się ulica Słowackiego. Pięciopiętrowe bloki z wielkiej płyty, rząd topoli, które każdej wiosny wciskały puszek do szczelin okien, a na rogu kiosk z kwiatami. Zuzanna mieszkała tu już dwanaście lat i ta ulica już dawno stała się fragmentem jej samej, jak odcisk na pięcie czy wiedza o tym, że czwarty stopień na klatce zawsze skrzypi.
W kuchni pojawił się Tomasz, jak zwykle bez zapowiedzi. On tak umiał po prostu wchodził. Wysoki, szerokie ramiona, jasnoszara koszula, którą Zuzanna widziała pierwszy raz, choć zorientowała się dopiero po chwili. Najpierw jednak dotarł do niej zapach lekki, kwiatowy, z czymś słodkim w tle, nie jej zapach, nie męski dezodorant, ani też nie zapach skórzanej tapicerki w jego aucie.
No co, moja Spartaneczko? Tomasz zajrzał do garnka z życzliwym grymasem. Znowu na kaszy i chlebie?
Gryczana westchnęła Zuzanna. Z cebulką.
Ach, z cebulką, no to już luksus. Poklepał ją po ramieniu. Wytrzymaj jeszcze chwilę, a wszystko się zwróci. Zobaczysz Brzozówka nie zniknie.
Zuzanna kiwnęła głową. Umiała tak to robić, by wyglądało jak zgoda, choć była to już tylko rezygnacja. Znowu kręciło jej się w głowie już trzeci dzień z rzędu cicho, jak gdyby ktoś delikatnie przechylił pokój. Wiedziała, od czego to było. Ale milczała.
Ty coś jadłaś w pracy? zapytała go.
Mieliśmy business lunch, spoko.
Nalał szklankę wody z kranu, wypił duszkiem, odstawił i poszedł do pokoju. Zuzanna patrzyła za nim, po czym zdjęła garnek z ognia i zaczęła rozdzielać kaszę na talerze.
Przez te trzy lata oszczędzania przywykła już do paru rzeczy. Że zamiast twarogu kupuje najtańszy kefir, że kurtkę nosi już piąty sezon, cała przez nią łataną, i że fryzjera nie widziała od przedostatniego listopada, więc sama sobie podcina włosy przy lusterku w łazience. Czasami nawet wychodziło to znośnie, a czasami nie.
Trzy lata temu Tomasz pokazał jej zdjęcia. Mały dom w Brzozówce, czterdzieści minut podmiejskim pociągiem od Warszawy. Murowany, z poddaszem, jabłonie w ogrodzie, stara studnia, już nieużywana ozdoba. Zielone okiennice. Drewniany ganek. Ławeczka pod krzakiem bzu.
Zobacz powiedział wtedy, podsuwając jej laptop na kolana. Widzisz?
Patrzyła. Poczuła wtedy coś ciepłego w piersi nie radość, ale coś do niej podobnego. Szansę. Przez całe życie wynajmowała mieszkania. Obce ściany, obce powietrze. Na tamtych zdjęciach były jabłonie.
Potrzebne będą trzy lata porządnego oszczędzania mówił Tomasz z powagą. Przeliczyłem. Jeśli co miesiąc odkładać tyle, a Ty trochę przestaniesz wydawać
A ile to kosztuje?
Powiedział kwotę. Zuzanna zamilkła.
Dużo.
Ale to dom! Nasz dom. Ogród, powietrze, cisza. Takie rzeczy kosztują.
Zgodziła się. Nie od razu, ale w końcu tak. Otworzyli wspólne konto. Zuzanna co miesiąc przelewała połowę swojej emerytury i, jeśli się udawało, dodawała coś z dorabiania. Była księgową w małym biurze na pół etatu niewiele, ale zawsze coś. Tomasz zarzekał się, że wpłaca trzy razy więcej z własnej pensji.
Zuzanna wierzyła Tomaszowi.
Wierzyć to jej talent tak powtarzają teraz. Nie, że była naiwna tak po prostu ustawiła sobie życie. Łatwiej tak było. Bo kiedy nie wierzysz, to ciągle musisz sprawdzać, kontrolować, a to męczy.
Pierwsza zima przebiegła nawet łatwo. Jadła skromniej, ubierała się oszczędniej, ale traktowała to trochę jak wyzwanie. Jak w dzieciństwie nie masz na loda, wymyślasz sobie inny deser, a przez to wydaje się cenniejszy. Gotowała zupy z przecenionych warzyw, czytała przepisy kuchni oszczędnej, cieszyła się, gdy udało się złapać coś taniej. Było w tym coś niemal wesołego.
Drugi rok był trudniejszy. Ciało zaczęło się buntować. Delikatnie, nie natarczywie. Słabość w nogach. Senność, której nie wypędzała nawet noc. Czasem, jadąc autobusem, łapała się na tym, że nie wie, dokąd jedzie patrzy przez okno i nie myśli o niczym. Do lekarza nie poszła. Płatny odpadał, a na NFZ nie miała już siły stać w kolejkach.
Może powinnam zrobić badania powiedziała raz Tomaszowi.
Prywatnie?
No, tam chociaż szybko.
Wiesz, Zuzia, teraz każde sto złotych się liczy. Może pójdź na rejon?
Poszła. Zapisała się, odstała swoje, dostała skierowanie na morfologię. Hemoglobina na dolnej granicy. Niby nie tragedia. Lekarka poradziła: czerwone mięso, produkty z żelazem, witaminy.
Zuzanna kupiła najtańsze witaminy w aptece. Na czerwone mięso nie było pieniędzy.
Trzeci rok nawet już się nie ważyła. Lustro mówiło wystarczająco wiele. Twarz wyostrzyła się, żółte podkrążenia pod oczami, włosy matowe. Znalazła w second-handzie na ulicy Leśnej całkiem porządny granatowy płaszcz. Sprzedawczyni, starsza kobieta z rudawą trwałą, rzuciła:
Dobre palto. Posłuży pani, oj posłuży.
Wiem odrzekła Zuzanna.
My tu wszystkie wiemy i zaśmiała się jakoś smutno, ale ze zrozumieniem.
Wzięła to palto. Po drodze zobaczyła swoje odbicie w witrynie chwilę patrzyła, potem poszła dalej.
Tomasz niezmiennie kierował do niej swoje otuchy. To potrafił doskonale. Umiał stworzyć perspektywę, że zaraz, już tuż, już wystarczy wytrzymać jeszcze chwilę, już za moment. Jeszcze trochę powtarzał tak często, że te słowa stały się dla Zuzanny jak tło muzyczne słyszysz, ale nie wsłuchujesz się.
Dzielna jesteś mówił, gdy widział, że je najskromniejszą kolację. Prawdziwa spartaneczka. Szanuję cię za to.
Zuzanna uśmiechała się. Naprawdę. Ale nie było w tym radości po prostu twarz pamiętała, na którym etapie rozmowy wypada się uśmiechnąć.
Czasami dzwoniła do córki. Agata mieszkała w Gdańsku z mężem i dwójką dzieci. Rzadko dzwoniła, zawsze czymś zajęta. Zuzanna nie narzekała. Nie umiała. I nie chciała.
Mamo, jak się czujesz?
Dobrze. Odkładamy na dom.
Ciągle odkładacie?
Już prawie. Jeszcze trochę.
No, to dobrze.
I rozmowa przechodziła na dzieci, pogodę, codzienność. Po telefonie Zuzanna wracała do kuchni.
W tamtą trzecią jesień zapachy stały się ostrzejsze. Później Zuzanna myślała, że to organizm, pozbawiony smaku, wyostrzył nos, jak głodny zwierz. Zaczęła wyczuwać zapachy tam, gdzie wcześniej ich nie dostrzegała.
Zapach perfum z koszuli Tomasza poczuła po raz pierwszy w październiku. W kuchni, gdy mieszała kaszę. Potem uznała, że może jej się przyczepił w autobusie. Tak też bywa.
Drugi raz w listopadzie. Tomasz późno wrócił, roześmiany, zaróżowiony stwierdził, że został na naradzie. Pomagała mu zdejmować płaszcz z płaszcza szedł ten sam zapach. Kwiatowo-słodki, ciepły. Nie znała się na nazwach, wiedziała tylko, że to damskie perfumy. I nie jej.
Zmęczony? zapytała.
Bardzo. Trzy godziny siedzenia, można się zestarzeć ziewnął i poszedł do łazienki.
Zawiesiła płaszcz. Stała chwilę przy wieszaku. Potem poszła podgrzać kolację.
Była typem kobiety, która potrafi nie myśleć o tym, o czym nie chce. To też był jej talent. Umiała skierować myśl innym korytem, nie ze strachu, lecz ze strachu przed konsekwencją myślenia. Nie bała się męża, nie bała się scen. Bała się, że wtedy trzeba będzie coś zrobić.
Konto wspólne co miesiąc się powiększało. Tomasz pokazywał jej wyciągi. Zuzanna patrzyła na cyferki cicho licząc na nadzieję. Rzeczywiście rosły. Powoli, ale jednak.
Widzisz? pokazywał palcem na telefonie. Już tyle. Na wiosnę zrobimy pierwszy krok.
To znaczy?
Pogadamy z właścicielem działki w Brzozówce. Sprawdzimy warunki, poprosimy o rabat wiesz, tam są niuanse.
Kiwnęła głową. Niuanse zostawiała jemu. Całe negocjacje, dokumenty były po jego stronie. Ona dbała o oszczędności.
W grudniu częściej bywał poza domem. Imprezy integracyjne tłumaczył. Grudzień, wszyscy się spotykają, inaczej w kolektywie się nie liczysz. Zuzanna rozumiała. Zawsze rozumiała.
Lecz kiedyś, w połowie grudnia, wrócił do domu o pierwszej w nocy po rzekomej imprezie i nie wyglądał na człowieka, który pił siedem godzin z kolegami. Wyglądał wypoczęty. To słowo przyszło jej do głowy. Oczy jasne, ruchy spokojne, policzki różowe, jak od powietrza, choć nie było zimno. Albo od dobrego wieczoru.
Dobrze się zabawiłeś? zapytała.
Taka praca poklepał ją po ramieniu. Ale już niedługo w Brzozówce będzie cisza, koniec balowania.
Pocałował ją w czoło i poszedł spać. Zuzanna długo siedziała w kuchni. Polar buczał. Za oknem padał śnieg.
W styczniu włożyła rękę do kieszeni jego marynarki. Po prostu chciała wyczyścić, zanim powiesi w szafie. Znalazła paragon.
Restauracja Wykwintna Ostryga, Warszawa, 28 grudnia. Kwota.
Zuzanna patrzyła długo na liczby dla pewności dwa razy. Paragon odłożyła, spojrzała przez okno. Przez ulice Słowackiego szła kobieta z psem. Pies ciągnął, kobieta się nie spieszyła.
Kwota na rachunku równała się miesięcznemu budżetowi na jedzenie. Temu, co Zuzanna rozciągała na kaszę, tanie makarony, tanią herbatę, najtańszy olej. Temu, co odmierzała na wagę, żeby starczyło do kolejnej emerytury.
Schowała paragon do kieszeni. Marynarkę powiesiła w szafie. Wróciła do kuchni.
Polar buczał.
Nalała sobie wody, wypiła. Postawiła kubek. Wzięła go znów. Odstawiła.
Tomasz był w pracy. On zaczynał o dziewiątej. Zuzanna miała tego dnia wolne. Pracowała zdalnie, obrabiała dokumenty w domu, tak było wygodniej. Dziś nie było nic do roboty i została sama.
Zastanawiała się, kto w grudniu chodzi do Wykwintnej Ostrygi. Sama nigdy tam nie była. Znała z reklam na przystankach białe obrusy, sala jak z folderu. Taki lokal tani być nie może.
28 grudnia Tomasz mówił, że idzie do kolegi z roku. Wrócił o dziesiątej wieczorem, ledwie czuć było wino, raczej subtelny, kwiatowy zapach.
Nie oceniała od razu. Nie była kobietą, która wyciąga pochopne wnioski. Może był tam sam. Może w interesach. Może.
Wieczorem, gdy Tomasz przyszedł, patrzyła na niego inaczej. Nie podejrzliwie, nie z wrogością, po prostu: patrzyła.
Jak dzień? rzucił, zdejmując buty.
Dobrze odpowiedziała. Jadłeś coś?
Na szybko w pracy.
Zupa gotowa, odgrzałam.
Daj.
Zasiadł do stołu, jadł zupę, przy tym coś przewijał w telefonie. Zuzanna siedziała po drugiej stronie z herbatą, patrzyła. Spokój. Żadnej nerwowości, żadnego smutku. Albo dobrze umiał ukrywać.
Tomek powiedziała.
Hm?
W Wykwintnej Ostrydze drogie mają dania?
Podniósł wzrok, na sekundę.
Skąd mam wiedzieć? Nigdy tam nie byłem.
A, w autobusie reklamę widziałam skrzywiła się Zuzanna.
Znów wpatrzył się w telefon.
Luty tamtego roku był zimny i spokojny. Zuzanna chodziła w swoim granatowym płaszczu, ogrzewała dłonie nad kubkiem, marzła w autobusie. Zawroty głowy się nasiliły. Poszła do przychodni. Lekarz powtórzył to samo: dolna granica, jeść lepiej, witaminy.
Biorę.
Jakie?
Podała nazwę. Lekarz zamilkł.
Najtańsze. Można oczywiście ale jeśli jest możliwość
Nie ma odparła.
Nie nalegał.
Tomasz w lutym stał się wyjątkowo ożywiony. Kupował nowe rzeczy. Raz nowy pasek, raz inne buty brązowe, zgrabne, skórzane. Dobre. Drogie.
Nowe? spytała patrząc na buty.
Przecena. Stare się rozleciały.
Przecena?
Skąd, przecież nie z butiku odparł z uśmiechem.
Kiwneła głową.
Na samym początku marca zobaczyła na jego telefonie powiadomienie, gdy leżał na stole, a Tomasz był w łazience.
Autoryzowany salon: MotoMistrz. Pański Urban-City gotowy do odbioru. Czerwone wstążki zgodnie z zamówieniem. Zapraszamy w dogodnym terminie.
Zuzanna opuściła książkę.
Urban-City duży SUV. Znała z ulicy. Długi, drogi samochód. Nie ich kategoria. Nie ich.
Czerwone wstążki pojęła później, kiedy Tomasz spał. Tak robią jak ktoś kupuje w prezencie, zakładają czerwoną, wielką kokardę, pokazują w reklamach. Spraw radość, podaruj auto.
Leżała obok i patrzyła w ciemność.
Myślała o kaszy z cebulką.
O witaminach za dwanaście złotych.
O płaszczu z lumpeksu.
O tym, że u fryzjera była ile? Dwa lata temu?
O wspólnym koncie.
Potem przestała myśleć. Po prostu leżała i słuchała, jak Tomasz oddycha.
Następnego dnia zadzwoniła na infolinię banku. Poprosiła o stan konta. Usłyszała kwotę.
Zamilkła. Podziękowała. Odłożyła słuchawkę.
Suma była o połowę mniejsza, niż powinna według ich ustalonego planu.
Połowa. Dwa lata oszczędzania połowa.
Siedziała przy stole kuchennym, patrzyła na ceratę z nadrukiem w kwiaty kawałek, na którym nie schodziło od miesięcy plamisko po kawie. I już nie schodziło. Po prostu plama.
Zuzka! z pokoju zawołał Tomasz. Zaparzyłaś herbatę?
Już robię rzuciła.
Podniosła się. Nalała wodę do czajnika. Postawiła na gazie.
Dziś nogi były jak z waty bardziej niż zwykle.
Nie od razu zaczęła go sprawdzać. Słowo śledzić ją uwierało, wydawało się poniżające. Ale pewnego czwartku, gdy znów jechał na spotkanie z kontrahentami, wyszła pół godziny po nim. Po prostu się przejść. Tak mówiła sobie.
Stara szara toyota Tomasza nie stała pod biurowcem, tylko na parkingu dużej galerii handlowej. Zuzanna podeszła, weszła do środka.
Znalazła Tomasza przy stoisku jubilerskim na drugim piętrze. Zbyt piękna, zgrabna brunetka w beżowym płaszczu. Stali blisko siebie, tak jak stoimy tylko przy kimś dobrze nam znanym.
Nie podeszła. Stanęła za filarem, udawała, że pisze SMS-a.
Tomasz mówił coś, kobieta śmiała się. Sprzedawczyni zaprezentowała coś na poduszce łańcuszek albo bransoletkę. Tomasz zapłacił kartą.
Kobieta zabrała torebkę, zapięła płaszcz. Wyszli razem.
Zuzanna dalej stała za filarem.
Wokół biegali ludzie, ciągnęli dzieci, rozmawiali przez telefony, radio grało, pachniało frytkami z kącika z jedzeniem.
Postała chwilę. Potem wyszła na ulicę.
Na ławce, mokrej od marznięcia, lecz suchej na siedzisksu, usiadła. Marzec był, mokro, szaro, ale ławka sucha. Patrzyła w jezdnię. Samochody, przechodnie. Kałuża na skrzyżowaniu.
Nie płakała. W środku było jakby coś zwartego, cichego, jak ziemia pod śniegiem. Ani pustka, ani ból raczej ciężar i cisza.
Wstała i wróciła do domu.
Następne kilka dni zachowywała się normalnie. Gotowała, pracowała, oglądała telewizję. Tomasz też się nie zmienił pogodny, żartujący, trochę rozkojarzony. Mówił o Brzozówce, o domu. Że na wiosnę pojadą obejrzeć.
Ciekawe rzucił kiedyś wieczorem może załatwimy rozłożenie na raty? Nie trzeba wszystkiego od razu wyłożyć.
Raty powtórzyła Zuzanna.
No, rozumiesz, część od razu, reszta później.
A ile mamy teraz na koncie? zapytała.
Z ostatnimi przelewami? Powinno być nieźle. Ale muszę sprawdzić.
Sprawdź.
Później powiedział i podkręcił głośność w telewizorze.
Zuzanna wstała i poszła do kuchni.
Tego wieczoru zadzwoniła do Agaty.
Mamo, wszystko w porządku? Dziwnie brzmisz.
Nic, zmęczona jestem.
Ciągle oszczędzacie?
Tak.
Mamo, naprawdę musicie kupować ten dom? Może lepiej jakieś porządne M-3 tu, gdzie znasz okolice? Po co wam Brzozówka?
Tomek chce.
A Ty?
Milczała długo.
Też rzuciła. Jabłonie tam są. I bez.
Mamo Agata westchnęła.
Wszystko dobrze. A Ty jak?
Pokierowały rozmowę na dzieci i codzienność. Po skończonej rozmowie Zuzanna siedziała z telefonem w ręku i myślała o tych jabłoniach. Czy w ogóle rosły. Czy to nie była jakaś przypadkowa grafika z internetu, bo wiedział, że jabłonie i bez mają dla niej znaczenie.
Nie myślała, raczej czuła jakby ktoś wylał jej zimną wodę na kolana.
Po trzech dniach zadzwoniła do MotoMistrza.
Dzień dobry, mam pytanie o Urban-City.
Świetne auta! bąknęła konsultantka. Niedawno oddaliśmy jedno cały w czerwieni, prezent dla kobiety od partnera. Urocze.
Prezent. Zuzanna powtórzyła.
Tak, z wielką kokardą. Klient chciał, by wyglądało wyjątkowo.
Rozumiem, dziękuję.
Odłożyła słuchawkę. Włączyła czajnik. Czekała, aż zagotuje się woda.
W środku nadal było cicho i gęsto.
Otwarła laptopa i sprawdziła historię wspólnego rachunku. Nie dzwoniła, miała dostęp od początku.
Przeglądała: wpłaty jej równe, co miesiąc, jak w zegarku. Tomasza rzadziej, czasem połowa ustalonej sumy.
Potem: wypłaty. Regularnie, nie zawsze zgodnie z ustaleniami, nie każda mała.
Zuzanna wyciągnęła zeszyt, ten, w którym zapisywała domowy budżet precyzyjnie, co do grosza. Otwarła nową stronę. Pisała.
Liczyła dwie godziny, w tle grał Polar. Za oknem ściemniło się na dobre.
Kiedy skończyła, zamknęła zeszyt, położyła na stole. Spojrzała na okładkę. Wstała, nalała sobie wody i wypiła.
Układanka była już kompletna. Nie natychmiast, ale powoli jak puzzle, które leżą na stole i tylko trzeba dopasować fragmenty.
Trzy lata oszczędzała. Miesiąc w miesiąc, skrupulatnie. Jadła byle jakie jedzenie, nosiła cudzą odzież, unikała lekarzy, kiedy trzeba, strzygła sama sobie włosy nad umywalką. Trzy lata siebie uciszała i minimalizowała żeby zmieścić się w budżecie.
A pieniądze znikały. Powoli, ale konsekwentnie. Nie wszystko, ale spora część. Regularnie. I wtedy za jubilerską ladą stała kobieta w beżowym płaszczu, Tomasz płacił kartą jak za chleb.
W MotoMistrzu była czerwona kokarda.
Paragon z Wykwintnej Ostrygi równo miesięczny ich budżet na jedzenie.
Koszula pachniała perfumami Chanel.
Zuzanna zamknęła laptopa, poszła do pokoju. Tomasz siedział w fotelu i oglądał Wiadomości.
Głodny jesteś? zapytała.
Nie, dzięki. Już za późno.
Dobrze.
Położyła się spać. Leżała, patrzyła w sufit. Tomasz przyszedł później, po chwili już chrapał.
Zuzanna długo nie spała. Myślała nie o nim, o sobie. O tym, kiedy ostatni raz myślała o sobie jak o kimś, komu należy się coś dobrego nie lekarstwa, nie ciepła kurtka, nie spokój, tylko coś przyjemnego.
Dobra kawa. Kiedyś uwielbiała kawę prawdziwą, mieloną, mocną. Od półtora roku piła tylko rozpuszczalną, najtańszą. Ze względu na oszczędności.
Ser z niebieską pleśnią. Ostatnio jadła go z pięć lat temu zanim zaczęła oszczędzać. Uważała go za największy rarytas, szczególnie z winogronami i chlebem, na wieczór, małe święto.
Ostrygi jadła raz w życiu, w Sopocie, gdy była młoda. Całą drogę powrotną zastanawiała się, czy coś tak niezwykłego się powtarza.
Obróciła się na bok.
Decyzja nie zapadła tej nocy. Dojrzewała, jak chleb na słabym ogniu. Nie wie, kiedy ale rano już była. Gotowa, naturalna, jak pusty stół.
Następne dni robiła to, co zawsze. Gotowała, pracowała, rozmawiała z Tomaszem. On nic nie zauważał albo udawał. Nie miało to już znaczenia.
Jednego dnia poszła za nim dalej. Nie dlatego, że musiała się przekonać. Przekonała się już wcześniej. Chciała zobaczyć, poczuć.
Wiedziała, że w czwartki Tomasz regularnie zostaje po godzinach. Tego dnia włożyła stare szare palto, na głowę wełnianą czapkę taką, co nie rzuca się w oczy i wybrała się.
Zobaczyła go z tą samą kobietą z galerii. Blondynka, schludna. Spotkali się pod kawiarnią przy ul. Słonecznej, ruszyli razem przez park. Zuzanna szła kawałek za nimi. Nogi ją niosły spokojnie.
W parku zatrzymali się. Tomasz wyjął pudełeczko, kobieta otworzyła, uśmiechnęła się. Potem stanęli naprzeciwko siebie, Tomasz objął ją i pocałował.
Zuzanna patrzyła.
Spojrzała na dłonie. Cienkie czerwone rękawiczki, lekko sprute na palcu. Ręce od zimna zaczerwienione.
Zatrzymała się jeszcze minutę.
Potem ruszyła do domu.
W autobusie Zuzanna patrzyła przez okno. Miasto było szare, mokre. Kałuże. Gołe drzewa. Latarnie zapalane pojedynczo, jakby ktoś naciskał guziki z przerwami.
W domu od razu poszła do sypialni. Wyciągnęła dużą torbę niemal nieużywaną i zaczęła pakować rzeczy. Tylko swoje, tylko pewniaki.
Metodycznie, spokojnie: bielizna, cieplejsze ubrania, dokumenty z szafki na przedpokoju, legitymacja, dowód osobisty, książeczka PKO, gdzie była odłożona mała sumka jej własna, nie wspólna, którą sukcesywnie odkładała po złotówce, jakby nie wiedziała dlaczego.
Telefon, ładowarka, książka niedokończona.
Granatowy płaszcz powiesiła na haczyk w przedpokoju i sięgnęła po ciemnoczerwony żakiet, ten który nosiła trzy lata temu po raz ostatni. Trochę opinał w ramionach, ale wyglądał zupełnie inaczej niż płaszcz z lumpeksu.
Potem kartka. Długopis.
Napisała: Dziękuję za paragon z Wykwintnej Ostrygi i czerwoną kokardę. Mam nadzieję, że było smacznie.
Podpisała: Tomasz. Zostawiła na stole kuchennym, obok plamki z kawy.
Zabrała torbę.
Spojrzała na Polara zabrzęczał jak zwykle, beznamiętnie.
No, to cześć powiedziała cicho.
Wyszła. Klucz zostawiła pod wycieraczką nie z umowy, po prostu nie chciała go brać.
Na Słowackiego toczyło się zwyczajne życie. Ktoś wracał z pracy, pies wyrywał się na smyczy, od kiosku odbijało się światło.
Zuzanna chwilę postała, potem ruszyła.
Wiedziała dokąd idzie.
Galeria Smaków była dwa bloki dalej. Przechodziła koło niej co tydzień, nigdy nie wstępując. Drogo. Ale wszystko pięknie poukładane, owoce w koszach, dużo światła. Tam się chodziło, gdy nie liczyło się złotówki.
Weszła.
W środku pachniało kawą i świeżym chlebem, muzyka, miękkie światło. Zuzanna wzięła koszyk. Ruszyła między regałami.
Dział rybny. Błyszczący tuńczyk, cielisty, rubinowy, ładnie pokrojony. Po chwili miała już kawałek owinięty papierem.
Ostrygi sześć sztuk, w przezroczystym pojemniku. Wzięła.
Serowa półka: pleśniowy, szaro-niebieski, woskowana skórka. Wzięła spory kawałek.
Dobry razowy chleb, z ziarnami. Twardy, chrupiący.
Kawa. Stoi przed regałem. Wybiera długo. Bierze mieloną, pakowaną w granatową torebkę. Etiopska. Napis: czekoladowe i jagodowe nuty.
Przy kasie rozkłada wszystko na taśmie i patrzy tuńczyk, ostrygi, ser, chleb, kawa.
Kasjerka skanuje produkty.
Dobry wybór rzuca, nie odrywając wzroku od monitora.
Dziękuję.
Sumka spora. Zuzanna płaci kartą ze swojego konta.
Wychodzi.
Nie chciała jechać do córki za daleko i późno. Przyjaciółka Irena co prawda znów pisała, by się spotkały, ale dziś nie miała ochoty na rozmowę. Pojechała więc do motelu na drugi koniec miasta. Otwarty numer niezbyt elegancki, ale normalny.
Rozpakowała tam swoje zakupy. Poprosiła panią z recepcji o nożyk do ostryg. Babka przyniosła coś w rodzaju scyzoryka.
Da pani radę? zapytała.
Dam radę.
Otworzyła ostrygi, nie najpiękniej, ale skutecznie. Spróbowała jednej. Szara, połyskliwa, morska.
Potem drugą.
Potem kawałek tuńczyka. Chleb. Trochę sera. Zaparzyła kawę w małej kawiarkę, stojącej w pokoju.
Jadła powoli. Za oknem miasto, światła, samochody. Cisza. Radio grało po cichu.
Nie myślała o Tomaszu. Nie o Brzozówce. Nie o jutrze.
Myślała o tym, że ostrygi dalej smakują tym samym morzem, co kiedyś. Że tuńczyk jest miękki, różowy, szlachetny smak nie znika od razu. Że pleśniowy ser wciąż jest miękki i pikantny naraz. Że kawa pachnie naprawdę jagodami to nie wymysł z opakowania.
Jadła i myślała, że może to właśnie ona.
Nie spartaneczka, nie ta od wytrzymania, tylko ktoś, kto zna różnicę między ostrygą, a tanim makaronem. Kto umie usiąść w ciszy i zjeść coś dobrego. Kto przez trzy lata był gdzieś indziej, a teraz wraca.
Wypiła kawę małymi łykami. Miasto bzyczało za oknem.
No, witaj powiedziała cicho.
I nalała sobie jeszcze jedna filiżankę.
Nie wiedziała, co będzie później. Gdzie będzie za tydzień. Czy rozmowa z Tomaszem jeszcze się odbędzie. Czy kiedyś odnajdzie dom z jabłoniami jakiś własny. Czy zadzwoni dziś do Agaty, czy poczeka. Czy będzie jutro bolało.
Tego nie wiedziała.
Ale w tej chwili, w małym motelowym pokoju, z pustym opakowaniem po ostrygach i filiżanką etiopskiej kawy, wiedziała jedno: to jest ona. Jej smak. Jej wieczór.
I to coś znaczyło.
Wzięła ostatni kawałek sera, położyła na chleb, ugryzła.
Za oknem zapaliła się latarnia. Potem kolejna. Potem cały ciąg jakby ktoś nareszcie znalazł właściwy przełącznik.
Zuzanna patrzyła na światła, jadła chleb z serem. I nic już nie mówiła, ani sobie, ani nikomu. Po prostu siedziała. Jadła. Po prostu była tu i teraz.
Na dziś to wystarczyło.
***
Obudziła się przed dźwiękiem budzika. Otwarła oczy, poleżała minutę w nieznanym pokoju. Sufit był biały z plamką koło karnisza. Obcy sufit, ale może dlatego nie było gorzej. Nie przygniatał.
Wstała, umyła się, uczesała. W lustrze zobaczyła zmęczoną twarz, wyraźniejszą niż kiedyś, z cieniami pod oczami. Ale jakby było w niej coś innego. Może jej się wydawało.
Nie patrzyła długo. Ubierała się, wzięła torbę. Powinna zadzwonić do Ireny. Porozmawiać z Agatą. Pomyśleć o nowym mieszkaniu, na czas poukładania spraw. Było tego sporo.
Ale najpierw zeszła do kawiarenki motelu. Zamówiła jajecznicę, tost, kawę. Prawdziwą, nie rozpuszczalną.
Kawa w szklance. Trzymała dwoma rękami, jakby to było coś ciepłego i ważnego.
Przy sąsiednim stoliku siedziała starsza pani czytająca książkę. Nie patrzyła na nic, czasem popijała z filiżanki.
Zuzanna myślała, że kobiety, które jedzą śniadanie same i czytają książkę, nie wyglądają na samotne. Raczej zajęte sobą. To nie to samo.
Dostała jajecznicę z natką, zjadła powoli, z tostem.
Wyjęła telefon.
Napisała do Ireny: Można dziś wpaść? Opowiem wszystko.
Irena odpisała bardzo szybko: Pewnie! Już wstawiam czajnik.
Zuzanna schowała telefon. Dopija kawę.
Wstała, założyła żakiet. Chwyciła torbę.
Wyszła na ulicę.
Marzec pachniał już czymś innym. Nie wiosną jeszcze, ale już nie zimą. Powietrze zmieniało wilgotność, coś rozmarzało pod asfaltem, powoli i nieodwracalnie.
Zuzanna postała chwilę przed drzwiami hotelu, podwinęła kołnierz i poszła na przystanek.
Szła powoli, myśli nie łapały się żadnego konkretnego tematu. Nogi były lekkie, głowa nie kręciła, może po prostu trafił się dobry dzień.
Samochody mijały ją obojętnie. Młoda matka pchała wózek, na gałęzi krakała wrona. Spojrzała na nią, jakby wiedziała już wszystko.
I co powiesz? szepnęła Zuzanna.
Wrona odleciała do swoich spraw.
Zuzanna uśmiechnęła się lekko.
Nadjechał autobus. Wsiadła i usiadła przy oknie. Autobus ruszył.
Za szybą miasto: bloki, sklepy, nagie drzewa, reklamy. Trzy lata prawie nie patrzyła przez okna jechała i nie widziała. Była gdzieś w rozliczeniach, stresach i czyichś planach.
Ale miasto żyło. Bez niej.
Nic. Nadrobi się.
Autobus zatrzymał się na światłach. W samochodzie obok siedziała kobieta po pięćdziesiątce i śpiewała z radiem, nie przejmując się nikim. Po prostu śpiewała. Widać było ruch ust.
Patrzyła na nią Zuzanna.
Zielone światło. Samochód ruszył. Autobus ruszył dalej.
Oparła się o szybę. Telefon w kieszeni milczał. Ani sms, ani dzwonka. Tomasz może jeszcze nie wrócił do domu. Albo już, ale jeszcze nic nie odkrył. Albo już wie i myśli. Albo nie. Już jego sprawa.
Ona miała swoje.
Jechała do Ireny. Będzie herbata i rozmowa. A potem kolejny dzień. I kolejny. Będzie sporo trudnych rzeczy nie łudziła się. Żadnego szczęścia z automatu nie będzie. Raczej: niepewność, zmęczenie, czasem strach, mnóstwo pytań bez odpowiedzi.
Ale będzie też coś innego.
Kawa, która pachnie jagodami.
Ostryga z morzem w smaku.
Lustro, do którego nie boi się wracać.
To niewiele, oczywiście. Ale nie nic.
Autobus jechał. Miasto było szare i żywe. Zuzanna patrzyła przez szybę i myślała, że może jabłonie jeszcze znajdzie. Prawdziwe. I bez. I dom z werandą.
Bo tego nie dostaje się od kogoś. Raczej się szuka. Sama.
Może kiedyś.
Na razie tylko autobus, okno, marzec, który pachnie już nie zimą, a jeszcze nie wiosną.
I to, dziwnie, już wystarcza.




