Łapacz snów

Łapacz snów

Znowu?! Sima, Simo! Obudź się! Bo zaraz wszystkich pobudzi! Przytrzymaj ją! Lena zsunęła się z łóżka i potrząsnęła siostrę za ramię. Kiedy ona się wreszcie uspokoi…

Sonia miota się przez sen, a jej przeciągły, żałosny jęk wypełnia pokój, przeszywając duszę i sprawia, że Lena zerka za siebie, czy ktoś za nią nie stoi.

Jak w jakimś kiepskim horrorze! Sima ściąga z siebie kołdrę i z zamkniętymi jeszcze oczami podchodzi do łóżka Soni.

Zarzuca na nią swoją kołdrę, kładzie się obok i przytula, cichutko nucąc:

Lulu, lulajże, nie kładź się na krawędzi… O matko, Lena! Co ja śpiewam! Ona cała się pali! Obudź mamę!

Lena kręci się chwilę przy łóżku Soni, wzdycha, po czym idzie do sypialni rodziców. Co robić? Sonia jest im tak samo dzieckiem, jak i reszta. A mama na pewno by je zbeształa, gdyby próbowały coś ukryć.

W pokoju rodziców jest cicho. Lena wyciąga rękę ponad łóżeczkiem Serafina, które stoi tuż przy sypialnianym łóżku, i głaszcze po ramieniu Marię.

Mamusiu…

Duże, piwne oczy otwierają się natychmiast, jakby Maria wcale nie spała, i ciepła dłoń obejmuje palce córki.

Co się stało, Skarbie?

Sonia źle się czuje, mamo! Chyba ma gorączkę. Jest rozpalona!

Serafin popiskuje cicho, a Maria natychmiast zaczyna śpiewać, zupełnie jak Sima wcześniej:

Lulu, lulajże…

Jej palce chwytają chudziutki nadgarstek córki, układając rękę Leny na boku brata.

Kołysz go chwilę, żeby nie wstał. Już idę…

Lekko, jakby wcale nie bolące ją jeszcze wczoraj plecy po upadku z drabiny nie istniały, Maria wstaje i chyłkiem idzie do pokoju dziewcząt, nasłuchując nocnych dźwięków śpiącego domu.

Dom to jej duma. Ile razy słyszała, że ona i Marek nie dadzą rady z budową… Że przecież lepiej byłoby w mieszkaniu…

Krewni tylko wzruszali ramionami i bez żenady powtarzali dosadnie:

Po co wam taki dom?! Przecież nawet dzieci nie macie!

Sercu Marii ściska się od bólu, a głowa opada, jakby ktoś chłodny, obojętny jeszcze dodatkowo ją przyginał. Nie możesz mieć dzieci? To nie masz prawa śmiało patrzeć ludziom w oczy! Ileż razy Marek przytulał ją wtedy, całując w skroń i powtarzając, że wieczność by tak trwał.

Nie słuchaj ich! Oni nic nie rozumieją!

A co tu rozumieć, Marku? Mają rację! Dzieci nie będzie…

Ależ zobaczymy! Marek zaciska zęby, wściekły na wszystkich, którzy śmią zranić jego ukochaną.

Wydawało się, że w okolicach Warszawy wszystko jest możliwe, gdy ma się pieniądze. Kolejna klinika, później następna… Wszędzie rozkładano ręce:

Proszę pani, cudotwórcami nie jesteśmy…

Maria znów spuszczała wzrok, już nawet przed mężem, nie mając odwagi wyznać tego, co od dawna uznała za pewnik. Zbiera się na odwagę dopiero, gdy Marek zaczyna mówić o budowie własnego domu.

Nie ze mną, Marek… Kocham cię, wiesz to. Ale powinieneś mieć rodzinę. Jeśli nie mogę dać ci dziecka, to… złożę papiery rozwodowe.

Śnij dalej! Marek z impetem stawia kubek z herbatą na stole, parzy ucho palcem i z wściekłością rusza po kuchni. Maryśka, daj z tym spokój! Ja jestem prosty chłop, powiem ci po naszemu, co o tym myślę matka twoja będzie niezadowolona! Co tam! Trafił jej się zięć bez wykształcenia! Ale kto ci powiedział, że cię oddam komuś? Wolę użyć mocniejszych słów, ale już ciebie zranić nie chcę, a o to tobie najlepiej!

Ja?! Maria zaskoczona unosi oczy i nawet zapomina, że miała zaraz płakać.

Tak, ty! Trzeba mieć tupet, by coś takiego palnąć?! To ty jesteś mi potrzebna! A dzieci… Jak będą, to będą, jak nie taka widocznie nasza dola.

Oczywiście, Maria nie uspokoiła się po tej rozmowie. Co tam mówi teraz facet… Młody, mocny, ale przecież z czasem zacznie żałować, kiedy będzie za późno.

Marek być może czeka długo. Zbyt długo szukał kobiety, która stanie się jego szczęściem.

Maria była drugi raz zamężna.

Za pierwszym razem miała dziewiętnaście lat. Chciała się po prostu wyrwać spod ciągłej kontroli i wymówek matki, która raz ją wielbiła, a raz traktowała jak obce dziecko.

Hanna matka Marii raz opowiadała wszędzie, jak cudowną córkę ma, a raz… wybuchała, niepomna, że jeszcze wczoraj szczyciła się dzieckiem.

Jak mogłam być matką takiego nieporozumienia?! Maria! Raz geniusz, raz aż szkoda mówić!

Gdyby Maria potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, to chętnie by to zrobiła. Ale tylko spuszczała wzrok i kurczyła się pod spojrzeniem matki.

Gdyby ktoś spytał Marię, czy kocha matkę, odpowiedziałaby bez namysłu: Tak! Przecież to mama! Głupie pytanie. Z czasem jednak zrozumiała wykształcenie, dobra praca, przyjaciele nie czynią z człowieka ciepłej osoby. Hanna potrafiła zrobić wrażenie na wszystkich, zawsze znajdowała wspólny język, ale tylko nie z własną córką.

Mamo, czemu mnie nie kochasz? to pytanie padło z ust Marii na tydzień przed ślubem. Matka skrzywiła się na widok jej sukni i spytała tylko: Skąd masz tę szmatkę?

Szukając sukienki miesiąc, pewna, że prostota i elegancja się sprawdzą, Maria poczuła się zraniona w końcu wypowiedziała to, co długo ją męczyło.

Mamo! Powiedz, co się dzieje? Przecież jestem twoim jedynym dzieckiem! Z tatą żyłaś chyba dobrze. Nigdy się nie kłóciliście. Czemu jesteś dla mnie taka surowa?!

Nie gadaj głupot!

Jakich głupot… Cokolwiek zrobię, jest źle…

To rób dobrze! A będzie dobrze! Maria, daj spokój! Postanowiłaś wyjdź za mąż, ale nie żądaj, żebym cię popierała i nie miej potem do mnie pretensji, że cię nie odwiodłam! Chcesz, by cię głaskać? Nie tędy droga! Matka musi czasem ochrzanić!

Czasem…

Przestań już. Kiedy sama będziesz miała dzieci, zrozumiesz.

Zrozumiem co, mamo?

Że dziecko kocha się trudno! Że niełatwo mu pokazać, jak bardzo jest ważne. Mało ci zrobiłam…?

Nie o tym teraz…

O czym niby? Twój ojciec miał swoje sprawy, a ja się tobą zajmowałam. On uważał, że wychowanie dziewczyny to sprawa matki. Gdybyś była chłopcem…

Wtedy Maria po raz pierwszy pojęła, co jej rodzinie dolega. Gdy wypytała ciotki, upewniła się, że jej rodzice marzyli o synu, a jej narodziny były przyjęte bez szczególnej radości.

Boże, jakiś średniowieczny przesąd! Maria spaceruje po jesiennym parku, próbując zrozumieć to, co właśnie usłyszała. Syn to coś, a córka to niby nie to… Głupota! Gdy będę miała dzieci, nie będę ich dzielić na te czy nie te. Mam nadzieję… Boże, czemu tak jest? Czemu rodzice bywają tacy dziwni dla dzieci? I jak tego uniknąć? Przecież to nie jest naturalne… Nie chcę tak! Słyszysz? Pomóż mi!

Ślub był wystawny i dość przypadkowy. Maria dusiła się w mocno zasznurowanym gorsecie, matka zachwycała się co chwila.

Ale pięknie, córeczko! Jacy jesteście śliczni! Jesteś szczęśliwa?

Maria nie umiała jednoznacznie odpowiedzieć. Skinęła głową, wypatrywała przyjaciółki, która miała rozluźnić jej suknię. Bała się tylko, by matka znów nie rzuciła przykrej uwagi i nie popsuła jej tego najszczęśliwszego dnia.

Pierwsze małżeństwo, bardzo nieudane, trwało półtora roku. Gdy mąż usłyszał o utraconej ciąży, szybko się zwinął, nie czekając nawet, aż wypiszą Marię z warszawskiego szpitala.

Mieszkanie, które rodzice kupili jej jeszcze przed ślubem, opustoszało Hanna, zabierając córkę ze szpitala, paplała, manewrując autem po ulicach Warszawy.

Wynajmiemy je, córeczko! Wrócisz do nas! Wystarczy! Powygłupiałaś się, czas dorosnąć! Skończ studia, a potem my z ojcem znajdziemy ci odpowiedniego kandydata… Nie powinnaś ufać młodym w takich sprawach. Pomyliłaś się! I to musi mieć konsekwencje.

Maria milczy. Nie sprzecza się z matką, ale wieczorem prosi ojca, by pozwolił jej żyć osobno.

Tato, jeśli mnie kochasz, daj mi szansę na samodzielność. Nie mogę z wami zostać.

Dlaczego?

Bo boli…

Tym razem ojciec zrozumiał Marię. Postawił ją na nogi, nie pozwalając Hannie się wtrącać.

Tak postanowiłem.

Zwykle despotyczna, tym razem Hanna nie protestowała. Jedynie zaleciła mężowi, by zostawił dziewczynce świadczenie. Składowali oszczędności w szufladzie na czarną godzinę.

Maria kończy studia, dostaje awans, prywatnie jednak nie układa się nic. Urody jej nie brakuje, ale to nie daje przewagi brakuje jej tej iskry. Wygląda jak gasnący żar ciepła i światła w niej niewiele…

Przyczyn jest sporo.

Niestety, komplikacje po przedwczesnej ciąży powodują, że słyszy od lekarza: być może nigdy nie zostanie matką.

To ją łamie. Czynności wykonuje mechanicznie pracuje, jeździ z rodzicami, ale czuje się pusta. Wszyscy to zauważają.

Co jej jest, Hanna? pyta Olena, starsza siostra matki.

A co?

Spójrz na nią! Sam posąg… W oczach pusto. Coś trzeba zrobić…

Nie orientującej się w rodzinnych rozmowach Marii zaczynają się dziwić coraz częstsze spotkania na działce, na które zapraszani są młodzi mężczyźni, polecani przez troskliwe ciotki…

Podczas jednej z rodzinnych imprez poznaje Marka.

Nie, nie był zaproszonym kandydatem. Zwykły taksówkarz, który przywiózł ciotkę z rodziną na działkę Marii i bardzo się zdziwił, kiedy ładna dziewczyna w białym futerku wsiadła mu do auta.

Do miasta!

Czemu wtedy się wkurzyła? Czuła, że ma dość tych rodzinnych biesiad. Jeszcze kilka lat wcześniej postawiono by ją na stołku, recytując wierszyki dla mamy. Wszystkie dzieci w rodzinie przechodziły ten obowiązek. Maria codziennie widziała przerażone spojrzenia kolejnego malca i chciała po prostu uciec z tym dzieckiem z domu, gdzie dobre wychowanie liczyło się bardziej niż uczucia…

Marek nie zadaje pytań. Odwozi ją pod właściwy adres, ale gdy Maria sięga do kieszeni po pieniądze…

Ojej…

Nie masz kasy?

Nie. Torebka została na działce… Mam klucze tylko.

No to uśmiechnij się i jesteśmy kwita.

Maria marszczy brew, mówi, by poczekał minutę pobiegnie do mieszkania po gotówkę. Gdy wraca, Markowej białej toyoty już nie ma.

Rano czeka pod domem.

Jedziesz?

Jest spokojny, pewny siebie. Maria jest wyższa na obcasach o głowę. Szybko zdejmuje szpilki.

No, dawaj, teraz lepiej pogadać.

Tak zaczyna się ich znajomość.

Maria powoli pozwala sobie na uczucia, nie wiedząc nawet skąd się wzięły. Ona córka doktora nauk i przedsiębiorcy z kierowcą taksówki? Dziwne po rodzinie. Nikt im nie kibicuje, a w chłopaku jest coś ciepłego, co wcześniej spało.

O problemach Maria opowiada Markowi dużo przed ślubem.

Co powiesz? Może nigdy nie mieć dzieci. Rozumiesz?

A rodzina to tylko dzieci…? Kocham cię, Mario. Czy urodzisz dziesięcioro, czy żadne, wszystko mi jedno.

Ty tak teraz mówisz…

Bądź pewna za pięć lat powiem to samo. Mój ojciec mnie uczył mężczyzna słowa nie rzuca na wiatr.

Biorą ślub w urzędzie w Warszawie, wesele jest w miasteczku rodziców Marka. Rodzice Marii nie przyjeżdżają. Ojciec pojawia się na koniec, gratuluje i milknie. Maria wie, co się w domu dzieje.

Za to z rodzicami Marka Maria szybko łapie kontakt.

Chuda taka… przyszła teściowa kręci głową, oglądając Marię. Marku, karm ją! Jeśli nie umie gotować, to już cię uczyłam. Bierz się do dzieła! Głowa do góry, Mario! Życie jest krótkie po co się smucić? Chodź, uczymy się robić konfiturę!

W kuchni, przy stole okrytym ceratą, Maria nagle odkrywa, że to wszystko jest fajne.

Podoba jej się dom pełen ciepła, rodzina Marka prosta, szczera. U nich nikt nie boi się utraty twarzy jak u niej. Przepis na truskawkowe dżemy przekazano jej z zaufaniem.

Gdy mama Marka, Teresa, dowiaduje się, że Maria nie może mieć dzieci, wyciera ręce o fartuch, podchodzi, przytula ją serdecznie.

Dziewczyno… szkoda, ale wiesz co…? Dziękuję ci.

Za co?! Maria ukrywa szloch.

Za szczerość. Inna by przemilczała, ty ufasz. Cenię to! A dzieci… To nie nasza broszka znać Boskie zamysły. Może się i u was zjawi szczęście.

Nawet domu na razie nie mamy…

To powstanie! Męża masz dobrego nie dlatego, że mój syn… On cię kocha. Daj mu szansę. Dużo w rodzinie od kobiety zależy. My niby szyja… Głowa nie wie, gdzie ją zwróci… Ale ważne, że patrzy we właściwą stronę.

Z biegiem czasu Maria przekonuje się, że żadnych fałszywych nut w tej rodzinie nie ma i nie było.

To Teresa wpada na pomysł, by przyjąć dziecko z domu dziecka.

Skoro nie możecie mieć własnego, weźcie kogoś na wychowanie! Ja też byłam takim dzieckiem a nie znałam rodziców bliższych niż ci, którzy mnie wychowywali.

Maria, nie mogąca w to uwierzyć, pyta:

To pani jest adoptowana?!

No… To, że ktoś nie własny, to nie znaczy, że gorszy. Liczy się, czy jest kochany. Rodzice byli dla mnie całym światem, jak tata i mama powinni.

To wtedy Maria przestaje słuchać mamy, a częściej radzi się teściowej.

Dom rośnie Marek, po zrobieniu kursów i otwarciu firmy przewozowej, szaleje razem z teściem, który pomaga wszystkim, czym trzeba.

Maria, działając jako prawnik, myśli już tylko o jednym chcą zaadoptować dziecko.

Szkoła dla rodziców już za nimi i szukają swojego malca.

Nie muszą długo dzwoni Teresa.

Dziewczyno, nie przerywaj! Rozemocjonowana opowiada o dzieciach sąsiadów spod Garwolina. Dzieci trafiły do domu dziecka. Mama się zrzekła… Znam te dzieciaki jak własne wnuki. Najstarsze dziewczyny złoto! Dbały o siebie, o młodszego brata. Ja wiem, planowaliście jedno dziecko, ale tutaj… Troje. To ciężar, wiem! Ale nie obce mi one. Może dla nich się znajdzie miejsce? Serce mi pęka…

Mamo, ty spokojnie! Marek kiwa na żonę, która już zakłada tenisówki. Zostań, a my jedziemy!

Tak oto Maria bez zastanowienia zostaje mamą trójki.

Siedmioletnia Sima i sześcioletnia Lena krępują się krótko. Po kilku dniach mówią do Marii:

Nie bój się taka, my wiemy, że jesteś dobra.

Dwulatek, Alex, już po kilku tygodniach nazywa ją mamą i biega za nią wszędzie. To widać tę więź widzą wszyscy, tylko nie jej rodzina.

Jezus Maria, ale głupota! Maria, rozum ci odebrało? Troje i do tego z jaką genetyką! Jak w ogóle wam je dali?!

Mamo, jestem prawnikiem…

No właśnie. Jeszcze cię wykształcili na swoją zgubę!

Maria w końcu podnosi głos na matkę pierwszy raz w życiu.

Dość! Teraz przyszła moja kolej na wybory!

A skąd tam! Już dawno mnie nie słuchasz… Cały ten Marek, teraz te dzieci…

Przy następnej rozmowie Maria odsuwa telefon i milknie. Może wreszcie dojrzała…

Rok, drugi, trzeci…

Dzieci rosną, ciesząc Marię swoimi sukcesami. Ona zwalnia tempo w pracy, skupia się na rodzinie.

O tym, że jest w ciąży, Maria dowiaduje się późno, winę zwala na zmęczenie. Marek, widząc ją kolejny poranek bladą w łazience, decyduje:

Jedziemy do lekarza! To nie jest normalne!

Teresa przerywa smażenie placków i klepie ją czule po policzku:

Jedź, dziecko! Ja i tak wiem, co jest. Ale lekarz niech potwierdzi!

Kiedy słyszy diagnozę, Maria nie wierzy:

Niemożliwe! Żartujecie! płacze, patrząc na ekran USG.

Może zawołać męża, by zobaczył?

Serafin rodzi się zimą. Radości i zamieszania tyle, że Maria nie wie czy się śmiać, czy płakać.

Sima i Lena przyjmują brata spokojnie. Alex protestuje, jest zazdrosny i marudzi. Maria długo tłumaczy mu, że nie przestała go kochać, choć jest jeszcze jedno dziecko.

Gdy Alex się uspokaja, pojawia się Sonia…

To właśnie Sonia, córka kuzynki Marii, staje się powodem pojednania z rodzicami. Jej mama zginęła w tragicznych okolicznościach, dziewczynka trafia do domu dziecka. Maria i Marek zabierają ją bez wahania.

Sonia długo nie może dojść do siebie. Maria, bez snu, po nocach siada przy niej i szepcze:

Jesteśmy z tobą, już bezpiecznie. Nikt cię tu nie skrzywdzi.

Ale Sonia boi się jej płacz, jej mamo, czy mama przyjdzie?, jest jak klątwa. Maria unika tematu, jak zaleca psycholog, ale w końcu Sonia sama pyta:

Nie przyjdzie już?

Maria w końcu przytula ją i mówi prawdę:

Tak, Soniu. Już nie.

Ku zdziwieniu Marii, Sonia przyjmuje to spokojnie. Płacze cicho, przytulona do jej dłoni, i po raz pierwszy nie odtrąca starszych dziewczynek, gdy ją przytulają.

Tydzień mija, Sonia wciąż płacze przez sen. Lena i Sima starają się, jak mogą, lecz przez długi czas nic nie pomaga. Pyta babci Teresy, czemu tak długo się boi.

Bo wy jesteście silne, nawet nie wiecie, jaka w was jest siła. Sonię życia nie nauczyło sobie radzić. Dajcie jej jeszcze więcej miłości wtedy lęk odejdzie.

Dziewczynki myślą, co zrobić, by pokazać Soni, że ją chcą, że jest u siebie. Prezenty nie pomagają, przytulenia też nie bardzo.

Pomaga Alex. Od babci Teresy dostaje książkę o Indianach i od razu przybiega do domu.

Patrzcie! To łapacz snów. Musimy zrobić taki dla Soni! Złe sny zostaną tutaj, w tej pajęczynce, a ona przestanie krzyczeć i płakać!

Sima klepie w dłonie:

Dawaj! Jak to się robi?

Maria kupuje nici i koraliki, poświęcony zostaje fragment kury na piórka, zaczyna się robota.

Sonia nic nie wie chłopcy i dziewczynki wybierają koraliki:

Niebieski twój ulubiony, czerwony to mój, żółty Simy, biały Leny…

Po północy Sonia znów płacze przez sen, a Maria przytula ją i słyszy:

Nie oddaj mnie…

Maria tuli ją mocno:

Nie, maleńka, nie oddam nikomu!

Nawet tacie?

Maria wtedy rozumie, że Sonia wie, co się stało. Tuli ją mocno, a dziewczynki pędzą po telefon i po lekarza.

Po nocy z bijącym sercem Maria już wie wrósł jej w serce piąty maluch.

Kiedy rano Sonia śpi spokojnie, nad jej łóżkiem wisi nowy łapacz snów.

Co to jest? szepcze Maria do Leny.

Łapacz snów, mamo. Zrobiliśmy z Simą. W książce Alexa przeczytaliśmy, że odpędza złe sny. Ale i tak, najważniejsze, że ty jesteś.

Dlaczego?

Bo wczoraj Sonia trzymała cię za rękę przez sen i już nie krzyczała. Ty odganiasz jej wszystkie złe sny.

Może, ale łapacz snów Sonia ma teraz nie jeden, a kilka. Zobacz: ty, Sima, Alex, tata, ja, babcia, dziadek… Każdy z nas pilnuje jej snów.

Po chwili rozlega się wołanie z kuchni Alex informuje, że obiad gotowy, babcia Teresa przywiozła kurczaka, wszyscy śmieją się i gwarzą. Dołącza babcia Hanna, nawet ona śmieje się teraz szczerze. Za oknem zatrąbi Marek.

Maria okrywa jeszcze śpiącą Sonię, tuli ją i delikatnie dmucha jej w czoło:

Przeminęło, złe poszło precz. Moja jesteś. Nasza…

Nawet jeśli w domu jeszcze kiedyś pojawi się ktoś nowy, to Maria wie jedno wszystko jest na swoim miejscu. Wszyscy są u siebie, wszyscy są swoim łapaczem snów.

Czas pokaże, co przyniesie los.

Oceń artykuł
TwojaCena
Łapacz snów