NA ŻYWO
W tej rodzinie każdy żył osobno, zamknięty w swoim świecie.
Ojciec, Wiktor, oprócz żony, miał ukochaną kobietę czasem tę samą, czasem inną. Matka, Lidia, domyślając się niewierności męża, również nie była wzorem cnoty. Lubiła spędzać czas poza domem z żonatym kolegą z pracy. Dwóch synów pozostawionych było samym sobie. Ich wychowywaniem nikt specjalnie się nie zajmował, najczęściej więc szwendali się bez celu po podwórku. Lidia powtarzała, że za dzieci odpowiada wyłącznie szkoła.
Rodzina zbierała się przy kuchennym stole jedynie w niedzielę, aby szybko i w milczeniu zjeść obiad i od razu rozejść się do swoich spraw. Tak mogliby żyć latami w swoim zepsutym, grzesznym, lecz słodkim mikrowiecie, gdyby pewnego dnia nie wydarzyło się coś nieodwracalnego.
Kiedy młodszy syn Kuba miał dwanaście lat, ojciec po raz pierwszy zabrał go ze sobą do garażu, by pomógł mu przy samochodzie. Wiktor zostawił Kubę na chwilę samego, bo poszedł porozmawiać z innymi miłośnikami motoryzacji w pobliskich garażach.
Nagle z garażu Wiktora buchnął gęsty, czarny dym, a zaraz potem pojawiły się jęzory ognia.
Nikt nie wiedział, co się dzieje. (Później okazało się, że Kuba przypadkowo strącił włączoną lampę lutowniczą na bańkę z benzyną). Ludzie zamarli zdezorientowani, przerażeni. Ogień szalał. Ktoś oblał Wiktora wiadrem wody, po czym z impetem wpadł do środka. Wszyscy zamarli. Po kilku sekundach Wiktor wyniósł z płonącego garażu nieprzytomnego syna. Kuba był cały poparzony tylko twarz pozostała nienaruszona, być może chłopiec zasłonił ją dłońmi. Całe ubranie Kuby spłonęło.
Już ktoś wezwał straż pożarną i pogotowie. Kubę zabrano do szpitala. Przeżył!
Od razu trafił na stół operacyjny. Po wielu godzinach pełnych strachu do rodziców wyszedł lekarz i oschle powiedział:
– Robimy wszystko co się da, a nawet więcej. Wasz syn właśnie zapadł w śpiączkę. Ma jeden promil szans na przeżycie. Medycyna oficjalnie jest tu zupełnie bezradna. Może jeśli Kuba wykaże się nadzwyczajną wolą życia, stanie się cud. Odwagi.
Wiktor i Lidia w jednej chwili rzucili się do najbliższego kościoła. Zerwała się straszliwa ulewa. Wchodzili do świątyni przemoknięci do suchej nitki, niewidzący świata poza swoim strachem musieli ratować syna!
Po raz pierwszy w życiu weszli do kościoła. Było cicho, prawie pusto. Widząc księdza, podeszli do niego nieśmiało.
– Księże, nasz syn umiera! Co mamy robić? szlochała Lidia.
– Dzieci moje, jestem ksiądz Stanisław, odparł duchowny poważnym tonem. Oj, jak trwoga, to do Boga Prawda? Bardzoście nagrzeszyli?
– Chyba nie Nikogo nie zabiliśmy odpowiedział Wiktor, spuszczając wzrok pod przenikliwym spojrzeniem księdza.
– Miłość swoją zabiliście leży martwa wam pod nogami. Między mężem a żoną nie powinna się przeciąć nawet nić, a między wami zmieści się wielki klocek z dębu i nikogo nie poruszy. Oj, ludzie
Módlcie się o zdrowie syna do świętego Mikołaja Cudotwórcy! Modlitwa szczera! Ale pamiętajcie, wszystko w rękach Boga. Nie miejcie do niego żalu! Czasem Pan Bóg tak daje do zrozumienia nierozumnym. Inaczej byście nie zrozumieli! Zatracicie duszę i nawet tego nie zauważycie. Poprawcie się! Miłość wszystko zbawia!
Wiktor i Lidia stali przemoczeni łzami i deszczem przed przenikliwym księdzem Stanisławem, jakby byli żałosnym obrazkiem. Boli było patrzeć.
Ksiądz wskazał im ikonę świętego Mikołaja.
Przed tą ikoną uklękli. Modlili się gorliwie, ze łzami w oczach obiecywali odciąć wszelkie zdrady i zapomnieć złe uczynki. Rozbierali swoje życie na części pierwsze
Rano zadzwonił lekarz: Kuba się przebudził.
Wiktor i Lidia już siedzieli przy jego łóżku.
Syn otworzył oczy i chciał się uśmiechnąć do rodziców, lecz wyszedł tylko grymas bólu.
– Mamo, tato proszę was, bądźcie razem wyszeptał.
– Synku, dlaczego tak myślisz? Przecież jesteśmy blisko odparła Lidia, chwytając gorącą, bezwładną dłoń. Kuba skrzywił się z bólu, Lidia szybko cofnęła rękę.
– Widziałem to, mama. A moje dzieci będą nosiły wasze imiona dodał.
Rodzice wymienili zaniepokojone spojrzenia; sądzili, że Kuba bredzi. Jak to dzieci? Przecież sam ledwo żyjesz! Ale najważniejsze, że odzyskujesz zdrowie.
Od tej pory Kuba zaczął dochodzić do siebie. Cała energia i wszystkie pieniądze poszły na jego leczenie. Wiktor i Lidia sprzedali działkę.
Szkoda tylko, że garaż i samochód spłonęły doszczętnie tamtego feralnego dnia. Można byłoby je spieniężyć i dołożyć do leczenia Kuby. Ale najważniejsze, że chłopiec żyje! Dziadkowie pomagali w miarę sił i możliwości.
Rodzina zjednoczyła się wobec nieszczęścia.
Nawet najdłuższy dzień kiedyś się kończy.
Minął rok.
Kuba przebywał w ośrodku rehabilitacyjnym.
Już potrafił chodzić i sam się obsługiwać.
W ośrodku zaprzyjaźnił się z dziewczynką Zuzią, rówieśniczką. Zuzia, podobnie jak Kuba, ucierpiała w pożarze ona miała poparzoną twarz.
Przeszła wiele operacji, wstydziła się siebie i blizn. Unikała luster bała się własnego odbicia.
Kuba poczuł do niej wielkie ciepło. Z tej dziewczynki emanowało światło, dojrzałość, której nie spotyka się u dzieci. Chciał ją chronić.
Wolne od zabiegów chwile spędzali razem rozumieli się bez słów. Łączył ich wspólny ból, rozpacz, gorzkie tabletki łykanie, nauka odwagi i pogodzenie się z codziennością szpitalnych igieł i fartuchów Rozmawiali o wszystkim bez przerwy.
Mijał czas
Kuba i Zuzia zorganizowali skromne wesele.
Urodziły im się piękne dzieci córka Aldonka, a po trzech latach syn Jacek.
Kiedy wydawało się, że już można odetchnąć spokojnie, Wiktor i Lidia podjęli decyzję o rozstaniu. Traumatyczne przejścia tak ich wyczerpały, że nie potrafili już być razem. Czuli się wypaleni. Oboje pragnęli tylko spokoju.
Lidia wyjechała do siostry na przedmieścia. Pożegnała się z domem, zahaczyła o kościół po błogosławieństwo księdza Stanisława. Przez ostatnie lata nieraz do niego zaglądała, dziękując za ocalenie syna. On powtarzał:
– Dziękuj Bogu, Lidio!
Ksiądz nie pochwalał jej wyjazdu.
– Czasem samotność oczyszcza, ale wracaj! Mąż i żona to jedno! upominał serdecznie.
Wiktor został w pustym mieszkaniu. Synowie z rodzinami mieszkali osobno.
Byli małżonkowie nawet wnuki odwiedzali na przemian, starając się nie spotykać.
Można powiedzieć, że wreszcie wszystkim było wygodnieKtóregoś zimowego popołudnia, gdy śnieg cicho padał za oknem, do drzwi Wiktora zadzwoniła mała Aldonka. Trzymała rękę w ręku swojego brata oboje nieśmiało spojrzeli na dziadka.
Dziadku, mama powiedziała, że możesz nas zaprowadzić do teatrzyku? zapytała cicho dziewczynka.
Wiktor uśmiechnął się lekko, pierwszy raz od dawna poczuł ciepło, które kiedyś gdzieś zgubił. Opatulił dzieci szalikiem, wziął je za ręce i razem ruszyli przez zasypane podwórze.
Po drodze zatrzymali się przed ruinami dawnego garażu z dawnej tragedii zostało jedynie zakopane pod śniegiem, wypalone żelastwo. Aldonka spojrzała pytająco, lecz dziadek nachylił się i szeptał:
Wiesz, tu wydarzył się cud. Takie cuda są po to, żeby ludzi nauczyć kochać siebie nawzajem i nie czekać do ostatniej chwili.
Dziewczynka zmarszczyła brwi dziecięca twarz pełna zadumy. Czy ty już kochasz, dziadku?
Wiktor spojrzał w rozgwieżdżone niebo, potem na wnuki. Przypomniały mu się modlitwy w tamtym kościele, łzy Lidii, pierwszy dotyk spopielonej dłoni syna, wreszcie radość z narodzin Aldonki i Jacka. Uśmiechnął się przez łzy:
Teraz już potrafię wyszeptał.
Wieczorem, kiedy odprowadził wnuki do domu, usiadł w pustym salonie. Długo patrzył na fotografie rodziny. Wyjął telefon i drżącymi palcami wybrał numer Lidii.
Po chwili odebrała.
Lidia Chciałem tylko powiedzieć dziękuję ci za wszystko. I ja wybaczam.
Po drugiej stronie długo milczała. W końcu, cicho, jakby z oddali, usłyszał:
Ja tobie też, Wiktorze.
Zimowe niebo rozświetliła gwiazda. W tym domu, pustym, ale już nie zimnym, pojawiła się na powrót delikatna nić coś, co kiedyś nazywało się miłością i bez czego żadne życie nigdy nie stanie się pełne.
A Aldonka i Jacek, już dawno śpiąc w swoim pokoju, przytuleni do siebie szeptali:
Widzisz, braciszku? Po burzy zawsze wychodzi słońce.
I tej nocy, jak nigdy dotąd, cała rodzina śniła o sobie nawzajem nieidealnie, lecz razem.




