Jeżyk
Znowu? Elżbieta przeczytała wiadomość na czacie grupy przedszkolnej i rzuciła telefon na kanapę obok siebie.
Co się stało, mamo? Ola oderwała się od zeszytu i spojrzała na matkę.
Konkurs znowu. Mam już tego dość. Po co to komu potrzebne, powiedz mi? I jeszcze oddać trzeba pojutrze, a ja jutro mam nocną zmianę. Kiedy się za to wziąć?
Chcesz, żebym to zrobiła? Ola odsunęła podręcznik od matematyki. Lekcje mam prawie zrobione, tylko matmę muszę dokończyć, ale od Mariki jutro spiszę. I tak nie rozumiem tej głupiej zadania; przynajmniej mi wytłumaczy.
Nie, córciu, ty się swego pilnuj. Innego by brakowało! Przecież koniec semestru się zbliża! I testy już za pasem.
A co z… Wojtusiem? Znowu się zmartwi. Pamiętasz, jak ostatnio płakał, kiedy innym przyznawali dyplomy, a jego pracy nawet nie obejrzeli? A przecież sam zrobił…
Dlatego właśnie nie obejrzeli! Elżbieta zmarszczyła się jeszcze bardziej. Wszystko u nas jakby same Beksińskie i Abakanowicz. A jak rysują, to jakby kto Chełmońskiego miał w domu. I przede wszystkim, nie dzieci, tylko rodzice te cuda robią. Dziecko mogłoby zrobić to, co pokazują na konkursie? Mnie to też najbardziej denerwuje.
A co takiego?
Że wychowawczynie na jednym głosie twierdzą, że prace są dziecięce. Lepiej byś to widziała! Nawet dorosły by się namęczył…
Mamo, czemu wszyscy milczą? Nikt się nie zbuntuje? Zawsze tylko robią i robią jak kazali. Pamiętasz, jak u mnie w pierwszej klasie było? A potem któraś z matek powiedziała „dość”, albo niech dzieci robią same.
To wtedy pani Irena powiedziała, że już nie współpracuje z wami?
Tak! Ola się roześmiała. Ale wtedy wszyscy się cieszyli! A pani Grażyna potem powiedziała, że odtąd sami robimy prace i tylko sami. I ochrzaniła Ninę, co przyszła z zabawką, którą mama jej zrobiła na drutach. Początkowo chwaliła, ale potem kazała wszystkim przynieść włóczkę i szydełko na zajęcia, pamiętasz?
No to dlatego wtedy po całej klatce w nocy musiałam szukać włóczki?! Pamiętam, jakżeby nie.
No widzisz! Posadziła Ninę, kazała zrobić kółeczko i… nie udało się. I była pała. Naprawdę nie pamiętasz?
Już zapomniałam Dawno to było.
Ja myślę, że to rodzice powinni dostawać nagrody, a nie dzieci. Żeby dzieci nie były smutne. Ola pochowała długopisy do piórnika i się podniosła. Mam ci zrobić herbatę? I Wojtkowi bajkę poczytać?
Chętnie! Elżbieta wstała i objęła córkę. Pocałowała ją w skroń. Ale wyrosłaś! Teraz już w czubek głowy nie pocałuję, jak za dawnych lat. Cała po ojcu…
Nie mów o nim, mamo. Ola lekko się odsunęła. Nie chcę go pamiętać.
I nie będziemy! Idź, zrób herbatę, a ja zadzwonię do kogo trzeba. Dałaś mi dobry pomysł.
Elżbieta jeszcze raz przytuliła córkę, po czym lekko ją popchnęła w stronę kuchni.
Idź już!
Patrząc na równy jak od ekierki kręgosłup córki, Elżbieta pomyślała, że geny to dziwna rzecz Sama była pulchną, krągłą blondynką, i syn, Wojtuś, też do niej podobny jasnowłosy i mocno zbudowany. A Ola przypominała porcelanową figurkę. Chudziutka, o ostrych rysach, cała ruch i energia. Idealna postawa, długa szyja i delikatne nadgarstki. Po ojcu i babci ze strony ojca. Teściowa Elżbiety była baletnicą. Nie primabaleriną, taki, jedenasty łabędź przy stawie. Ale nie można było jej odmówić tej niesamowitej sylwetki i pracy. Miała jednak ciężki charakter… Jedyną różnicą między Olą a babcią był charakter Ola była ciepła, promieniała życzliwością, której wszyscy doświadczali. I chociaż czasem przez to dostawała po głowie, Ola nie zamierzała się zmieniać. Zawsze pomagała, komu mogła.
W domu zawsze były jakieś chore zwierzęta, które córka przynosiła z dworu, leczyła, a potem oddawała dobrym ludziom.
Z wszystkich jej podopiecznych został z nimi tylko stary, wielki kot, którego Ola przygarnęła zeszłej zimy. Mróz był taki, że odwołano lekcje w szkołach. Ola siedziała w domu z chorym bratem, gdy po wysłaniu mamy na dyżur zabrała się za gotowanie obiadu i okazało się, że nawet cebuli nie ma w domu. Sklepik był w sąsiedniej kamienicy i Ola, ostrzegając Wojtka, by nie schodził z kanapy, pobiegła po cebulę. Wracając, tuż przy wejściu do klatki, poślizgnęła się i upadła boleśnie przy schodkach, patrząc wprost w żółte, miodowe kocie oczy. Kot siedział na górnym schodku i wyglądał, jakby kończył życie. Był ogromny, czarny, dawniej puszysty, teraz skołtuniony i miejscami łysy, oczy mu łzawiły. Twarz kota była tak obojętna, że Ola, nie zawahała się nawet, otarła łzy i spytała:
Zimno ci? Pójdziesz ze mną?
Kot nic nie odpowiedział. Po prostu przytulił łapy do siebie jeszcze mocniej.
Ola próbowała go podnieść, ale był za ciężki. Więc otworzyła drzwi klatki i zawołała:
No chodź. Jest zimno, a u nas jest mleko.
Kot spojrzał na nią zmęczony i bez nadziei. Komu ja jestem potrzebny? czytała w jego oczach. Ola zrobiło się go tak żal, że uklękła na śliskich, mokrych stopniach.
Nie bój się Chodź, proszę. Tu zamarzniesz, a mi jesteś potrzebny…
Kot długo patrzył, słuchał jej głosu, aż w końcu łbem dotknął jej dłoni i powoli wstał.
No i super! ucieszyła się Ola, podnosząc się. Bolały ją plecy, ale nie tak jak po upadku. Wojtka się nie bój. On głośny, ale dobry.
Elżbieta tylko pokręciła głową, widząc to kocie dziwadło nazajutrz.
Olu, on chyba długo nie pożyje
Mamo, ale przynajmniej w cieple, prawda?
Nie powiedziałam nic. Niech zostanie
Elżbieta nie miała sił protestować. W ogóle nie miała sił na nic. Automatycznie chodziła do pracy, coś robiła w domu, starała się zajmować dziećmi. Czuła, jakby żyła w akwarium wypełnionym galaretą wszystko było oblepiające, męczące i śliskie, niepotrzebne i puste. Wszystko poza Olą i Wojtkiem. To oni trzymali ją przy życiu.
Mąż nie odszedł od Elżbiety od razu. Ponad rok miał dwie rodziny, roztrząsając, gdzie mu lepiej. Elżbieta już nie cieszyła się, widząc go, ale on nie chciał odejść.
Nie palisz się, by mnie widzieć, to widzę. Ale dzieci mnie kochają.
Mieszkali osobno, bo mieszkanie na to pozwalało. Ola nie odezwała się słowem, gdy mama przeniosła się do niej i urządziła na wąskiej kanapie. Była jak na swój wiek wyjątkowo wyrozumiała.
Elżbieta wiedziała, że u męża rośnie drugi syn, niewiele młodszy od Wojtka. Kobietę, która ją zastąpiła, też już widziała. Porównywać się z nią nawet nie zamierzała. Wysoka blondynka o urodzie modelki paradowała z wypindrzonym, modnie ubranym chłopcem. Znowu blondynka Elżbieta z goryczą przyglądała się nowej żonie męża.
Pierwszy raz od miesięcy nie wróciła do domu autobusem, tylko poszła piechotą przez, kiedyś ulubiony, park. Jesień była ciepła, bezdeszczowa i Elżbieta zapragnęła odetchnąć świeżym powietrzem, pohasać po liściach i oderwać się od uporczywych myśli o przyszłości. Spokojny półgodzinny spacer uspokoił ją lepiej niż wszystkie tabletki, które ostatnio brała. Nawet parsknęła śmiechem, gdy rozbiegła wiewiórką narzucająca psem, którego prowadził wysoki siwowłosy pan. Wysoki… Tak przecież będzie wyglądał jej mąż na stare lata. Tak samo będzie zadbany, z tą wojskową postawą, a u boku będzie inna kobieta, nie ona, jak kiedyś myślała. Koniec spotkań z wnukami na działce, wyjazdów nad morze, w góry. Nic już nie będzie…
Gdy odwróciła wzrok, dostrzegła męża spacerującego po alei z nową rodziną.
Bywa, że jedno przypadkowe spotkanie zmienia wszystko. Elżbieta przez chwilę stała nieruchoma, patrząc jak jej już zupełnie obcy mąż bawi się z synkiem. Po cichu odwróciła się w stronę wyjścia z parku i po raz pierwszy od dawna podjęła decyzję, jak ułoży dalej życie.
Tamtego wieczoru spakowała rzeczy męża i bez słowa wyjaśnień tylko cicho powiedziała:
Odejdź.
Pewnie by jej nie posłuchał, lecz z pokoju wyszła Ola i powtórzyła tym samym szeptem:
Odejdź…
Gdy drzwi za nim się zamknęły, Elżbieta osunęła się w korytarzu na ścianie. Ola przestraszona zawołała, ale matka tylko zamknęła oczy, zebrała się w myślach i rzekła:
Nastaw herbatę, Olu. Chciałabym się napić…
Dzieci przyjęły odejście ojca różnie. Wojtuś był jeszcze mały i mama mu wystarczała. Tata rzadko zajmował się synem, bardziej własnymi sprawami. Dla Oli był to jednak ogromny stres. Milczała, nie chcąc martwić mamę, ale nocami leżała bezsennie, wpatrzona w sufit, szukając w czarnych cieniach gałęzi za oknem wymyślonych kształtów. Gdy się udawało coś zobaczyć zasypiała, odnawiając choć trochę sił.
Zmęczenie szybko się odezwało Ola zrobiła się nerwowa, drażliwa, płaczliwa bez powodu. Elżbieta zabrała ją do psychologa, ale to mało pomogło. Dopiero gdy w domu pojawił się Kuźma, sytuacja zaczęła się zmieniać.
Kuźma tak dzieci nazwały kota. Przypadł im do serca, choć Elżbietę czasem jeszcze przerażał, kiedy pojawiał się znienacka na kuchni albo korytarzu, gdy krążyła bezsennie po mieszkaniu.
Czemu nie śpisz? mruczała, patrząc, jak kot kładzie się obok.
Nie mruczał jak inne koty, nie prosił o głaskanie. Po prostu, milczał przy niej. A te wieczory z kotem stały się dla Elżbiety terapią. Kot słuchał jej szeptów, gdy zwierzała się z tego, co czuje, o swoich lękach i problemach, o tym, że wciąż nie umie wypuścić przeszłości, dla niej będącej definicją rodziny. Nigdy kot jej nie opuścił, siedział obok, przymrużał miodowe oczy, jakby wszystko rozumiał.
Zauważywszy, że córka też się uspokoiła, Elżbieta domyśliła się, że nie tylko ona jedna „gada” z kotem. I Ola się zdziwiła, gdy matka rzuciła znienacka:
Jeżeli zechcesz go kiedyś oddać, wiedz, że nie pozwolę. Zostaje u nas.
Rok później Kuźma nabrał masy, wypięknił, przypominał już nie zaniedbaną miotłę, lecz domowego kota. Gdy przyjaciółki pytały Elżbietę o życie uczuciowe, żartowała:
Najlepszego mężczyznę już mam. Słucha, co mówię, dzieci lubi, jeść prosi rzadko, a skarpetek nie rozrzuca. Czego chcieć więcej?
O związku z kimś innym po rozwodzie nawet nie chciała myśleć. Wydawało jej się, że jest jak zabawka o połamanych kończynach nic z nią się już nie da zrobić. Dzieci, tylko one nadawały jej życiu sens.
Z Olą nie musiała się już zmagać z konkursami i pracami plastycznymi. Okres przedszkolny córki wspominała jak pasmo świąt ledwo kupiła jedną sukienkę, już trzeba było następną. Butki, kokardki
Z Wojtkiem niestety już nie było tak łatwo. Wychowawczynie były inne, a komitet rodzicielski tak zaangażowany, że wszyscy zapracowani łapali się za głowę na myśl o kolejnych wymysłach.
Mąż po wyprowadzce zapowiedział, że alimenty będą tylko przez sąd i żadnej pomocy do czasu wyroku nie będzie. Doskonale wiedział, że pensja Elżbiety nie wystarczy na standard sprzed rozstania. Liczył, że przyjdzie do niego o wsparcie ale się przeliczył. Po dwóch miesiącach ostrej oszczędności Elżbieta znalazła sobie drugą pracę. Może i kosztowała ją mnóstwo sił i czasu, ale przynajmniej nie musiała prosić byłego męża o nic. Czasu na codzienne sprawy dzieci było jednak coraz mniej. Mimo starań, nie zawsze dawała radę być wszędzie.
Na początku nie sprawiało to problemu. Ile trzeba, by zrobić plastelinowego misia czy papierową rzeźbę? Ola też pomagała, a Wojtek uparcie chciał robić swoje prace sam. Jego prace jednak lądowały w najciemniejszych zakamarkach i nie były oceniane. Aż wezwano Elżbietę na zebranie, ostro upomniano na oczach wszystkich, aż zabrakło jej słów. Dopiero bunt innych rodziców przerwał tyradę wychowawczyni Elżbieta zasiadła na miejscu z gorącymi z wstydu policzkami i postanowieniem, że nie pojawi się więcej na zebraniu.
Cicho, cicho! pani Alina, wychowawczyni, próbowała uspokoić wzburzonych rodziców. Chciałam powiedzieć tylko, że dzieci to nasza przyszłość! Jeśli nie będziemy w nie inwestować czasu, miłości, uwagi, to kiedy? Jeśli nie ma pół godziny, by pomóc, to co to za rodzic? To świetna okazja, by być razem, pogłębić więź…
Dalej Elżbieta już nie słuchała. Przypomniał się jej Kuźma i ta myśl, że jej czas, czas relacji z dziećmi, jest ważniejszy niż każda praca rękodzielnicza.
Zebranie było tydzień temu, a dziś przyszła nowa wiadomość o konkursie. I tym razem Elżbieta się wściekła dosyć tego! Jeśli to konkurs dla dzieci, niech dzieci się bawią. A z rodzicami? Wystarczy! Kilku rozmów z mamami i jednym tatą z grupy Wojtka wystarczyło, by wszyscy zgłosili się do inicjatywy Elżbiety.
Tydzień później, w dzień uroczystości, Elżbieta szła do przedszkola w doskonałym nastroju. Jeśli nie wyjdzie trudno. Ale odtąd już nie pozwoli, by ją nazwano złą matką. I nikomu nie pozwoli poniżać siebie czy dzieci.
Praca Wojtka, jak zwykle, stała na ostatniej półce wystawy. Elżbieta przeszła do regału, odsunęła „arcydzieła” robione, jak sądziła, przez dorosłych i wyciągnęła jeżyka swojego syna.
Pani Elżbieto, po co pan to robi? pani Alina spojrzała zaskoczona. Zaraz będzie wystawa dla rodziców.
Właśnie chcę, by wszyscy zobaczyli pracę mojego syna, którą zrobił samodzielnie. Chciałam poprawić podpis. Przesunęła inne prace i ustawiła jeża Wojtka na honorowym miejscu.
Dobrze widziała, jak wychowawczyni się zaczerwieniła, ale przy Elżbiecie nie śmiała już schować pracy. Wojtuś rozdziawił z wrażenia buzię, widząc swojego jeżyka wyeksponowanego w centrum, a nie gdzieś w kącie. Nawet ktoś go pochwalił i duma go rozpierała.
Sala stopniowo zapełniała się rodzicami i dziećmi zamieszanie, przebieranki, fryzury. Wreszcie wszyscy przeszli do sali muzycznej na uroczysty występ.
Schodząc z grupy, Elżbieta mrugnęła do taty Basi i podążyła za synem. Co trzeba załatwić w grupie, ogarnie kto inny.
Koncert wypadł znakomicie. Wojtek wyrecytował wiersz, którego nauczyła go Ola, i pięknie zatańczył walca z Basią. Elżbieta zanotowała, że chłopak ma smykałkę do ruchu może i babcine geny się odezwały i warto rozważyć zajęcia taneczne. Nim się jeszcze zastanowiła, pani Alina ogłaszała wyniki konkursu. Dzieci wychodziły, odbierały dyplomy i czekoladki ufundowane przez komitet rodzicielski. Wojtka oczywiście wśród nich nie było, podobnie jak wielu innych, którzy prace wykonali sami.
A teraz pani Alina już kończyła, że zaraz skończone, gdy Elżbieta wstała i jej przerwała.
Teraz rodzice naszej grupy mają coś do przekazania, jeśli wolno.
Część rodziców już wiedziała, co się święci i uśmiechała, druga spoglądała z konsternacją. Elżbieta podeszła do sceny, odebrała stos dyplomów od mamy Szymona i zaprosiła mamę Lidzi z przygotowaną paczką.
Po pierwsze, chcemy bardzo podziękować paniom wychowawczyniom za ten piękny dzień. Za ich zaangażowanie i pracę na rzecz dzieci i rodziców! Za to, że zawsze mają nowe pomysły! Dziękujemy! Prosimy o brawa!
Sala najpierw chaotycznie, a potem coraz głośniej, zawtórowała i oczekiwała na dalszą część.
Teraz chcemy wyróżnić chłopców i dziewczynki, którzy brali udział w konkursie, ale nie zajęli miejsc. Oni też się starali, wszyscy są wspaniali i zasługują na nagrodę tak? Bijmy im brawo!
Podała dyplomy, dzieci rozchmurzyły się, odbierając dyplom i identyczną czekoladkę jak zwycięzcy konkursu, w sali wybuchła radość. Elżbieta kontynuowała:
Ale to nie wszyscy, którzy brali udział w konkursie! Teraz nagrody dla tych, którzy wykonali prace całkiem samodzielnie!
Podała list mamie Lidzi, wzięła przygotowaną puszkę z lizakami. Pierwszy wręczyła przewodniczącej komitetu rodzicielskiego, która była oszołomiona.
Elżbieta, co ty robisz?
Nie martw się! Nie tylko ty jesteś zwyciężczynią. Elżbieta porozumiewawczo mrugnęła i rozdawała dalej słodycze.
Każdy rodzic znany z złotych rączek wrócił do domu z dyplomem i lizakiem.
Elżbieta potem usłyszała, ile oburzenia wywołała poprawiona wystawa, która po uroczystości ukazała się rodzicom w grupie. Drugi regał, postawiony w czasie koncertu, zapełnił się dziecięcymi pracami z napisem na plakacie, który zrobiła Ola: „SAM!”
Póki co Elżbieta zabrała Wojtka, pomogła mu szybko się przebrać i pognała z nim do domu, gdzie Ola już czekała z nowinami.
Mamo?
Co, synku? Elżbieta spojrzała na szczęśliwego Wojtka, który trzymał dyplom.
Skoro dostałem dyplom, to moja praca była dobra?
Oczywiście! Słyszałeś przecież. Była najlepsza, bo zrobiłeś ją sam. Ola ci nawet nie pomogła!
Ale ten jeżyk trochę krzywy…
I dobrze, bo twój.
Wojtuś chwilę milczał, dostosowując kroku do energicznej mamy, znowu podniósł wzrok:
Mamo, a jesteś ze mnie dumna?
Elżbieta przystanęła, Wojtek ruszył jeszcze krok i musiała złapać go za rękę. Klęknęła przed nim, odwróciła jego buzię do siebie.
Jestem bardzo dumna! Dumna, że jesteś samodzielny, że nie marudziłeś bym ci zrobiła jeża za ciebie. Dumna, że rozumiesz, jak bywa mi ciężko z czasem i mi pomagasz. Wiem, że to ty wczoraj pozmywałeś, a nie Ola. Dziękuję ci za to! Dumna, że rośniesz na prawdziwego mężczyznę!
A kto to jest prawdziwy mężczyzna?
Elżbieta zamyśliła się.
Myślę, że to ktoś, kto sam rozwiązuje swoje problemy, ale zawsze dziękuje za pomoc. Kto nie dzieli rzeczy na damskie i męskie. Kto pomaga bliskim. Tak, jak ty wczoraj z myciem naczyń Ola mogła zrobić lekcje i napisać dzisiaj sprawdzian z chemii na szóstkę. Dałeś jej czas. A czas jest najważniejszy mieć go i dobrze go wykorzystać.
Jak?
O tym ci kiedyś opowiem. Wiesz co? Elżbieta wstała i ujęła go za rękę.
Co?
Myślę, że wszyscy zasłużyliśmy na małe święto.
Tak!
To, idziemy po ciasto?
Tak!
Siedząc w kuchni z kubkiem ulubionej herbaty z tymiankiem, Elżbieta patrzyła, jak dzieci gwarzą, jak w kącie mruży oczy Kuźma i myślała, jak łatwo uszczęśliwić tych małych ludzi wystarczy im powiedzieć, że są ważni i potrzebni.
Wyciszy dźwięki w telefonie i schowa głęboko w torebce. Rano skasuje czat przedszkolny, poprosi tylko mamę Lidzi, by dawała jej znać o sprawach w skrócie. Będą się jeszcze cicho śmiać, wspominając zdziwione miny rodziców przy wręczaniu nagród.
Za dwa lata Wojtek zostanie kadetem w korpusie, a krzywy jeżyk powita go, siedząc na półce kuchennej obok pięknego imbryka na herbatę, który Ola przywiezie Elżbiecie na urlopie z Warszawy, gdzie będzie studiować.
A Elżbieta, gdy zostanie tylko z Kuźmą, na początku się zagubi, ale czas przyniesie nowego wybranka Egona Aleksandrowicza, zupełnie niepodobnego do pierwszego męża. Niski, trochę zaokrąglony, jak i ona, Egon da jej to, o czym marzyła, wyobrażając sobie dorosłe życie bez małych dzieci. Będą dni spokojne, późna miłość, spotkania na działce z ukochanymi różami, wyjazdy, o których zawsze śnili Najważniejsze jednak, Egon polubi dzieci jak swoje. I to będzie dla Elżbiety objawieniem, bo długo wierzyła pierwszemu mężowi, że kochać cudzych nie można. Ola, przyjeżdżając na święta, będzie patrzyła z zachwytem, jak mama i Egon idą przez park, trzymając się rąk jak dzieci, i marzyć, by i jej życie ułożyło się właśnie tak by zawsze było z kim iść przez świat, kopać liście jesienią, karmić wiewiórki, wrócić do domu i popijać mocną herbatę z tymiankiem, siedząc razem w ciszy. Bo czasem nie trzeba rozmawiać wystarczy, że jest ktoś, kto słucha cię sercem.




