Idealna żona – spełnienie marzeń każdego Polaka

Basia, słyszysz mnie? głos Grzegorza był spokojny, rzeczowy, jakby mówił o czymś nieistotnym, na przykład że skończył się chleb.

Basia stała przy oknie i patrzyła na podwórko. Rosła tam stara jarzębina, którą posadziła dwadzieścia trzy lata temu, w roku przeprowadzki. Jarzębina była teraz rozłożysta, pewna siebie. Basia od razu pomyślała właśnie o niej.

Słyszę odpowiedziała.

Chcę, żebyś dobrze zrozumiała. To nie znaczy, że wszystko jest złe. Po prostu tak się stało.

Odwróciła się. Grzegorz siedział przy stole, dłonie miał splecione jak na negocjacjach. Miał sześćdziesiąt jeden lat. Postawny, zadbany, z tą pewnością siebie w plecach, która przychodzi, gdy pieniądze przestają być problemem. Znała tę twarz od dwudziestu sześciu lat. Znała to jego ściąganie brwi przed ważną rozmową, stukanie palcami w stół, gdy się denerwował. Teraz nie stukał. To było dziwne.

Po prostu tak się stało powtórzyła jego słowa. I to wszystko?

Basia, nie rób tego.

Czego?

Wstał i przeszedł się po kuchni. Kuchnia była duża, jasna, z włoskimi meblami, które kupowali razem osiem lat temu. Basia długo wtedy walczyła o kolor chciała kremowy. Grzegorz uparł się przy białym. Uległa. Często ulegała.

Nie mam obowiązku się tłumaczyć powiedział. Ale to robię. Bo cię szanuję.

Szanujesz.

Tak. Przeżyliśmy dobre życie. Mamy wszystko. Dzieci dorosły. Nie chcę awantur.

Wiedziała, że czuje w środku coś ciężkiego, tępego. Nie ból. Coś jak otępienie, kiedy nagle ogarniasz coś wielkiego, ale jeszcze nie umiesz tego przetrawić.

Odchodzisz powiedziała. Nie zapytała. Po prostu wypowiedziała to na głos.

Odchodzę potwierdził. Na krótko. Potrzebuję trochę czasu.

Czasu powtórzyła. Już trzeci raz powielała jego słowa. Jakby próbowała przesunąć je do innej szufladki, żeby nabrały sensu.

Grzegorz podszedł bliżej, chciał złapać ją za rękę. Odsunęła się lekko. Prawie niezauważalnie, ale on to dostrzegł.

Nie złość się powiedział.

Nie jestem zła.

Basia…

Nie jestem zła, Grzesiek. Po prostu myślę.

Postał obok, pokiwał głową i wyszedł z kuchni. Słyszała, jak chodzi po sypialni, jak trzaska drzwiami od szafy. Pakował coś. Nie wszystko, tylko trochę. „Na krótko”, powiedział. Basia patrzyła na jarzębinę, myślała, że ptaki już zaczęły skubać jej owoce. Będzie wczesna zima, mówiła jej mama. Mama nie żyła siedem lat, a Basia dalej, czasem odruchowo, łapała się na myśli, żeby do niej zadzwonić. Potem sobie przypominała.

Miała pięćdziesiąt osiem lat.

***

Następnego dnia Magda przyjechała bez zapowiedzi. Zadzwoniła tylko, stojąc pod klatką.

Otwieraj, jestem na dole.

Madzia, ja jestem nieubrana.

To się ubierz. Poczekam.

Magdę Rogowską znała od studiów. Trzydzieści siedem lat przyjaźni, licząc dokładnie. Magda była głośna, bezpośrednia, czasem zbyt szorstka. Trzy lata temu sama rozwiodła się z Jarkiem, długo płakała, potem nagle przestała i otworzyła mały sklep pasmanteryjny. Dawał niewielki, ale stały dochód; mówiła, że czuje się lepiej niż od dziesięciu lat.

Siedziały w kuchni. Magda objęła Basię już w przedpokoju, mocno, szczerze aż Basia poczuła szczypanie w oczach. Ale nie popłakała się.

Opowiadaj powiedziała Magda, już nalewając herbatę.

Wiesz już przecież.

Chcę usłyszeć od ciebie.

Basia powiedziała krótko, bez wdawania się w szczegóły. Grzegorz oznajmił, że odchodzi. Na krótko. Potrzebuje czasu. Nie pytała, do kogo. Wiedziała, dlaczego. Bo jakby spytała, to już stałoby się prawdziwe. A tak, miała tą wątłą nieoznaczoność.

I nie zapytałaś, do kogo? Magda patrzyła jej uważnie w oczy.

Nie.

Basia…

No co?

Wiesz, do kogo?

Przez chwilę było cicho. Za oknem ktoś w ogródku rozmawiał, śmiał się. Życie toczyło się, zupełnie poza nimi.

Domyślam się powiedziała cicho. Jego asystentka. Kasia. Ma trzydzieści dwa lata.

Magda milczała. W końcu powiedziała ostrożnie:

Od dawna?

Nie wiem. Rok? Może dłużej. Zauważałam coś, ale… nie chciałam o tym myśleć.

Dlaczego?

Basia spojrzała na filiżankę. Były z ładnej porcelany, z kompletu przywiezionego z Pragi dziesięć lat temu. Dobrze im się wtedy wyjeżdżało. Grzegorz żartował, śmiał się, trzymał ją za rękę na moście Karola.

Bo jeśli o tym myśleć, to trzeba coś zrobić powiedziała. A ja nie wiedziałam, co. Dwadzieścia sześć lat nie pracowałam, Magda. Najpierw dzieci, potem dom, potem… tak jakoś wyszło.

On cię utrzymywał.

Tak, to prawda. Ja ogarniałam dom, dzieci, jego rodziców jak byli chorzy. Byłam… zamilkła, szukając słowa, byłam częścią jego życia. Ważną. Tak mi się wydawało.

A teraz?

A teraz myślę, że byłam wygodną częścią. Powiedziała to spokojnie, bez żalu. Byłam wygodną żoną. Nie buntowałam się. Wszystko przyjmowałam. Kremowa kuchnia? Nie, biała. Wakacje w górach, nie nad morzem. Kolacja o ósmej, nie o siódmej. Wciąż po jego myśli.

Magda patrzyła i milczała. Nietypowe dla niej.

Złościsz się? zapytała w końcu.

Nie. Jeszcze nie. Może później.

A teraz?

Basia pomyślała. Głosy za oknem ucichły. Jarzębina stała nieruchomo.

Teraz próbuję sobie przypomnieć, co lubię szepnęła. Poza tym domem. Poza jego życiem. Co ja sama lubię? I nie potrafię od razu sobie odpowiedzieć. To… dziwne.

Magda położyła dłoń na jej ręce. Nawet nic nie powiedziała. Czasem to najważniejsze.

***

Córka zadzwoniła trzy dni później. Ola mieszkała w Gdańsku z mężem i dziećmi. Miała trzydzieści cztery lata. Zawsze była bardziej po stronie ojca konkretna, szybka w sądach.

Mamo, tata mi powiedział. Jak się trzymasz?

Dobrze.

Mamo, dobrze to żaden odp.

Olu, naprawdę dobrze. Myślę.

O czym myślisz? w głosie córki była ta specyficzna nutka, że już wybrała stronę, tylko jeszcze tego nie mówi.

O różnych rzeczach.

Mamo, tata mówi, że to chwilowe. Że po prostu…

Ola weszła jej spokojnie w słowo Basia. Nie chcę tego przerabiać przez ciebie. Ani przez Michała. To między mną a tatą. Dobrze?

Pauza.

Dobrze i już łagodniej: Jesteś tam sama?

Tak. Nie jest mi źle.

Chcesz, żebym przyjechała?

Nie trzeba. Gdybym chciała, powiem.

Odłożyła słuchawkę i przez dłuższą chwilę po prostu siedziała w fotelu. Michał, syn, mieszkał w Warszawie. Na razie nie dzwonił. Typowe dla niego. Zawsze unikał trudnych rozmów, chował się za zajętością, powtarzał: Mamo, wiesz, mam teraz projekt.

Rozumiała to.

Przeszła się po mieszkaniu. Cztery pokoje, szeroki korytarz, dwie łazienki. Wszędzie porządek, wszystko na miejscu. O rośliny na parapetach dbała sama, żadnych plastikowych. Zasłony zmieniane na pory roku. W kuchni pachniało czymś ciepłym sama robiła woreczki z lawendą i rozkładała.

Ładny dom. Ale obcy.

Nie, nie obcy. Taki… jak muzeum. Dobrze urządzony, każda rzecz na swoim miejscu, tylko całość nie miała nic wspólnego z tym, kim ona jest.

Stanęła przy regale. Na środkowej półce jej książki mało ich. W zasadzie te, które dostawała w prezencie. Kilka kulinarnych, parę powieści, zniszczony tomik Szymborskiej z czasów studenckich. Wzięła go, otworzyła losowo. Przeczytała kilka wersów. Coś się ruszyło w niej, ledwo wyczuwalnie.

Nie czytała poezji od dwudziestu lat. Nigdy nie było czasu.

***

Grzegorz zadzwonił tydzień później. Brzmiał trochę winny, ale ten ton miał w sobie coś z pewności decyzja dawno zapadła, teraz tylko formalności.

Basia, musimy porozmawiać.

To mów.

Lepiej się spotkać.

Dobrze. Kiedy ci pasuje?

Cisza. Pewnie spodziewał się czegoś innego. Wyrzutów. Płaczu. Pytania. Nie dostał tego.

Jutro o drugiej? Przyjdę do domu.

Dobrze.

Przyszedł równo o drugiej. To do niego pasowało. Grzegorz był zawsze punktualny to była jego duma. Wstawiła czajnik, nie ze względu na atmosferę, raczej, żeby czymś zająć ręce.

Dobrze wyglądasz rzucił, siadając.

Dzięki.

Basia, nie chcę, żebyś…

Grzesiek przerwała mu. Bez wstępu, proszę. Mów, o co chodzi.

Spojrzał na nią. Coś w jej tonie go powstrzymało.

Chcę rozwodu wyrzucił. Oficjalnie. Jesteśmy dorośli, nie ma co przeciągać.

Dobrze.

Tylko tyle?

Tak. Nie będę przeszkadzać.

Basia… patrzył na nią tym wzrokiem, który kiedyś uznawała za opiekuńczy, a teraz widziała w nim coś innego. Zabezpieczę cię. Zostawię mieszkanie. Będę płacił alimenty. Nie będziesz niczego potrzebować.

Będziesz płacił powtórzyła. Znowu to powielanie. Może to jej nowa cecha ostatnich dni.

No tak. Przecież nie pracowałaś. Na czymś musisz żyć.

Czajnik zasyczał. Wlała wrzątek do czajniczka. Spokojnie, bez pośpiechu.

Grzegorz stawiając filiżanki, odezwała się cicho pamiętasz, jak twoja mama chorowała? Przez trzy lata? Jeździłam do niej co tydzień. Robiłam zastrzyki, kupowałam leki, rozmawiałam z lekarzami. Ty byłeś zajęty.

No pamiętam.

A gdy Ola rodziła drugie dziecko i miała ciężką ciążę? Mieszkałam u nich miesiąc. Gotowałam, sprzątałam, nocami wstawałam do starszego.

Basia, do czego zmierzasz?

Do tego, że powiedziałeś będę płacił. Jakbyś robił mi łaskę. Jakbym przez te lata nic nie robiła, tylko była na twoim garnuszku.

On zamilkł.

Nie o to mi chodziło.

Wiem, co miałeś na myśli. Chciałeś powiedzieć, że jesteś litościwy. Że myślisz o mnie. Usiadła naprzeciw. Nie gniewam się, Grzegorz. Naprawdę. Ale nie będę udawać, że robisz mi przysługę. Oboje wiemy, że nie.

Patrzył długo, w końcu coś w nim jakby spokorniało.

Zmieniłaś się powiedział.

W tydzień?

Tak, w tydzień.

Wzięła filiżankę. Piła herbatę małymi łykami. Za oknem ktoś karmił gołębie. Starsza pani w niebieskim płaszczu. Basia widywała ją codziennie, ale nie znała imienia.

Co do pieniędzy odezwała się. Nie rezygnuję z tego, co mi się należy. Ale nie chcę, żebyś mi dawał. To upokarzające.

Basia…

Nie przerywaj. Odłożyła filiżankę. Dwadzieścia sześć lat opiekowałam się domem. Nie marudziłam, nie robiłam scen, nie wymagałam uwagi ponad twoje siły. Hodowałam dzieci, gościłam twoich kolegów z pracy, śmiałam się z tych samych żartów sto razy. Zrezygnowałam z własnej kariery, bo powiedziałeś: Basia, po co ci ten teatr, ja ci zapewnię byt. Zgodziłam się. I nie żałuję. Ale nazwijmy rzeczy po imieniu. To była praca. Poważna praca. I dobrze ją wykonałam.

W kuchni zapanowała cisza. Grzegorz patrzył w blat.

Nie twierdziłem, że źle coś robiłaś mruknął.

Powiedziałeś, że się mną zaopiekujesz. Jak dzieckiem. Nie jestem dzieckiem, Grzegorz. Mam pięćdziesiąt osiem lat.

Wstał, podszedł do okna, postał. Jarzębina była czerwona i spokojna.

Masz rację powiedział cicho. Masz rację, Basiu.

Nie spodziewała się tego. Na chwilę zgubiła wątek.

Porozmawiajmy z prawnikami dodał. Bez kłótni.

Zgadzam się.

Sięgnął po płaszcz. Już przy drzwiach się odwrócił.

Basia… Ja…

Nie musisz nic mówić. Idź już.

Wyszedł. Długo siedziała przy stole. Potem napisała SMS do Magdy: Pogadałam. Rozwodzimy się. Dam radę.

Magda odpisała natychmiast: Jesteś super. Przyjdź jutro do sklepu. Mam nowe muliny, pamiętasz jak lubiłaś haftować?

Basia się uśmiechnęła. Faktycznie kiedyś to lubiła. Dawno, trzydzieści lat temu.

***

Następne dwa tygodnie były dla niej dziwne. Ani dobre, ani złe. Tak jakby ją wyjąć z ramki i położyć na stół. Ramki brak, a gdzie dalej iść nie wiadomo.

Poszła do Magdy do sklepu Igła za nitką na parterze bloku. Pachniało tam materiałem i drewnem. Na półkach motki wełny, kanwy, tamborki, rozmaite nici. Basia chodziła między regałami i dotykała wszystko. Moher. Bawełna. Jedwabne muliny. Coś się w niej rozpuszczało.

Spójrz Magda podała jej tamborek z naciągniętą tkaniną. Na początek. Chyba że chcesz trudniejsze.

Przecież umiem.

Umiałaś. Trzydzieści lat temu.

Tego się nie zapomina.

Zobaczymy Magda uśmiechnęła się przebiegle.

Basia kupiła kanwę, nici i igły. Usiadła w domu przy oknie. Długo wpatrywała się w wzór. W końcu zaczęła. Pierwsze ściegi były krzywe. Spruła. Zaczęła od nowa, wolniej, dokładniej. Palce powoli sobie przypominały.

Haftowała trzy godziny, nawet nie zauważyła jak czas minął.

Dziwne uczucie, dobre. Proste, nieoczekiwane.

***

Michał zadzwonił pod koniec października, półtora miesiąca po tamtej rozmowie z ojcem.

Mamo, jak się czujesz?

Dobrze. A ty?

W porządku. Mamo… rozmawiałem z tatą.

Michał…

Czekaj. Nie wybieram niczyjej strony. Ale powiedział, że odrzuciłaś jego wsparcie. To prawda?

Nie do końca. Nie odrzuciłam, co mi się należy. Tylko nie chcę, żeby dawał mi pieniądze jak jałmużnę.

Ale to praktyczne, mamo. Nie pracujesz, trzeba mieć środki.

Mam pięćdziesiąt osiem lat, nie osiemdziesiąt. Dam sobie radę.

Co będziesz robić?

Dobre pytanie. Myślała o tym. Studia teatralne rzuciła na trzecim roku, dla ślubu. Do tamtej drogi nie wróci. Ale zawsze lubiła języki. Za młodu dobrze znała francuski. Ostatnimi laty czasem oglądała francuskie filmy. Rozumiała fragmenty.

Jeszcze nie wiem przyznała. Coś wymyślę.

Daj znać, jak będziesz potrzebować pomocy.

Dam. dodała łagodnie: Michał. Jesteś dobrym synem. Tylko nie próbuj mnie ratować. Nie tonę.

Cisza.

Dobrze, mamo. Zadzwoń.

Po tej rozmowie wygrzebała ze schowka starą zeszyt z francuskiego. Za swetrami leżała sfatygowana, studencka. Pismo równe, szybkie, pewne siebie. Jakby pisała inna dziewczyna.

Może tak właśnie było.

***

Prawnik okazał się spokojnym starszym panem pan Stanisław. Wysłuchał Basi uważnie, zadał parę pytań, pokiwał głową.

Ma pani dobrze zabezpieczone prawa majątkowe. Wspólny dorobek. Mieszkanie, działka, konta. Jak dzielić?

Chcę mieszkania powiedziała. Przyzwyczaiłam się. On sam to zaproponował.

Więc on dostaje rekompensatę w gotówce.

Albo działkę.

Jest taka możliwość. Dogadaliście się?

Bez awantur.

Spojrzał na nią zza okularów.

Rzadkość.

Wiem.

Dobrze. Przygotujemy papiery. Miesiąc.

Wyszła na ulicę. Był cichy listopad, jeszcze bez śniegu, z tym szarym światłem, gdy niebo jest niskie, a powietrze ciężkie. Stała przez chwilę i poszła przed siebie. Daleko od domu, po prostu szła i patrzyła na miasto.

Miasto zwyczajne, prowincjonalne. Mieszkała w Toruniu. Tu Basia się urodziła, tu poznała Grzegorza, tu przeżyła całe życie. Znała to miasto na wylot. Wiedziała, gdzie najlepszy chleb. W którym podwórku dzikie jabłonie. Gdzie zimą gromadzą się gile.

To było jej. Małe, ale prawdziwe.

Weszła do małej kawiarni cicho, drewniane stoliki. Zamówiła kawę i szarlotkę. Siedziała przy oknie, patrzyła na ulicę. Nie myślała o niczym konkretnym. Po prostu była. Piła kawę. Patrzyła.

I nagle zrozumiała, że dawno tego nie robiła. Po prostu siedzieć. Po prostu być. Bez listy zadań. Bez cudzego planu.

Przy sąsiednim stoliku dwie kobiety w jej wieku rozmawiały, śmiały się. Jedna miała kolorowy szal, druga ciekawe okulary. Basia patrzyła, myślała: właśnie tak wygląda ktoś, kto po prostu żyje. Śmieje się. Nosi wzorzyste szale.

Dopiła kawę, zostawiła napiwek i wyszła.

***

W grudniu zadzwoniła Ola, już innym tonem.

Mamo, przyjadę na święta. Sama. Bez Jarka i dzieci. Mogę?

Pewnie, że możesz. A oni?

Do jego rodziców. A ja chcę do ciebie. Chwila ciszy. Wiesz, miałam wtedy nie rację. Na początku. Od razu chciałam, żebyście się pogodzili. Że da się to naprawić. Ale zrozumiałam, że to nie moja sprawa.

Olu…

Nie, daj mi dokończyć. Bałam się, że się nie odnajdziesz. Że nie dasz rady sama. Przywykłyśmy, że to tata wszystko ustala. Że ty taka jakby… zawahała się.

W cieniu? podsunęła Basia.

No właśnie. Ale się nie pogubiłaś. I to mnie… nie wiem, zmieniło coś we mnie.

Co?

Zaczęłam myśleć o sobie. O tym, co ja chcę. Nie Jarek, nie dzieci, ja sama. To chyba brzmi egoistycznie.

Nie brzmi.

Naprawdę?

Naprawdę, Olu. To nie egoizm. To poznawanie siebie.

Jeszcze przez godzinę rozmawiały. O dzieciach, o pracy Oli. O tym, że chciałaby nauczyć się malować, od zawsze, ale nigdy nie miała czasu. Basia słuchała i czuła coś ciepłego. Nie dumę. Coś innego. Może rozpoznanie zobaczyć w kimś trochę siebie. Nie tego, kim była, tylko tego, kim chciałaby być.

***

Ola przyjechała dwudziestego dziewiątego grudnia. Przywiozła wino, ser, śmieszne kapcie na prezent. Ubierały choinkę przy starych piosenkach, które Basia odnalazła w internecie. Ola się śmiała z jej przygód z aplikacją do muzyki, Basia śmiała się z nią.

Było dobrze. Naprawdę dobrze.

Na Nowy Rok wpadła Magda. Przyniosła swoje paszteciki i wielki słoik własnych ogórków. Siedziały w trójkę, piły wino, gadały. Nie o Grzegorzu, tylko o tym, dokąd chciałyby pojechać. Magda od lat marzyła o Mazurach. Ola o ciepłych krajach. Basia powiedziała, że chciałaby pojechać do Paryża.

Do Paryża? Magda spojrzała z ciekawością.

Uczyłam się francuskiego za młodu. Chciałabym sprawdzić, co pamiętam.

Sama?

Pewnie sama. Albo z kimś. Zobaczymy.

Ola patrzyła długo na mamę. Potem uśmiechnęła się.

Zmieniłaś się, mamo.

Jesteś drugą osobą, która mi to mówi.

Pierwszy był tata?

Tak.

I jak to zabrzmiało?

Basia pomyślała.

Jak wyrzut. Jakbym zepsuła zasady gry.

A teraz?

Teraz brzmi jak komplement.

Magda uniosła kieliszek.

Za kobiety, które psują zasady gry powiedziała.

Stuknęły się. Za oknem pierwsze fajerwerki. Nowy Rok przyszedł głośno, z błyskiem i zapachem dymu. Basia patrzyła przez okno i pierwszy raz od lat miała poczucie, że to jej własny początek. Nie czyjś. Jej.

***

W styczniu zapisała się na francuski. Mała szkoła, pięć minut od domu. Grupa różnorodna: dwóch studentów, czterdziestolatka szykująca się do wyjazdu i starszy pan, pan Leszek, który zawsze marzył o czytaniu Camusa w oryginale.

Chwalebne powiedział młody prowadzący, Antek, wyraźnie zaskoczony składem grupy.

Wszystko, co człowiek robi dla siebie, jest chwalebne odparł pan Leszek poważnie.

Basia się z nim zgadzała. Po cichu.

Francuski nie szedł łatwo. Pamiętała więcej niż myślała, ale składnia uciekała, myliły się rodzajniki. Robiła błędy. To było dziwne. Dawno już nie robiła niczego po raz pierwszy, gdzie można się mylić i zaczynać od nowa.

Po trzecim spotkaniu Antek zatrzymał ją w drzwiach.

Ma pani dobre wymówienie. Skąd?

Uczyłam się w młodości.

Proszę kontynuować. To ważniejsze, niż się wydaje.

Szła do domu i myślała o tym. Dobre wymówienie. Zawsze w niej było. Tylko nikt go nie potrzebował.

***

Dokumenty rozwodowe podpisała w lutym. Bez słów, w kancelarii prawniczej. Grzegorz wyglądał na zmęczonego. Ona sądząc po jego minie inaczej, niż się spodziewał.

Jak się trzymasz? spytał w korytarzu.

Dobrze.

Naprawdę?

Tak.

Popatrzył na nią. W jego oczach była nie tyle wina, nie tyle żal. Raczej zamieszanie jakby spodziewał się jednego, a dostał coś zupełnie innego.

Zapisałaś się gdzieś? Magda mówiła…

Francuski. I jeszcze akwarela.

Akwarela? Nigdy nie malowałaś.

Nie malowałam. A teraz zacznę.

Kiwnął głową. Zakładając płaszcz, zatrzymał się przy drzwiach.

Basia… Ja…

Grzegorz, jesteś dobrym człowiekiem. Po prostu nie pasowaliśmy. Albo pasowaliśmy ale inaczej. Żyj dobrze.

Patrzył długo. Wyszedł.

Ona postała w korytarzu. Po drugiej stronie drzwi śnieg, ludzie w pośpiechu, luty. Zakończyła małżeństwo po dwudziestu sześciu latach. Duża rzecz. Powinno być głośniej. A było cicho.

Wyszła. Pachniało śniegiem i czymś zupełnie nowym. Podniosła twarz do nieba. Śnieg opadał lekko, topniał na skórze.

Szła do domu powoli. Przez park, przez długą drogę.

***

Akwarela była trudniejsza niż francuski. Kolory rozlewały się gdzie popadnie, wszystko wychodziło krzywo. Prowadząca, pani Wanda, kobieta po pięćdziesiątce z wiecznie umazanymi palcami, patrzyła na poczynania Basi z pełną akceptacją.

Nie kontroluj, mówiła. Próbujesz wszystkiego pilnować. Farba tego nie lubi.

A co lubi?

Zaufania. Daj wodę, daj kolor. Odpuść.

Basia próbowała. Nie wychodziło. Potem lepiej. Potem jeszcze ciut lepiej. Prace zbierała do jednej teczki. Krzywe, niedoskonałe, często brzydkie. Ale jej. Jej błękity. Jej krzywe drzewa.

Raz pani Wanda przystanęła przy niej i dłużej oglądała pracę. Była tam jarzębina za oknem czerwone kiście, ciemne gałęzie, szare niebo.

To jest autentyczne powiedziała cicho.

Krzywe…

Krzywe nie wyklucza autentyczności.

Basia patrzyła na jarzębinę. Na papierze była inna niż w rzeczywistości, ale jej. Tak ją widziała. Nie jakie powinna być. Jak ją czuła.

To robiło różnicę.

***

Wiosną Ola przyjechała z dziećmi i Jarkiem. Mieszkali tydzień. Wieczorami Basia i Ola przesiadywały w kuchni, podczas gdy Jarek oglądał telewizję, dzieci spały.

Jesteś szczęśliwa? zapytała Ola któregoś wieczoru.

To trudne pytanie.

Czemu?

Bo kiedyś myślałam, że wiem, co to szczęście: dobry dom, rodzina, porządek. A teraz… nie wiem. Jest mi dobrze. To coś innego.

Co to jest?

Basia się zamyśliła.

Budzę się i dzień należy do mnie. Nie do czyjegoś kalendarza. Nie dla cudzych planów. Do mnie. Dziwnie to brzmi?

Nie szepnęła Ola. Nie jest dziwnie.

Myślisz o sobie?

Tak. Więcej niż kiedykolwiek. Zapisałam się na malowanie. Jak ty.

Naprawdę?

Naprawdę. Akwarela. W niedziele. Jarek był zły, ale się przyzwyczaił.

Basia patrzyła na córkę. Trzydzieści cztery lata. Mądra, trochę zamknięta. Wiecznie w cieniu praktycznego męża. Tak jak ona kiedyś była w cieniu swojego.

Olu powiedziała. Nie musisz powtarzać mojej historii.

Nie powtarzam. Uczę się od ciebie.

Ode mnie? zdumiała się Basia.

Ty zrobiłaś coś niemożliwego. Nie załamałaś się. Nie zgorzkniałaś. Nie zamieszkałaś z nami żebyśmy się tobą opiekowali. Zaczęłaś żyć. Na nowo. W wieku pięćdziesięciu ośmiu lat.

Basia długo milczała.

Nie wiedziałam, że to tak wygląda z boku.

Właśnie tak.

A w środku, wiesz jak? Przerażająco. Bo nagle odkrywasz, że połowy siebie nie znasz. Przez trzydzieści lat nie umiesz nawet wskazać ulubionego koloru bez wahania.

A teraz?

Teraz wiem. Niebieski. Ten z akwareli.

Uśmiechnęły się do siebie. Chwilkę pogadały w ciszy. Potem Ola przytuliła mamę, mocno, jak Magda tamtego dnia.

Mamo, jesteś niesamowita.

Ty też.

***

Latem Magda zaproponowała wspólny wyjazd na Mazury. Dziesięć dni, mała grupa, trochę organizacji, bez spania pod namiotem.

Nigdy nie wyjeżdżałam bez Grzegorza przyznała Basia.

Wiem. Dlatego chcę, żebyś pojechała.

Nie jestem typem na plecaki…

Tam są domki, z prysznicem. Jedziesz?

Myślała trzy dni. Potem powiedziała, że tak.

Mazury były innym światem. Jeziora, w których odbijało się niebo. Proste, wysokie sosny, milcząca cisza przeplatana ptakami, wodą, wiatrem.

Basia wzięła akwarele.

Malowała każdego ranka. Siedziała przy wodzie, patrzyła, malowała. Jej prace były dalekie od doskonałości. Ale prawdziwe. Czuła to nie głową, sercem.

Czwartego dnia, przy jeziorze, uświadomiła sobie coś ważnego.

Nie myślała już o Grzegorzu. Zupełnie. Nie dlatego, że się zmuszała. Po prostu nie było potrzeby. Historia się skończyła. Nie gniewem czy przebaczeniem, po prostu się skończyła. Jak książka.

To było nowe. To było dobre.

Magda podeszła od tyłu.

Ładnie rzuciła.

Na pewno?

Powiesiłabym coś takiego.

Basia spojrzała na swój arkusz. Jezioro, sosny, mgła. Trochę krzywe, trochę rozmyte. Żywe.

Może i powieszę…

***

We wrześniu kończyła pięćdziesiąt dziewięć lat. Zaprosiła kilku gości. Magda, sąsiadka Irena zaprzyjaźniły się na początku roku, i dwie z grupy artystycznej. Ola dzwoniła na wideoczacie w trakcie kolacji, dzieci machały własnoręcznymi laurkami, wrzeszczały Sto lat, babciu!

Basia patrzyła na rozbawione wnuki, uśmiechniętą Olę i myślała: tak, tak to powinno wyglądać. Nie wystudiowanie. Nie według grafiku. Głośno, trochę chaotycznie, ale żywo.

Michał przelał pieniądze i przysłał SMS: Mamo, wszystkiego! Niedługo wpadnę. Uśmiechnęła się. Michał to Michał.

Magda wzniosła toast.

Za Basię. Za kobietę, która w rok stała się sobą.

Ja zawsze byłam sobą zaprotestowała Basia.

Nie, Magda pokręciła głową. Teraz dopiero tak.

Basia nie dyskutowała. Może Magda miała rację.

***

W październiku na ścianie zawisła jej mazurska akwarela, w ramce, nad kanapą w salonie.

Wcześniej wisiała tam duża reprodukcja wybrana przez Grzegorza. Coś neutralnego, bez osobowości. Basia zdjęła ją ostrożnie i odstawiła do schowka. Potem powiesiła swoją pracę.

Patrząc, myślała: nie jest idealnie. Ale to moje. Ja to namalowałam. Ja to widziałam. Ja czułam.

I chyba o to właśnie chodzi: nie o to, że ładne tylko że własne.

Stała tam długo. Zadzwonił obcy numer.

Halo?

Barbara Nowicka? Tu Antek, ze szkoły językowej. P zostawiła pani numer kontaktowy. Chcemy ruszyć klub konwersacyjny w środy wieczorami. Tylko rozmowy po francusku. Chętnie panią dopiszemy.

Spojrzała na akwarelę. Niebieskie jezioro, poranna mgła.

Zapiszcie mnie powiedziała.

Listopad nadszedł cicho. Basia wracała z francuskiego, w ręku niosła książkę kupiła ją na chybił trafił, francuska powieść, wybierała po okładce, po wrażeniu.

Pod blokiem Grzegorz.

Nie od razu go zauważyła. Stał z boku, z podniesionym kołnierzem. Widać, że czekał długo. Był podenerwowany.

Cześć rzucił.

Cześć odpowiedziała. Bez zaskoczenia, bez strachu. Po prostu.

Ja… mogę porozmawiać?

Chwilę milczała. Potem skinęła głową.

Wejdź.

Weszli na górę. Zawiesiła płaszcz, zaproponowała herbatę. Odmówił. Usiadł na kanapie, spojrzał na akwarelę nad nią.

Ty namalowałaś?

Tak.

Ładne.

Dzięki.

Milczał. W końcu:

Basia. Mnie się nie udało.

Czekała. Nie pomagała.

Kasia… Młodsza. Inna. Myślałem, że potrzebuję tego. Że chcę innego życia. Okazało się, że jestem zmęczony. Nie tobą. Sobą. Wiekiem. Przerwał. Nie pytałaś, co się stało. W ogóle nie pytałaś.

To nie moja sprawa.

Może nie. Spojrzał na nią. Ty się zmieniłaś. Jesteś… zupełnie inna.

Tak, inna.

Nie wiem jak to powiedzieć. Zawsze byłaś nie doceniałem. Myślałem, że zawsze będziesz.

Grzegorz powiedziała bardzo spokojnie. Czego oczekujesz po tej rozmowie?

Patrzył na nią długo, w końcu spuścił wzrok.

Nie wiem. Chciałem powiedzieć, że się myliłem. Że nie rozumiałem, co miałem.

Cisza.

Za oknem jesień. Jarzębina na podwórzu. Ptaki już dawno zjadły owoce, gałęzie gołe, ciemne. Ale drzewo stoi. Prosto, pewnie.

Słyszę cię powiedziała Basia. Dziękuję, że powiedziałeś.

I wszystko?

Patrzyła na niego. Na tego dużego, zmęczonego faceta, który był przez dwadzieścia sześć lat jak cień, a był teraz taki daleki.

Grzesiek wzięła z stołu książkę. Francuską powieść. Potrzymała ją w dłoniach. Uczę się teraz francuskiego. Powoli, ze słownikiem, ale czytam. Maluję. Jeżdżę na Mazury. Chodzę na konwersacje. Śpię przy otwartym oknie, bo to lubię. Jem co chcę, nie co komu pasuje. Przerwała się. Nie gniewam się na ciebie. Dałeś mi wiele: dom, dzieci, lata życia. Ale pokazałeś mi też coś jeszcze że zbyt długo nie żyłam swoim życiem. To też ważne.

Wrócisz kiedyś? spytał cicho. Dziwne pytanie. Chyba sam czuł, że dziwne.

Basia popatrzyła na niego, potem na swoją akwarelę. Niebieskie jezioro, mgła, jej jarzębina.

Grzesiek. Mam pięćdziesiąt dziewięć lat. I po raz pierwszy od dawna czuję, że żyję. Naprawdę. Przerwała. Napij się herbaty, jeśli chcesz. Ja nastawię czajnik.

Wstała, poszła do kuchni, nastawiła wodę. Patrzyła przez okno na podwórko, na jarzębinę, na panią w niebieskim płaszczu karmiącą gołębie.

Za jej plecami było cicho. Potem skrzypnęła kanapa, czyjeś kroki.

Grzegorz pojawił się w drzwiach kuchni.

Basia…

Odwróciła się.

Powiedz mi jedno. Jesteś szczęśliwa?

Czajnik zaczynał szumieć, narastająco. Jarzębina za oknem ciemna, prosta.

Uczę się powiedziała. Uczę się być szczęśliwa. To trudniejsze niż myślałam. Ale się uczę.

Patrzył na nią. Patrzyła na niego. Dwoje niemłodych ludzi, w kuchni, która kiedyś była wspólna, a teraz tylko jej.

To dobrze powiedział cicho. To bardzo dobrze, Basia.

Czajnik zawrzał.

Oceń artykuł
TwojaCena
Idealna żona – spełnienie marzeń każdego Polaka