Puste życie Stasi
Śnieg już nie parzy nagich stóp Stanisława przestała je czuć. Tylko wiatr smagał twarz, ręce i szyję niczym bicz, przeszywając korpus przykryty jedynie nocną koszulą. Srebrzyste włosy, przelane śniegiem, stały się ciężkie jak sople. Gęsta śnieżyca gwizdała i uderzała na oślep, a Stasia dawno już nie wiedziała, dokąd idzie, gubiąc się we własnym ogródku. Przycisnęła się plecami do zamarzniętych desek płotu, złożyła ręce na piersi i zanuciła pod nosem:
Umrzeć by już, Panie Boże, zabierz mnie… umrzeć…
Umarnęłaby pewnie tamtej nocy, zamarzając śmiertelnie, gdyby nie sąsiadka Halina, która wyszła zobaczyć, czy krowa nie zaciera się na cielę. Zobaczyła uchylone drzwi u Stasi i światło w szparze.
Stasia! Ty tam po ciemku coś robisz?
Stasia stała w ogrodzie skryta drzewami i świszczącym śniegiem, zacisnęła oczy i wciąż powtarzała cicho jak zaklęcie: umrzeć, umrzeć…!
Halina rzuciła się przez płot, wbiegła na podwórko.
Stasia! Gdzie ty?! Staśka! O matko, ty głupia babo! krzyczała.
Ale Stasia nie miała siły odpowiedzieć. Z jękiem osunęła się wzdłuż płotu, spuściła rozczochrane, siwe włosy na kolana, skuliła się. Po jej zapadniętych policzkach spływały łzy. Ktoś ją uniósł, próbował wciągnąć do środka, ale stara zesztywniała, skostniała jak kamień.
Ej, ty durna kobieto! zawołała Halina i pobiegła po męża. W dwójkę zawlekli Stasię do izby.
Od tej pory Stasia leżała w łóżku. Rano przyszła młoda pielęgniarka z ośrodka i zdziwiła się, że w wieku dziewięćdziesięciu jeden lat nie złapało jej przeziębienie, a tylko palce u stóp odmrożone. Pochyliła się nad Stasią:
Musiałaby pani trafić do szpitala. Dzwonić po karetkę?
Stasia spojrzała smutno na czarne włosy dziewczyny i jej różowe od mrozu policzki, potrząsnęła głową.
Nie trzeba mi nigdzie iść. Tu będę. Czasu na babę nie trać, samych swoich spraw pilnuj. Idź z Bogiem.
Leżała tak dwa tygodnie. I po co, dlaczego wyszła wtedy nocą na podwórko boso i w jednej koszuli? Wszyscy mówili, że z głupoty zachorowała, a ona czuła, że stało się coś tajemniczego, prawie przeznaczenie. Wieczorem siedziała na łóżku, w żółtym świetle żarówki pruła stary, wydziergany skarpet. Palce działały automatycznie, ona patrzyła przed siebie, w ścianę, z dziwnym uśmiechem wspomnienia.
Życie od dziecka było dla niej pasmem ciężkiej pracy i nędzy. Jeden tylko błysk światła rozjaśnił krótką, szarą egzystencję krótki poryw miłości.
Miał na imię Grzegorz.
Grzesiu, Grzesiek… szeptała bezzębnymi ustami i uśmiechała się szerzej, bez zrozumienia.
Czy to był sen, czy złudzenie, ale wydało jej się, że idzie przez pole, za zagajnik, gdzie kończył się dwór dziedziczki. Wpatrywała się długo w dal, osłaniając oczy dłonią od słońca. Czekała na niego. Obiecał przyjść. W środku miała ssący strach i radość. I nagle widziała w rozmazanym polu żyta postać mężczyzny. Biegła do niego, szczęśliwa, wołała: Grzesiu! Grzesiu!
Tak zasnęła. Obudziła się w nocy, niepokojąco przewracała się na łóżku. Zajrzała w okno: śnieg huczał, szyby drżały. Zrzuciła kołdrę, wsunęła dłonie przed siebie i po omacku powędrowała do drzwi.
Zaraz wrócę, zaraz…
Otworzyła drzwi nagą stopą, niczego nie pamiętając, przymrużonym wzrokiem próbowała dostrzec coś w białym zamęcie. Wyciągnęła jeszcze raz rękę, jakby prosiła:
Grzesiu…
Zimno przeszyło ją do szpiku. Bosa stąpała po zamarzniętych stopniach, schodziła na ścieżkę. Szła wprost, pod wiatr, do płotu, walcząc z nawałnicą.
Grzesiu! To ja! Grzesiu!
Doszła do samego końca posesji, szukała bramy… I wtedy poczuła, że stopy są zupełnie odrętwiałe, że jeszcze krok, a padnie. Spieszyła się do bramy, wciąż z uśmiechem. Ale bramy już nie znalazła. Zakręciło ją na podwórku, zgubiła każdy punkt odniesienia. Wszędzie płoty, drzewa, śnieg do kolan… I tak odnaleźli ją sąsiedzi.
Halina przychodziła, przynosiła jedzenie, rozmawiała, paliła w piecu. Pielęgniarka zmieniała opatrunki, smarowała stopy śmierdzącą maścią, kazała mierzyć temperaturę. Wszystko robiła Stasia, ale w samotności gapiła się tylko w sufit. Nasłuchiwała dźwięków z zewnątrz: szczekania psów, skrzypu sań, śmiechu dzieciaków wracających ze szkoły.
Najczęściej zapadała w drzemkę. Otwierała oczy świt, albo noc. W piecu trzaskały polana. Z rynny kapała niepewnie woda. Panie Boże, kiedyż ja już umrę? Umrzeć by… powtarzała sobie w myślach.
Od dzieciństwa przyjęła jedno, przerażające prawo: jej los to stromy, śliski brzeg, porosły ostrymi krzewami; można się tylko staczać w dół, obijając o korzenie i kamienie. Nikt nie poda ramienia, nie powstrzyma biegu, nie podniesie z upadku. Tak żyli wszyscy wokół, więc nie oczekiwała niczego innego. Przyzwyczaiła się do tego, że życie to długie spadanie, a jedyne, co pozostaje, to wytrzymać w milczeniu, by nie krzyczeć.
Tej wiosny przyszła późno i zła. Przywiała zimnymi wiatrami, lała długimi deszczami, zamieniając drogi w błotniste koleiny. Śnieg zszedł dopiero w maju, ukazując spłowiałą i rozmiękłą ziemię przypominającą zniszczoną skórę. Liście na brzozach długo nie pękały, sady stały czarne, nagie. Stasia, poprawiając ciężki mokry chustek na głowie, szła przez błotnistą ścieżkę od studni. Wiadra podskakiwały, chlapiąc wodą na jej popękane, gołe stopy. Po drugiej stronie ulicy, pod krzywym płotem, palili papierosy chłopi, pochylając się pod mżawką, zerkali, ale Staśka przeszła, nie podnosząc wzroku. Była już częścią pejzażu, niezauważalna.
Staśka! zawołała staruszka Agata, gospodyni również służąca u dziedziczki. Głos był ostry i rozkazujący. Leć do sklepu! Powiedz Kubie, żeby oddał kawałek najlepszego płótna dla panienki. Gości dziś będą z miasta, stół szykować. I kwiatów nie zapomnij!
Stasia cicho odstawiła wiadra, otarła ręce o fartuch i ruszyła ku skraju wsi. Miała dwadzieścia dwa lata, ale życie już dawno przeszło obok niej. Dwanaście lat temu, po śmierci rodziców, wdowa-dziedziczka przygarnęła ją na służbę za kęs chleba. Była wtedy chudą, przestraszoną dziewczyną. Teraz wyrosła na wysoką, milczącą kobietę z silnymi dłońmi i oczami, w których nie iskrzyło już życie.
Pracowała od świtu do nocy. Siniaki na nogach, głowa ciężka, ręce twarde. Zrzucała drewno w deszczu, doiła kozy w zimnym chlewie, lepiła glinę do pieca, prała w przerębli do odrętwienia palców. Pieliła warzywa pod palącym lipcowym słońcem, patrząc na zwisające wokół czerwone porzeczki, ale nie wolno jej było zjeść ani jednej dziedziczka liczyła każdy owoc, za nieposłuszeństwo biła pokrzywą. Stasia nauczyła się nie patrzeć na nic. Wyrwała chwasty z gniewem, zaciskając usta, starając się być niezauważalna, by mieć chwilę świętego spokoju. Plecy jej znikały wśród zieleni, a owoce zwisały nisko, a ona cierpiała.
W soboty grzała banię, targała ciężkie wiadra wody z Wisły, rozpalała piec do czerwoności, aż się przewracało w oczach. Tam w gorącym, gęstym powietrzu szorowała ostrą myjką szerokie plecy dziedziczki, aż słabo się robiło, a dziedziczka zamruczała i przestawiała się z boku na bok. Stasia wycierała ją do sucha, ubierała w świeże rzeczy i prowadziła z powrotem do domu. Głowa jej huczała od zmęczenia. Dziedziczka pokrzykiwała i czasem pogłaskała dłonią po policzku, nazywając roboczym koniem. Stasia przywykła. Nie znała innego życia, nie marzyła już nawet o niczym więcej. Obok niej wyrosła niewidzialna ściana z obojętności, zmęczenia i martwej nadziei. Wszystko jedno jak chodzi, co nosi, co daje jej dziedziczka na święta. Nie interesowały ją plotki, dokuczania kawalerów. Ani chwili nie siedziała bezczynnie.
Pewnego dnia, gdy wycierała wysokie lustro, dziedziczka zapytała:
Staśka, może cię za mąż wydać? Chciałabyś?
Stasia zeszła ze stołka, wyżymając szmatę.
Jak będzie trzeba.
Albo zostaniesz starą panną?
Wszystko mi jedno.
No, lepiej zostaniesz! Bo dzieciorów narobisz, piski, kłopoty. A z takim zadkiem to i dziesięcioro urodzisz! westchnęła dziedziczka. Lepiej jak moja Polka.
Miała przekląć, gdy zawołała ją córka z pokoju, więc odłożyła myśli na potem.
Ten dialog nie wzbudził w Stasi żadnego odczucia. Jej dusza spała. Była silna, zdrowa, ale nie chciała niczego dla siebie instynkt, najzwyklejsza potrzeba innego człowieka, była dla niej obca. Dla mężczyzn była piękną, ale chłodną, więc nikt nie próbował nawet się do niej zbliżać. Stary stajenny Maciek mawiał: Uroda Stasi nie dla ludzi, ona Boska. Tak by zostało, gdyby los nie sprawił, że Staśka przeskoczyła na chwilę przez swoją ścianę by zerknąć do świata ludzi.
Stało się to na początku czerwca, gdy powietrze zrobiło się ciepłe, a łąki rozlały się soczystą zielenią. We dworze spodziewano się gości. Panna, blada i chora dziewczyna, miała przyjmować młodego dziedzica z Krakowa, który szeptano przyjeżdżał się oświadczyć. Staśkę posłano na łąkę zrywać rumianki do salonu. Zbiegła po mokrej trawie nad rzekę, gdy na wąskiej ścieżce wyszedł jej na spotkanie nieznajomy chłopak. Ubrany w modną kamizelkę, lśniące buty, z rozdzielonymi na linię jasnymi włosami. Był to Grzesiek, stajenny z sąsiedniego dworu, który przyjechał wraz z młodym dziedzicem. Stanął z nogami szeroko i przyglądał się Stasi jak koniowi na targu.
Dzień dobry, piękna rzucił z uśmiechem, przeciągając wzrokiem po jej silnych rękach i wysokiej piersi, ściśniętej wypłowiałą bluzką.
Stasia nie popatrzyła na niego. Przeszła bokiem, ale on zastąpił jej drogę.
Czego chcesz?
Jak masz na imię?
Kto wie, ten wie, nie twoja sprawa rzuciła i odeszła jak obok kamienia.
Grzesiek się nie zraził. Przyjeżdżał z dziedzicem co tydzień. Stasia słyszała jego śmiech na dworze, czuła na plecach jego ciężki wzrok, gdy myła naczynia czy bieliła ściany. Spotykała go pod studnią, oborą, na podwórku. Rzucał jej rubaszne słowa, próbował uszczypnąć ona zawsze cicho się usuwała. Raz, kiedy zeszła po mąkę do spiżarni, wypadł zza drzwi, zastawił ją i przydusił do worków. Ani nie krzyknęła zareagowała z siłą, jakiej się w niej nie spodziewał. Odepchnęła go tak, że uderzył głową o słup. Spojrzała na niego spokojnie z wysoka:
Co, zabolało?
Poprawiła chustkę, otrzepała sukienkę i wyszła. Grzesiek długo siedział, pocierając guz, i patrzył za nią. Zamiast urazy, poczuł ciekawość ostrą i przejmującą.
Stasia? Nic jej nie było. Nawet nie myślała o Grześku; on był tylko bodźcem, przebudzeniem.
Od tamtej pory Staśka częściej się uśmiechała. Zaczęła wstawać wcześniej, by zobaczyć świt i mgłę nad łąkami; doiła krowę, patrzyła na rozbłysk słońca za lasem, jak rosa lśni na trawie. Miała ochotę położyć się na tej soczystej zieleni i śmiać się z radości. Sama nie wiedziała, czego pragnie po prostu żyć. Ale zaraz rzucała się do pracy. Minął miesiąc.
Grzesiek nie zyskał nic, poza pocałunkiem, wywalczonym siłą w piwnicy i słuszną fangą w pysk. Jeszcze kilka razy uśmiechnęła się do niego spod oka, innym razem patrzyła z okna, gdy obrabiał konie. Grzesiek nie przestawał próbować. Ale ta historia pozostała krótka.
Pewnego dnia Grzesiek stanął w obronie chłopca złapanego na kradzieży kartofli w dworskim polu. Dziedziczka kazała stajennemu wymierzyć mu baty. Staśka zatrzymała się, cała się trzęsła. Rzuciła się do chłopca, gotowa zamiast niego nadstawić ręce, ale stajenny ją odepchnął. Wtedy Staśka chwyciła drąg i chciała mu przywalić. Grupa zamarła. Grzesiek podbiegł, wyrwał bat i uderzył stajennego w brodę.
Spadaj stąd! Sam dziedziczce wszystko opowiem!
Kobiety dopadły zapłakanego chłopca, pytały jak się nazywa, uspokajały. Chłopiec coś wymamrotał i szlochał.
Mama mi wczoraj umarła Umarła!
Te słowa jak młot uderzyły Staśkę w twarz. Zamknęła się w swojej izbie. Rozpłakała się: ze złości, bezsilności, żalu za czymś, czego nigdy nie miała.
Grzesiek znalazł ją, usiadł obok, objął drżące ramiona. Nie mówił wiele, tylko przytulił. Ona pierwszy raz nikogo nie odepchnęła. Przywarła z całych sił, czując ciepło jego silnego, młodego ciała. Przestała płakać. Siedziała cicho, słuchała jego oddechu i spytała nagle:
A co tam, za lasem? Co dalej?
Miasto, duże miasto. Kamienice, sklepy, kościoły.
A jeszcze dalej?
Kolejne miasta, dalej kolej. A na końcu morze. Daleko, mówią.
Stasia zamilkła. Morza nigdy nie widziała, rzeki się bała. Ale nagle zapragnęła uciec, zobaczyć inne życie. Chciała żyć, być kimś. Odwróciła się do niego, wzięła jego twarz w swoje szorstkie dłonie i po raz pierwszy spojrzała prosto w oczy:
Zabierzesz mnie? Weźmiesz za żonę?
Grzesiek się zmieszał. Był lekkomyślny, wolał przechwałki niż stanowcze decyzje. Kręcił się, odwlekał. Ale Stasi nie obchodziły już słowa. Jakby puściła tamę, stała się śmiała, niecierpliwa, szalona gotowością. Sama go przytulała i całowała, mówiła, że nie interesuje ją, co powiedzą ludzie. W tej nocy zgubiła swój miedziany krzyżyk z dzieciństwa zerwał się sznurek, upadł. Nie szukała go. Wola Boża powiedziała spokojnie.
Grzesiek przyjechał potem tylko dwa razy. Spotykali się ukradkiem w sianie, w piwnicy, poza wsią. Stasia rozkwitła. Zaczęła chodzić lekko, z iskrą w oku, z rumieńcem na policzkach, czasem nieporadnie się uśmiechała.
I wtedy wszystko się skończyło. Wesele panienki było huczne, nowy pan wywiózł żonę do Krakowa. Grzesiek oczywiście pojechał z nimi. Staśce nawet nie powiedzieli. Dowiedziała się od kucharki: Wyjechał twój Grzesiek, nie szukaj go.
Czekała. Stawała na drodze wieczorami, patrzyła w dal, aż do zmierzchu, aż pojawiły się gwiazdy. Przestała jeść, spać, jej twarz wychudła, w oczach pojawił się szalony błysk. Agata klnęła, rzucała garnkiem, wyzywała ją od głupich, ale Stasia tylko uśmiechała się błogo. Była pewna: wróci. Musi wrócić, czuła to każdą cząstką ciała.
Minęło duszne lato, szara, mokra jesień. Stasia codziennie patrzyła w stronę lasu, gdzie niebo dotykało wierzchołków. Była przekonana, że jeśli wytrwale czekać Grzesiek wróci. Nawet jak jej mówiono, że jest inaczej, nie zwracała uwagi. Wiedziała, że żyć i kochać może tylko po tamtej stronie złego losu, a jeśli takie szczęście raz się pojawiło można je odzyskać, trzeba tylko cierpliwie czekać.
Dni, miesiące i lata sklejały się w jedną szarą bryłę. Czekała.
Pewnego dnia pod koniec października, gdy drzewa stały nagie, a pola czarne od deszczu, Stasia kopiąca w ogródku nagle spojrzała w głąb pola. Na jego końcu, u skraju lasu, zobaczyła samotną, męską postać. Zatkało ją. Serce stanęło. Myślała, że to Grzesiek. Rzuciła łopatę i pobiegła, nie czując nóg, wołając zachrypniętym głosem:
Czekaj! Czeka-a-j!
Mężczyzna nie obejrzał się, zapewne nie słyszał. Stasia dobiegła do rzeczółki wezbranej jesienią, biegała wzdłuż brzegu. Nigdy nie umiała pływać, a on był po drugiej stronie. Stanęła na zwalonym pniu i z dłoniami przy oczach łapczywie patrzyła, aż mający się za Grześka znikł.
Znalazła ją sąsiadka Anna kopiąca maliny.
Czego siedzisz? Czemu pobiegłaś… spytała.
To był Grzesiek powiedziała Stasia głucho.
Jaki Grzesiek?
Stajenny… jeździł z młodym panem do panienki.
Z sąsiedniego dworu? dopytała Anna. Po co on ci?
Czekam na niego.
A po co? Słyszałam, że żonaty od dawna, w Olszynkach siedzi, dzieci od groma. Inwalida już, prawie nie wstaje, żyje w nędzy, jak Bóg przykazał… A kto wie, czy nie umarł. Co się śmiejesz?
Ha-ha-ha! Stasia zanosiła się dzikim, przeraźliwym śmiechem. Rozczochrane włosy, zawinięta spódnica, białe kolana w słońcu. Jej śmiech nie był ludzki.
Choraś, jeszcze śmiejesz się! Anna przeżegnała się szybko. Chłop pod ziemią może, a ona się szczerzy.
On młody, piękny, zdrowy Stasia dotknęła piersi, w oczach miała gorączkowy blask. A ja wiesz kim jestem?
Kim?
Żoną jego. Dzieci nie mieliśmy, bo nigdy nie byłam w ciąży.
Ty durna babo, przecież od jego młodości minęło z dwadzieścia, trzydzieści lat! Mało pięćdziesiątkę ma!
Anna pociągnęła ją za rękę.
Chodź już.
Stasia śmiała się, patrząc zamglonym wzrokiem.
Po co kłamałaś, co?
Biedna pomyślała Anna. Świrnięta, Panie ratuj i przeżegnała się znowu, cofając się od siedzącej na ziemi Stasi.
Od tamtej pory Ania i cała wieś uważała ją za błogosławioną. Stasia już nie płakała i nie czekała jak wcześniej, w rozpaczy. Pracowała cicho, jeszcze bardziej zapamiętale, jakby próbowała zapracować krzywdę, która się w niej zalęgła. Gdy kończyła pracę, siadała na progu i patrzyła na las, za którym wyobrażała sobie morze. W oczach miała pustkę tak głęboką, że wszyscy czynili znak krzyża i omijali ją szerokim łukiem.
Zanim całkiem zmogła ją starość, nawet w czerwcowe południe, kiedy powietrze pachniało piwoniami i lipą, Stasia zakładała czystą koszulę, rozczesywała siwe z rudymi pasmami włosy, wychodziła na łąkę i długo, nieruchomo patrzyła w dal tam, gdzie niebieska linia lasu łączy się z niebem. Stała sztywno, już niepiękna, a w jej sylwetce było coś pierwotnego, cierpliwego, jakby wrosła w tę ziemię na wieki. Jeśli ktoś z pytań lub litości zapytał, na kogo czeka, odpowiadała cicho, z jasnym uśmiechem:
Na szczęście. Tam za lasem. Grzesiek obiecał dziś przyjechać.
Ach, biedna, pomylona baba…
A tylko wiatr szumiał w koronach drzew i Wisła niosła swoje leniwe, brązowe wody, a daleko, za lasami i miastami, szumiało nieznane Stasi morze, o którym nigdy się nie dowiedziała nic prócz bajkowego imienia.
Zaskrzypiały drzwi jej izby. Halina weszła, by napalić w piecu. Stasia podniosła na nią puste, rozmyte oczy.
No, i co? Jak nogi? zapytała Halina.
Stara kobieta coś zamamrotała pod nosem. Halina nachyliła się niżej.
Co? Nie słyszę!
…lepiej by już umrzeć… Nie, już nie wróci. Śmierci tylko czekam…



