Własne miejsce

Dzieńnik Zosi

10 października

– Mamusiu, co ty robisz?! – jeszcze brakowało mi łez, kiedy patrzyłam, jak mama bez pardonu wywleka z szafy mój niewielki dobytek. Moja ukochana czerwona sukienka w grochy leżała teraz na podłodze, a młodszy brat, Pawełek, natychmiast chwycił jej pasek i wsadził sobie do buzi. – Nie, Pawełku! Oddaj!

– Żal ci szmaty? – Mama rzuciła moje dżinsy na stertę ubrań i zatrzasnęła drzwi szafy. – Wynoś się!

– Ale gdzie mam iść? Mam wyjść z domu nocą? Co się z tobą dzieje?

– Robię, co chcę! To mój dom! Dla ciebie tu miejsca nie ma!

– A ja? Czyż to nie mój dom też?

– Nie, kochana! Ty tu nic swojego nie masz! – westchnęła mama, biorąc Pawełka na ręce i ocierając mu nos krajem mojej sukienki. – Ani krzty! Dosyć już tego! Dopiero co zaczęłam sobie życie układać, a ty wszystko psujesz. Nie pozwolę na to!

– Mamusiu, co ja ci psuję? Co?!

– Komu się tu podlizujesz przed Wojtusiem? Nie ty?

– Mamo! – krzyknęłam tak głośno, że Pawełek się przestraszył i rozpłakał. – Słyszysz siebie?!

– Świetnie się słyszę! Dość tego! Powiedziałam wszystko! Żeby cię tu za pięć minut nie było!

Mama trzasnęła drzwiami i wyszła z pokoju. Stałam jak wryta, wciąż nie wierząc, co się właśnie stało. Wyrzuca mnie z domu? Myśli biły się w głowie, nie pozwalając się skupić. Po chwili zza drzwi doleciał do mnie rozpaczliwy płacz brata i odruchowo chciałam do niego podbiec. To ja zawsze go pocieszałam, odwracałam uwagę, by tylko przestał płakać. Nowy mąż mamy nie mógł znieść krzyków, nawet własnego syna. Denerwowały go łzy i wszystko, co się wiązało z dziećmi. Dla mnie to było niezrozumiałe – wychowałam się otoczona miłością całej rodziny. Nie rozumiałam, jak mama mogła oddawać mi Pawła na ręce i znikać do niego.

– Zajmij się! Jesteś prawie dorosła, to pomagaj!

Dorosła… Jeszcze wczoraj byłam rozpieszczoną córeczką mamy i taty, a dziś jestem jak odcięty kawałek – tak mnie mama teraz nazywa. Ostatnie dwa lata, to jak tornado, które mnie porwało i nie chciało wypuścić.

Najpierw odszedł tata – zawał, niesprawiedliwie i głupio. Przecież można było go uratować, gdyby tylko ktoś nie przeszedł obojętnie na przystanku. Był jeszcze młody, nie miał nawet pięćdziesiątki, zawsze elegancki. Leżał tam ponad godzinę, a ludzie mijali go w biegu… W końcu jakaś kobieta spróbowała pomóc, ale było już za późno.

Pamiętam, jak mama wtedy zareagowała. Zamarła, odcięta od świata, jakby jej nie było. Ja płakałam i próbowałam się do niej przebić – na próżno. Bez jednej łzy odprowadziła tatę, a potem zamknęła się w pokoju, zapominając o wszystkim.

Nie mieliśmy rodziny, a znajomi rodziców kontaktowali się od święta. Wydawało się, że jesteśmy samowystarczalni. Ja też kiedyś tego nie lubiłam, nie potrzebowałam gości ani nowych ludzi.

Tak trwało do dnia, kiedy poszłam do pierwszej klasy. Z jakiegoś powodu chłopców było mniej niż dziewczyn, więc usadzili mnie w ławce z czarnowłosą Olką. Jej warkocze były grube i ciężkie, że głowę musiała nosić wysoko. Bardzo jej zazdrościłam, bo ja miała tylko jasne, kręcone włosy, które sterczały wszędzie. Za to dostałam przezwisko Mleczyk.

Pierwszy raz dotknęłam warkocz Olki dopiero, gdy zamruczała z przekąsem:
– Mam dosyć! Odetnę! Nawet jak mama będzie się złościć.

– Zwariowałaś? Jest piękny! – wyszeptałam, głaszcząc połyskliwe pasma.

Z tego gestu zrodziła się nasza przyjaźń. Olka miała troje sióstr i dwóch braci, dom ich tętnił życiem! Kiedy po raz pierwszy przyszłam do Olki, nie mogłam się połapać, kto jest kim. Jej mama natychmiast sadzała gościa przy stole i karmiła tak, że ledwo potem mogłam się ruszyć. Zaskakiwało mnie, że nawet najmłodsze dziewczynki potrafiły piec ciasta i lepić pierogi, a moja mama mnie do kuchni nie dopuszczała.

Polubiłam ten dom, polubiłam to, że zawsze ktoś tam był i nikt nie czuł się samotny. U Olki nauczyłam się, co znaczy mieć swoją społeczność i cieszyć się najmniejszym świętem – nawet w dzień imienin ciotki, wszyscy dostawali prezenty.

– Dlaczego? Przecież to nie twoje święto pytałam z podziwem.
– A co za różnica? W domu daje się prezenty, bo się kogoś lubi.

Mama moja nie przepadała za Olką ani za jej rodziną. Na szczęście dużo pracowała, więc mogłam się do Olki wymykać.

To właśnie rodzina Olki, gdy dowiedzieli się o śmierci taty, zjawiła się z pomocą niemal natychmiast. Starsi bracia Olki przynieśli pieniądze, załatwili sprawy urzędowe. Mama siedziała zamknięta w pokoju, robiła, co kazali, patrzyła spode łba. Olka próbowała mnie pocieszyć, aż się rozpłakała razem ze mną.

Na drugi dzień starsi chłopcy z Olkowej rodziny towarzyszyli nam wszędzie i pomagali załatwiać wszystko, chronili nas na każdym kroku.

Gdy ją o to spytałam, Olka powiedziała:
– Ty już nie jesteś obca. A w waszym domu już nie ma mężczyzn, ktoś musiał się tobą zająć.

Pół roku później Olka wyszła za mąż. Zaniemówiłam wtedy jak to?! Miałaś być lekarką!
– Dalej chcę być. Tata z narzeczonym już się dogadali w sprawie mojej nauki.

– Ale po co ci ten ślub tak wcześnie? Tak go kochasz?
– W sumie widziałam go dwa razy. U nas tak jest rodzice wybierają.

– Ale – nie znalazłam słów. Na weselu Olki prawie płakałam, a kiedy powiedziała mi, że wyjeżdża do Warszawy na studia, rozklejenie niemal odebrało mi głos.

W życiu mojej mamy pojawił się wtedy Wojtek i Olka zauważała, że coraz mniej spieszę się do domu.
– Co jest? Czemu nie chcesz wracać?

Nie chciałam jej mówić, jak nowy mąż mamy potrafił zaglądać mi do pokoju albo na kuchnię, jak mama staje się nie do zniesienia po narodzinach Pawła. Jak zapamiętuje, że kiedyś usypiałam brata, a potem nie mogę wytrzymać ze zmęczenia i mdleję w szkole. Zaczęłam nocować w pracy w szpitalu.

Gdy Olka odjechała, w domu wybuchła taka awantura z mamą, jakiej wcześniej nie było. Konflikt był już nie do zatrzymania. Mama słuchała tylko siebie. A sąsiadka, widząc kiedyś Pawła, powiedziała do mamy:
– Masz piękne dzieci, Natalio! Paweł, Zosia – piękniaki! Aż żal, że tata tego nie widzi Taka z niej już panna, o niczym innym chyba nie marzy, tylko praca, dom A przecież dziewczynie trzeba już o sobie myśleć.

Nie wiem, co w tych słowach sprawiło, że mama wybuchła. Po tej rozmowie wyrzuciła mnie z domu i tak stoję teraz z walizką, gorączkowo myśląc, gdzie się podziać. Gdzie jest moje miejsce?

Mogłabym zadzwonić do Olki, ale ona jest w ciąży, uczy się Co mogłaby zrobić? Moja duma na to nie pozwala.

Na odchodne zabrałam zdjęcie taty ze stołu, wrzuciłam do torebki i otarłam łzy. Może to i lepiej, mówię sobie. Już dawno byłam tu obca. Niech mama sobie wszystko układa sama.

W kuchni warczał telewizor, mama coś gotowała, głośno trzaskając garnkami. Przez chwilę miałam ochotę do niej podejść, ale co mogłabym powiedzieć? Przecież już wszystko między nami skończone.

Na dworze był październikowy smutek i chłód, wtuliłam się w szeroki szalik. Jesień w tym roku przychodziła powoli, ale na dobre już zapanowała w Warszawie. W drodze do pracy uśmiechałam się do ludzi, bo jeden biegał w szortach, inna w czapce i płaszczu. Ja już wyciągnęłam ulubiony szalik od Olki prezent ostatnich świąt i kurtkę.

Na przystanku było pusto, tylko parę osób i duży kundel tułał się po chodniku. Postawiłam torbę na ławce i wciskałam dłonie w kieszenie.

Samochód zatrzymał się obok mnie, aż mnie przestraszyło.
– Zosia?

– Arsen!

To był starszy brat Olki. Taki, który kiedyś tłumaczył nam algebrę, pomagał przy pogrzebie taty.

– Co tu robisz o tej godzinie? Do pracy?

– Właściwie Tak, do szpitala To znaczy, chyba. Po prostu nie mam gdzie iść.

Arsen patrzył na mnie z troską, aż mimowolnie wszystko mu powiedziałam o mamie, o Wojtku, o tym, że jestem praktycznie bezdomna.

– Wsiadaj! – odpowiedział krótko.

Pojechaliśmy przez nocną Warszawę w milczeniu. W aucie było ciepło i poczułam się dziwnie spokojna. W końcu zauważyłam, że nie jedziemy w stronę szpitala.

– Arsen, ale gdzie my jedziemy?

– Tam, gdzie masz się przespać bezpiecznie. Zobaczysz.

Blok w spokojnej dzielnicy był otoczony kutym płotem. Ochrona bez słowa otworzyła szlaban. Weszliśmy do środka, na trzecie piętro.

Drzwi otworzyła największa kobieta, jaką w życiu widziałam.

– Arsenik! Czemu nie dzwoniłeś? Kto z tobą?

– To przyjaciółka mojej Olki, babciu. Znasz ją – była na weselu!

– Oj, dziecko, wchodź! Co się krępujesz, przecież nic ci tu nie grozi!

Weszłam i ogarnęło mnie domowe ciepło marmurowa podłoga w korytarzu, kryształowy żyrandol.

Arsen wymienił parę słów z babcią i zniknął. Zostałam sama. Stałam przy drzwiach, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

– No rozbieraj się i chodź, pogadamy przy kawie. Opowiesz mi, czemu taka ładna dziewczyna siedzi na ulicy w środku nocy. Nie masz domu?

– Chyba już nie – siły mnie opuściły. Usiadłam na pufie i rozpłakałam się tak, że babcia Olki podeszła i przytuliła mnie mocno.

– Oj, maleńka, co za świat taki Ale nie martw się, tu będzie ci ciepło i bezpiecznie. Wiem, co znaczy nie mieć domu, bo sama przez to przeszłam. I nie dam ci skrzywdzić!

Nalała mi maleńką filiżankę gorzkiej kawy, gorzkiej jak łzy, które dopiero co lałam.

– Mów do mnie Stefcia. Tak na mnie kiedyś mówili, jak byłam w twoim wieku. Straciłam swój dom, rodzeństwo, prawie wszystko. Tam, gdzie się urodziłam, życie bywało okrutne. Wiesz co to znaczy, kiedy obcy mówią, że nie wolno ci pamiętać, mówić tak jak twoi przodkowie? Że nie masz już swojego miejsca? Przeżyłam to. Zostałam z niczym i musiałam dorosnąć w ciągu jednej nocy.

– A jak pani sobie poradziła?

– Zostały mi dwie siostry i brat. Pożarliśmy śmierć, głód i strach, ale trzymaliśmy się razem.

– To pana wnuczka, Olka i Arsen?

– Tak. Każdy z nich to kawał mojego życia. Nie miałam własnych dzieci, zajęłam się siostrami i rodziną.

– Potrafiła pani przebaczyć tym, co zrobili krzywdę?

– Musiałam dla siebie i dla nich. Gdybyś nie umiała przebaczyć, nie pójdziesz dalej. Gorycz jest jak trucizna: zatruje cię całkowicie. Coś takiego powtarzam wszystkim moim dzieciom, teraz też tobie.

Babcia Stefcia serdecznie się zaśmiała, potem objęła mnie jeszcze raz.

Tak zostałam u niej dłużej dwa lata. Nauczyła mnie wszystkiego, co umiała Olka i jeszcze więcej ręcznie lepić pierogi, piec drożdżowe makowniki, gotować bigos tak, że rzucał na kolana każdego.

Olka kiedyś spróbowała pierogów:

– Twoje lepsze niż moje! Co wkładasz do farszu?

– Pewno nutę serca i łzę babci Stefci – śmiałam się.

Przez długi czas nie chciałam wspominać mamy. Ale potem wiadomość mama jest chora, umiera. Leży w moim szpitalu.

Nie miałam odwagi do niej pójść. Olka się wściekała:

– Zosia! Nie pomyślałaś, że później będziesz chciała ją zobaczyć i nie będziesz mogła? Że nie będzie co wybaczać?

Nie mogłam się przemóc Zawsze miałam w głowie: co, gdyby nie spotkał mnie wtedy Arsen? Co, gdyby nie Stefcia?

Mama była coraz bardziej słaba. Gdy leżała, ja załatwiałam dokumenty do sądu rodzinnego, by odebrać braciszka z Domu Dziecka. Mieszkania po niej nie miałam mama wypisała mnie z meldunku. Wynajem kosztował fortunę, nawet z dwoma pracami nie byłoby stać.

Pawła nie chcieli mi wydać – nie mam warunków. Spadałam z nóg.

W końcu Odwiedziłam mamę. Przebaczyłam jej. Odeszła dwa dni później, pogłaskawszy mnie po głowie. W jej oczach był tylko ból nie pamiętałam już awantur, tylko te słoneczne dni, gdy miałam pięć lat i mama w czerwonym fartuszku karmiła mnie czereśniami.

– Wybaczam ci, mamo – szepnęłam przy niej.

Powtarzam sobie słowa Stefci: Trzeba odpuszczać żal. Bo inaczej nigdy nie będzie ci dobrze.

Tydzień później, trzymając Pawła za rękę, weszłam z nim do mieszkania. Spojrzał na mnie poważnie:

– To już nasz dom na zawsze?

– Tak, Pawełku. Teraz jesteśmy w domu. To jest nasze miejsce. Rozumiesz?

Kiwając głową, patrzył na mnie z taką powagą, że poczułam dobrze się wszystko skończyło i wszystko jest tam, gdzie być powinno.

Oceń artykuł
TwojaCena
Własne miejsce