Złożone szczęście

Skomplikowane szczęście

Ale jak to, rozwodzimy się? Tomek, żartujesz sobie?

Małgorzata patrzyła na męża i naprawdę nie rozumiała, co się dzieje. Jaki rozwód? Przecież są razem prawie dwadzieścia pięć lat! Za dwa tygodnie mieli świętować rocznicę A może już nie będą? Myśli biegały w kółko. A co z przyjęciem, z gośćmi? Zaproszenia już wysłane… Przyjedzie cała rodzina! Znajomi dzwonią co chwilę, pytają, co podarować A Justynka, jej najlepsza przyjaciółka, już nawet przysłała prezent. Szkoda tylko, że nie przyjedzie, bo mieszka daleko i jest w szóstym miesiącu ciąży nie ma mowy, żeby wsiadała do samolotu. Posiedzi w domu, później się zobaczą i świętowanie będzie od nowa. W końcu to dzięki niej Małgorzata poznała Tomka była ich „swatką”, a na weselu najgłośniej krzyczała: „Gorzko!”, ukrywając się za bukietem ślubnym, którego Małgorzata nawet nie rzucała, tylko wręczyła go Justynie.

No powiedz, po co ten twój Paweł tak się guzdrze? Taką dziewczynę wypuścić…
Dokąd niby pójdzie? śmiała się Justyna, poprawiając Małgorzacie fryzurę. Wszystko w swoim czasie, Gośka. On musi dojrzeć. Po co mi niedojrzały mąż? Porozwodzilibyśmy się po dwóch latach, jak nic. I te podziały majątku, dzieci, rodziny i wszyscy mnie będą kochać Nie! Poczekam na właściwy moment.
No, ale ty to wszystko planujesz na dwa lata do przodu! Gośka śmiała się, patrząc, jak przyjaciółka zamaszyście poprawia makijaż.

A co! Jak robić, to na całego!

A dzieci, Justynka? Od razu cała gromadka?
Tak! Od razu bliźniaki! Przetrzymam wszystko za jednym razem. Mam na to szansę u mnie w rodzinie już takie rzeczy bywały.
Ale przecież to trzeba później wychować!

Dwójkę łatwiej, niż jedno.

Skąd taki pomysł? Małgorzata z zaciekawieniem słuchała Justyny ona zawsze patrzyła na świat praktycznie i z chłodną głową. W przedszkolu to ona zawsze wychodziła z psot bez szwanku. Każdy, kto myślał, że wie lepiej, potem sam musiał się tłumaczyć przed rodzicami, a Justyna rozważnie się wycofywała i obserwowała z boku.

To proste, Gośka! Zdrowa rywalizacja i kompan do zabawy przez całe dzieciństwo. A do tego tytuł matki roku. Za mało? Mogę jeszcze wymieniać!

Dobrze, już dobrze! Gośka aż się śmiała, bo nie wątpiła, że Justyna dopnie swego.

No i miała rację z tym że ktoś na górze miał chyba jeszcze większe poczucie humoru niż Justyna i zamiast bliźniaków pojawiły się trojaki. Czy niebo chciało ją wystawić na próbę?

Justyna świetnie sobie poradziła. Rodzina męża bardzo ją doceniła. Z ludźmi była spokojna, życzliwa, ale potrafiła działać szczególnie, gdy chodziło o zmobilizowanie męża do pomocy rodzinie. To ona zwykle mówiła:

Kiedyś będziemy potrzebować pomocy. Lepiej mieć dług niż go nie mieć. Chcesz na kolację smażone ziemniaki z grzybami? To idź i pomóż mamie przy nowej szafie, jej zajmie to pół dnia, a tobie chwilę. Przy okazji powiedz, że okna przyjadę umyć za tydzień.

Efekt? Gdy Justynie była potrzebna pomoc przy dzieciach, dwie babcie i dziadek (ojca już nie miała) byli gotowi pomagać o każdej porze dnia i nocy. Tak więc Justyna urodziła i odchowała dzieci, które przez niski wagę były przez pewien czas pod opieką lekarzy, a później poszła na studia.

Zwariowałaś?! Kiedy ty chcesz to wszystko godzić? Gośka nie wierzyła.

A kto dziecku źle oceni matkę trojaczków? Poza tym mózg nie stetryczeje na macierzyńskim, a potem będę i ekonomistką, i prawniczką.

Dyplom zdobyła, potem pracę też bo przekonała szefa, że pielęgniarka się opłaci, a przecież wcale jej nie potrzebowała, bo babcie dawały radę.

Przecież to ci się ledwo spina finansowo! upierała się Małgorzata.
Po pierwsze, opiekunki nie wynajmuję, ale szef o tym nie musi wiedzieć. Po drugie, zbieram doświadczenie. Dyplomy są niczym, liczy się praktyka. Przez dwa lata mogę zarabiać minimalną krajową, potem sama wybiorę warunki następnej pracy.

Gośka patrzyła na życie Justyny i nieraz się zastanawiała, skąd ona ma tyle energii. Małgorzata odwlekała decyzje, życie zawsze ją trochę przerastało. Nawet wybór rajstop do przedszkola był dramatem.

Ale jak już się na coś zdecydujesz, to zawsze masz rację uspokajała Justyna. Po prostu jesteś konserwatywna, a to najbardziej godni zaufania ludzie na świecie.

Godni Taaak. Tomek chyba docenił tę niezawodność Jak mógł? Po co to wszystko? Przecież normalnie żyli Tak, brak dzieci był trudny, ale już się z tym pogodzili. Godziny spędziła Małgorzata w domach dziecka jako wolontariuszka i zrozumiała, że nie potrafiłaby pokochać „cudzego” dziecka tak, jak powinna. Bała się, że nie stanie się naprawdę matką. Intuicyjnie wiedziała, że potrzeba tu czegoś więcej niż tylko chęci.

Jeszcze nie spotkała pani swojego dziecka powiedziała jej kiedyś pani dyrektor domu dziecka, pani Teresa. Uważnie patrzyła, jak wolontariusze prowadzą dzieci w korowodzie wokół choinki. Zobaczy pani tego właściwego i nic już nie powstrzyma.

A jak nie zobaczę? A jak nie jest mi dane być mamą?

To nie jest. I może to lepiej niż próbować i zawieść. Lepiej nie robić dziecku krzywdy.

Zobacz tego chłopca, Bartka? Już dwa razy go oddali.

Boże! Jak to?! On jest taki mały! Ma pięć lat?

Sześć za miesiąc. W pierwszej rodzinie spędził dwa lata, w drugiej rok.

Ale czemu? Jak można oddać dziecko?

W pierwszym przypadku przygarnęli sierotę, ale potem urodziło się im własne dziecko. Smutna klasyka. W drugim po prostu się przeliczyli dwójka własnych, troje przybranych, Bartek jako czwarty. Zabrakło miłości Po roku przestał jeść, prosił: „zabierzcie mnie, bo mnie nie kochają”.

Straszne Małgorzata aż się trzęsła.

Takich historii widziałam wiele. Czasem lepiej nie brać dziecka, niż wziąć i oddać. On teraz nikomu już nie ufa.

Po tej rozmowie Gośka prawie zaczęła załatwiać adopcję, ale tylko na chwilę. W końcu Justyna powiedziała:
Jesteś pewna, że masz wystarczająco miłości? Nie z litości? Bo jeśli tak, zniszczysz i siebie, i dziecko. Może chcesz na próbę któregoś z moich? Zobaczysz, jak to jest.
Gośka odmówiła i do domu dziecka już nie wróciła, ale o Bartku myślała cały czas. Stał się dla niej takim drogowskazem: żyć tak, żeby nikomu nie zrobić krzywdy.

Małgorzata objęła się ramionami, zmarzła. Skąd ten chłód? Przecież do ogrzewania jeszcze daleko, jesień dopiero się zaczęła! Może powinna pomóc Tomkowi spakować rzeczy? Które? Ciepłe też? Choć jeszcze za bardzo zimno nie jest, to niedługo będzie. U nich to lato takie krótkie, a jesień zaraz się kończy Tak było u mamy pod Sanokiem tam to się nie marzło! Zimę spędzały w skórzanej kurtce, ciepłe tylko, gdy w góry jechały. Teraz najbardziej chciałaby pobyć z mamą i pójść w góry na kilka dni. Niczego nie mieć, tylko z nią i wolnością Ale mamy nie ma. I Tomka też już nie będzie

Boże, wcale jej ta wolność niepotrzebna! Chce mieć męża blisko. Żeby wszystko było jak dawniej kawa rano i w środku nocy, rozmowy do rana, teatr czy niespodziewany wypad za miasto. Niczego nie planowali, a najlepsze dni spędzali spontanicznie. Tomkowi wystarczyło zadzwonić w środku dnia i spytać:
Co robisz, Gośka?
Zapracowana jestem, mam dwa spotkania rekrutacyjne, potem muszę do banku.
A wiesz co? Olej to wszystko, chodź na spacer!

Gośka rzucała wszystko i po godzinie już szli przez las, rozmawiali, milczeli i było dobrze…

Teraz dobrze się skończyło To już przeszłość. Ona to będzie pamiętać, a Tomek chyba nie. On będzie miał nową przyszłość, z tą kobietą, która jest w ciąży oto cała sprawa? Czy raczej ich małżeństwo od początku było kłamstwem? Z pierwszym mogłaby się pogodzić, z drugim nie… Bo to by znaczyło, że ona to tylko zero, nikt, nie kobieta Skoro przez tyle lat nie umiała uczynić jednego człowieka szczęśliwym

Stała przy oknie kuchennym, z nogami przy ciepłym kaloryferze, niezdolna zebrać się w sobie, by obrócić i działać. Słyszała, jak Tomek chodzi po mieszkaniu, otwiera szuflady, trzaśnie drzwiami. Tak się trzęsła, że nawet doniczka z jedyną rośliną, którą kiedyś dała jej Justyna, przesunęła się na krawędź parapetu. Gdy drzwi od mieszkania wreszcie trzasnęły, Małgorzata rozluźniła dłonie, osunęła je na parapet i tak mocno wcisnęła palce w gładką powierzchnię, jakby chciała ją połamać. Potem się wyprostowała, zrzuciła doniczkę na podłogę i krzyknęła.

Nie było łatwiej. Rozsypana ziemia z odłamkami wytrąciła ją z odrętwienia. Właśnie tak wszystko jest teraz czarne. Nie ma nadziei, światło odeszło z Tomkiem; zostawił ją samą. Dalej trzeba będzie iść po omacku nie ma już żadnych drogowskazów Poza jednym

Oderwała się wreszcie od grzejnika, przeszła przez kuchnię w stronę sypialni, nie patrząc na ranę po rozciętej nodze, po drodze capnęła z ładowarki telefon.

Justyyyyna!

To już nie był płacz. Taki zwierzęcy, łapiący za gardło dźwięk, ledwie padło z ust Gośki i dalej nic nie mogła powiedzieć. Ale Justynie nie trzeba było więcej.
Tomek odszedł?
Taaaak
Dobrze. Jutro u Ciebie.
Zwariowałaś! Gośka momentalnie przytomnieje, słysząc jej rozkazujący ton. Nie! Nie przyjeżdżaj. Mi nie wybaczę, jak coś się stanie tobie albo dziecku Czekaj Małgorzata przerwała, bo nagle coś załapała. Wiedziałaś?
Przeczuwałam. Gdy byliście ostatnio, Tomek nie patrzył mi w oczy. Teraz wszystko się zgadza. Gośka, wszystko będzie dobrze.
Ale jak dobrze? Nie chcę żyć, zostałam z niczym, wszystko poszło na marne, rozumiesz? Co mam robić?
Kup sobie sukienkę!
Co?!
Słyszałaś: idź kup sukienkę. Tą, której zawsze było ci szkoda pieniędzy. Idź, kup, pokaż mi potem. Nie siedź w domu nie pomoże ci to! A potem wsiadaj w pociąg albo samolot. Pojedziemy w góry.
Przecież zaraz rodzisz!
I co z tego? Myślisz, że jestem kaleką? Spać będziemy w hotelu, spacerować niedaleko, dla mnie też to ważne. Dziewczyny są na zgrupowaniu, Paweł na wyjeździe trzeba łapać chwilę!
To daj numer lotu za pół godziny i nie każ się denerwować ciężarnej!

Rozłączyła się, Gośka patrzy na telefon jak zaczarowana. Co teraz robić?

Odpowiedź przyszła sama. Małgorzata wolno podeszła do lustra. No, proszę cała historia jej twarzą wypisana. Już nie dziewczyna, ale nie staruszka. Jeszcze nie wszystko stracone! Młodość została za horyzontem ale to chyba nie znaczy, że już tylko pisać testament Tomek chce, żebym siedziała i płakała? Nie doczeka się! Justyna miała rację. Trzeba działać.

Po kilku telefonach i wiadomościach odwołała wszystko, co planowała na najbliższe dni. Zamknęła sprawy restauracji, ogarnęła potłuczoną doniczkę, chwyciła za szmatę i miotłę i posprzątała kuchnię jak nigdy. Potem… kupiła sukienkę. Czerwoną. Mocną, energetyczną zupełnie inną niż te, które wybierała przez ostatnie lata. Justyna od zawsze kochała się w takich kolorach, Gośka wolała stonowane. Ale teraz pierwszy raz poczuła, że chce być widoczna.

Patrzyła w lustro. Zmęczona, smutna, zagubiona, ale nie złamana. Coś tam w niej jeszcze zostało i nikt tego jej nie zabierze. Może potrafi nawet zrozumieć, czemu Tomek odszedł. Przecież byli razem nie tylko mężem i żoną, przez lata byli przyjaciółmi…

Podróż przypadła z przesiadką, ale nie miała to większego znaczenia zawsze to jakiś ruch, coś nowego na głowie.

Wyjazd dał jej dużo. Z Justyną przeszły całą okolicę, raz rozmawiały bez przerwy, raz szły w milczeniu, pozwalając by wszystko w nich się układało po nowemu. Dobre argumenty na przemian z humorem właśnie to Gośka potrzebowała.

Wróć tutaj! Co będziesz robiła tam sama? Biznes? Tu też potrzeba żłobków. W nowym osiedlu możesz otworzyć nawet dziesięć! A twój tata schorowany, przecież szykowałaś się do przeprowadzki, by być bliżej niego. Teraz nie musisz nic zmieniać. Zamieszkasz blisko albo z nim. Przemyśl to.

Myślała. I pod koniec przedłużonego urlopu postanowiła: wraca.

Rozwód, sprzedaż mieszkania i auta, papierologię przekazała prawnikowi. Każde spotkanie z Tomkiem było coraz łatwiejsze, aż w końcu wykasowała jego numer i zakazała sobie wracać do przeszłości.

Sanok powitał ją wiosną, wszystko kwitło, powietrze inne, jakby lżejsze. Nie zamieszkała z tatą kupiła mieszkanie obok, a to przez to, że natknęła się na panią Halinę, nową partnerkę ojca na schodach. Tak ciepło się uśmiechnęła O, szczęście! Najważniejsze, że ojciec znów wrócił do życia.

Widzisz, Gośka, Andrzej to jeszcze całkiem przystojny chłop uśmiechała się Halina, patrząc na ojca Małgorzaty. I Małgorzata wierzyła, że miłość może przyjść w każdym wieku. Może i dla niej są jeszcze drzwi uchylone, nawet jeśli na razie ich nie widzi?

W rok rozkręciła dwa żłobki i miała tyle pracy, że ledwie znajdowała czas na życie. Radykalnie zmieniła wszystko: fryzurę, szafę, wychowała psa, o którym marzyła od lat, ale i tak czasem wieczorami łapała ją tęsknota wtedy siedziała przy zimnej herbacie i myślała: oddałabym wszystko, żeby Tomek wpadł, zapalił światło, dotknął ramienia i spytał: Co jest, Gosiu? Zrobić ci herbaty? Wiedziała, że nie powinna go wspominać, ale jeszcze nie potrafiła zupełnie zamknąć starego rozdziału.

Problem z podatkami, który wypłynął prawie dwa lata po sprzedaży firmy, nawet ją ucieszył była okazja pojechać, pozamykać stare sprawy. Szybko się załatwiło, zostało jej pół dnia do powrotu przemierzyła stare kąty, zajrzała do dzielnicy, w której dawniej mieszkała. Co ją tam ciągnęło? Chciała chyba spojrzeć raz jeszcze na miejsca, gdzie była szczęśliwa albo nieszczęśliwa.

Jeden z dawnych żłobków zniknął, drugi się trzymał. Popatrzyła przez okno, jak dzieci z nową nauczycielką malują coś z zapałem, jak młody chłopak gra z nimi w niedźwiedzia dzieci piszczą z zachwytu. Dobry z niego pedagog! I tego potrzeba: kreatywności i zabawy.

Wychodząc, rzuciła ostatnie spojrzenie na budynek. Minęła ich dawny blok. Plac zabaw, po którym miała chodzić z własnymi dziećmi. Park, który kochali oboje…

Nie wiedzieć czemu, skręciła w stronę parku. Słońce powoli zachodziło. Na ławce przy fontannie siedział mężczyzna z wózkiem, wydał się znajomy. Zrobiła kilka kroków i serce stanęło przecież to Tomek. Zmienił się. Włosy miał siwe prawie całkiem, był jakiś mniejszy, przygarbiony. Gośka nie mogła tego znieść. Jakby chciała dogonić czas, przyspieszyła kroku.

Tomek…

Drgnął, pochylił głowę jeszcze niżej, nie śmiejąc się podnieść oczu.
Witaj, Gosiu.

Usiadła obok.
Co słychać?

Głupie, niepotrzebne pytanie. Tomek przestał poruszać wózkiem, spojrzał na nią.

Źle, Gosiula. Bardzo źle.

Czemu?

Jeszcze głupsze. Ale musiała wiedzieć, co u niego naprawdę.

Bo jestem sam. Bo zostałem z niczym przez przypadek, który zniszczył mi wszystko.

Nieprawda spojrzała mu w oczy i zrozumiała, że dla tej chwili oddałaby nawet te dwa lata samotności. Masz wszystko, czego chciałeś. Więcej niż zostawiłeś mi.

Wskazała wózek.

Syn czy córka?

Córka. Ewa.

Młoda żona, dziecko czego ci brak?

Nie mam żony, Gosiu. Zofii już nie ma. Poród był bardzo ciężki…

Gośka aż się zachłysnęła ale nie czuła żalu czy złości. Zupełnie obojętnie pomyślała o tamtej młodej kobiecie, co wbiegła w ich życie. Przypadek, chwila i teraz mała Ewa spała spokojnie w wózku

Długo milczeli. W końcu zaczęli rozmawiać naraz, przerywając sobie, śmiejąc się przez łzy. I gdy słońce już całkiem zaszło, a latarnie w parku się zapaliły, Ewa obudziła się, spoglądając szeroko na ciemniejące niebo.

Gośka podniosła się, żeby na nią spojrzeć poznała w tej twarzy coś z siebie?

„I gdy zobaczysz SWOJE dziecko, zrozumiesz, wszystko, Gosiu” zabrzmiał jej w głowie głos pani Teresy, dyrektor domu dziecka.

Pół roku później, właśnie ta Teresa prowadziła do swojego gabinetu brunatnowłosego, poważnego chłopca i zostawiła ich samych.

Bartek, wiesz po co tu przyszłam?

Po mnie.

Chcesz u mnie mieszkać?

Nie wiem. Myślę, że mnie pani nie weźmie.

Patrzył na Małgorzatę spokojnie, obojętnie prawie. Mała iskierka błysnęła, gdy spytała, czy chciałby być z nią, ale zaraz zgasła, gdy zobaczył zdjęcie.

To pani mąż?

Tak.

A ta dziewczynka to pani córka?

Nie, Bartek. To nie moja córka.

Znów iskierka nadziei. Małgorzata już nie pozwoliła jej zgasnąć.

To nie moje dziecko, Bartek, ale zostanę jej mamą. I twoją. Jeśli sam zechcesz.

Odda mnie pani.

A czemu?

Wszyscy mnie oddają.

Ja nie wszyscy. Wiesz czemu?

Nie.

Bo wiem, jak to jest stracić wszystko. Nie mieć nikogo, kto cię kocha. Bardzo to boli.

Też wiem…

Wiesz, kto to mama, Bartek?

Nie.

To jest ta, która nigdy nie pozwoli skrzywdzić swojego dziecka.

A pani mi współczuje?

Popatrzyła mu w oczy i potrząsnęła głową.

Nie. Nie chcę ci współczuć chcę cię kochać. Chcę, żeby ci było dobrze. Chcę, żeby Ewa miała starszego brata. Silnego, odważnego żeby jej nikt nie skrzywdził. Jak myślisz, damy radę?

Bartek milczał i patrzył w twarz tej kobiety. Była ładna, uśmiechała się, ale jakby wiedziała coś o wielkiej samotności. Czerwona sukienka była tak intensywna, że chłopiec aż dotknął delikatnej tkaniny.

Ładna?

Bardzo.

Kupiłam ją, gdy było mi naprawdę źle. I wiesz co? Od tego czasu robi mi się lepiej, kiedy ją zakładam.

Ja też lubię ten kolor. Znów pogładził rękaw i śmiało spojrzał Małgorzacie w oczy. Chcę spróbować.

Nie, Bartku, my nie będziemy próbować. Będziemy po prostu razem. Bo tak trzeba. I nie oddam cię nikomu, tylko mi pomóż, dobrze? Bo ja jeszcze nie wiem, jak to być mamą ale bardzo chcę spróbować. Dla ciebie i Ewy. Jeśli mi pozwolicie. Pomożesz mi?

Bartek powoli skinął głową. Małgorzata mogła w końcu odetchnąć.

Kilka lat później górską ścieżką szła rodzina. Brunatnowłosy, chudy chłopak pilnował zadziornej dziewczynki, która uciekała wszystkim i próbowała gdzieś się wymknąć.

Ewa, tam w lesie są wilki!

Nieprawda!

A są! I niedźwiedzie, duże i głodne!

Ich mama kaszy im nie gotowała?

Nie, nie umie.

A nasza umie.

No.

To niech im ugotuje, żeby nie były głodne.

Mamo! Ewa mówi, żebyś ugotowała niedźwiedziom kaszę!

Manną? dogoniła ich Małgorzata, lekko zasapana i próbowała dostosować krok do córki.

Mamo! Ewa aż zapomniała, co ciekawego wypatrzyła w krzakach. Ty nie umiesz bez grudek, a takiej niedźwiedzie nie chcą!

A widzisz łobuziaro! Małgorzata wzięła Ewę na ręce i przytuliła do nosa Ty nie lubisz, a misie by się cieszyły nawet z grudkami!

To im oddaję swoją jutro! Ewa usadowiła się wygodnie. I ten miód, co wczoraj kupiłaś, też!

Nie ma opcji! Sama lubię. A ty chcesz dalej jechać na rękach czy idziesz sama?

Na rękach!

To idź do taty! Małgorzata oddała Ewę Tomkowi, Michała pogładziła po głowie. Co, Bartek, o tej kaszy dla niedźwiedzi?

Mamo, ja nie chcę wracać. Jeszcze wszystkiego nie widzieliśmy. A jak Ewa zacznie karmić zwierzynę, to się z hotelu nie ruszymy. Może niech chodzą głodne?

Małgorzata roześmiała się.

Ewa, potem nakarmimy misie, dobra? A ja się nauczę gotować kaszę bez grudek.

Dobrze! Mała zgodziła się tak łatwo, że aż spojrzeli z Bartkiem na siebie.

Ale numer! Bartek pokręcił głową.

A ty patrz na nią, bo jeszcze pójdziemy szukać nie tylko niedźwiedzi, ale i Yeti oraz innych nieznanych nauce stworzeń, i wszystkich będziemy musieli zabierać do domu, bo Ewka ich nie zostawi bo oni wszyscy są głodni i potrzebują miłości!

Śmiech niósł się echem nad polaną, rozpraszał się pośród gór i cichł gdzieś wysoko. Dzień dopiero się zaczynał i zapowiadał się ciepły.

Oceń artykuł
TwojaCena
Złożone szczęście