Słuchaj, muszę ci opowiedzieć o akcji, która się u nas ostatnio wydarzyła, bo po prostu nie da się tego wymyślić. Nasz kot, Stefan, od zawsze spał z moją żoną Martą. Wiesz jak to wygląda? On się do niej przytula plecami, a mnie wypycha ze wszystkimi czterema łapami na skraj łóżka. Rano, jak tylko wstaję, to patrzy na mnie z takim bezczelnym uśmiechem, wręcz jakby chciał mi powiedzieć: Tu ja rządzę, frajerze. Ja się trochę na to wkurzam, ale tak naprawdę nie mam jak z tym walczyć. Marta się śmieje, głaszcze go i powtarza, że to jej misiaczek i słoneczko. A ja? No cóż nie śmieszy mnie to.
Słuchaj, dla misiaczka smaży się najlepszą rybkę na patelni i wszystko mu się tak szykuje ości wyprute, chrupiąca skórka elegancko ułożona na podstaweczku, jeszcze wszystko ciepłe i pachnące, prosto na miseczkę. A Stefan jak na mnie potem patrzy, to aż się śmieje tym swoim ogonem. Oczywiście, mi trafiają się tylko te kawałki ryby, co Stefanowi nie podeszły. Generalnie, robił ze mną co chciał. A ja mu trochę dokuczałem w rewanżu czasem go leciutko odepchnąłem od talerza, a czasami strąciłem z kanapy. Wojna podjazdowa jednym słowem.
I wiesz co? Stefan mi czasem podrzucał do kapci takie drobne niespodzianki Marta wtedy śmiała się jeszcze bardziej i mówiła: Zostaw biedaka, nie zaczepiaj go. A po chwili tuliła swój szary skarb, a on patrzył na mnie jak jakiś baron. Cóż, Marta to Marta innej nie mam, więc z kotem musiałem się dogadywać, czy tego chciałem, czy nie. Ale pewnego ranka
Rano szykowałem się już do pracy, gdy nagle z przedpokoju usłyszałem rozpaczliwy krzyk Marty. Wpadam tam, a tu scena jak z filmu: 6 kilo kociego futra, wkurzonego na maksa z wyciągniętymi pazurami, atakuje Martę jakby była bykiem z corridy! Jak mnie zobaczył, rzucił się na mnie z takim impetem, że aż wyleciałem z przedpokoju i przygrzałem o ziemię. Jak wstałem, to złapałem pierwszy z brzegu stołek i osłaniałem się nim jak tarczą. Złapałem Martę za rękę i pognaliśmy do sypialni. Kot rzucił się jeszcze raz, stuknął łapą o nogę krzesła i wtedy zawył. Ale nawet to go nie zatrzymało atakował dalej, aż zamknęliśmy za sobą drzwi. Nasłuchiwaliśmy zza drzwi jego syczenia i potem dopiero zaczęliśmy opatrywać zadrapania spirytusem i jodyną.
Marta dzwoni do pracy i mówi: Proszę pani, nasz kot zwariował, poszarpaliśmy się z nim i musimy jechać do szpitala. Po niej ja dzwonię do szefa, powtarzam to samo. I nagle Nagle całą klatką zakołysało jak podczas trzęsienia ziemi. W kuchni pękły szyby, w łazience rozprysło się okno. Telefon wypadł mi z ręki, w domu zapadła cisza. Zapomnieliśmy o kocie, wybiegliśmy z sypialni do kuchni i zerkamy przez okno na dwór.
A tam, pod blokiem, zieje wielka dziura jak po bombie. Wszędzie porozrzucane kawałki karoserii od samochodu. Okazało się, że to busy sąsiada, na gaz, z kilkoma butlami wybuchł mu samochód. Na parkingu powywracane auta, obracają kołami jak żółwie na plecach, w tle wyją syreny policji i karetki.
Z Martą patrzymy na siebie w szoku i jak na komendę obracamy się do Stefana. A on siedzi skulony w kącie, trzymający przednią łapkę blisko brzucha, cichutko płacze. Marta piszczy, rzuca się do niego, tuli i zabiera na ręce. Ja łapię klucze od Fabii, wypadamy z domu, przebiegamy po schodach przez siedem pięter, nawet na windę nie patrzymy.
Straszny zamęt był po wybuchu, ale u nas najważniejszy był ranny Stefan. Na szczęście auto stało za blokiem, więc wsiedliśmy i pojechaliśmy do znajomego weterynarza. W aucie kotłowały mi się myśli, a z radia leciało akurat Dwoje w kawiarni Tadeusza Woźniaka melancholia pełną gębą.
Po godzinie wychodzimy od weterynarza, Marta niesie Stefana jak największy skarb, a on dumnie prezentuje wszystkim w poczekalni zabandażowaną łapkę. Ludzie podchodzili do nas i głaskali go, jakby był bohaterem. W domu Marta oczywiście szykuje rybkę specjalnie dla niego, pod jej okiem, wyciąga ości, układa chrupiącą skórkę w idealny stosik na talerzyku, a mi na końcu lądują resztki.
Stefan kuleje, z trudem podchodzi do miski i próbuje patrzeć na mnie tak z pogardą jak zwykle, ale tym razem zamiast tego widzę grymas bólu. Wiesz co zrobiłem? Wziąłem swoją porcję ryby, wyjąłem ości i wsypałem do jego miseczki.
Patrzy na mnie wielkimi okrągłymi oczami, przytulając łapę do klatki i cichutko miaucząc, jakby pytał: Co jest grane, panie? Wziąłem go wtedy na ręce, podniosłem na wysokość twarzy i powiedziałem: Może i jestem pechowcem, ale jeśli mam Martę i takiego kota, to jestem najszczęśliwszym pechowcem na świecie. No i cmoknąłem go prosto w nos.
Stefan zamruczał i trącił mnie łbem w policzek. Położyłem go na podłodze, a on, mimo bólu, podreptał do miseczki i zaczął jeść. Z Martą przytuleni patrzyliśmy sobie na naszego kota i uśmiechaliśmy się jak wariaci.
Od tego czasu Stefan śpi już tylko ze mną. Patrzy mi prosto w oczy, a ja modlę się tylko o jedno żeby dane mi było zobaczyć Martę i Stefana przy sobie jak najdłużej. I więcej mi już w życiu nie trzeba.
Przysięgam to jest właśnie prawdziwe szczęście.




