No to się poznaliśmy
– Michał, co się z tobą dzieje? zapytała Malwina po kilku minutach ciszy. Jest z tobą wszystko w porządku? Blady jesteś jak ściana…
– Tak, tak… wszystko okej odpowiedziałem, próbując zebrać się w sobie. Odłożyłem widelec i sięgnąłem po szklankę z sokiem jabłkowym, przeciągając chwilę, w której będę musiał jej odpowiedzieć.
*****
Zatrzymałem się pod klatką w starej, warszawskiej kamienicy. Ująłem za zimną, obdrapaną klamkę metalowych drzwi, już miałem je uchylić ale w ostatniej chwili odsunąłem rękę.
Nie chciałem wchodzić do środka.
Wiedziałem, że na mnie czekają, pamiętałem przecież, co obiecałem Malwinie wpadnę do nich, poznam jej rodziców. Ale denerwowałem się tak bardzo, że ledwo stałem na nogach.
Głupio mi było samemu przed sobą. 35 lat, dorosły facet, a nogi trzęsą mi się jak dzieciakowi przed maturą. Wystarczyło tak niewiele: wejść do klatki, na trzecie piętro, pod numer 36.
A jednak
coś mnie trzymało w miejscu. Niewyjaśniony, głęboki lęk.
W tej chwili jedyne, czego chciałem, to zawrócić i iść gdziekolwiek, byle nie tutaj.
– Po co ja się w ogóle zgodziłem? mruknąłem, robiąc ostrożnie krok w tył. Przecież wiadomo, że mnie nie zaakceptują.
Odsunąłem się jeszcze dalej, spojrzałem w okno na trzecim piętrze, w którym paliło się światło.
Tak ostre, wręcz rażące jakby ktoś celowo je zostawił, bym się nie zgubił i trafił.
Tyle tylko, że nie miałem ochoty wejść do tego mieszkania.
Jedyne, co powstrzymywało mnie przed ucieczką, to myśl, jak Malwina zareaguje na to, że po prostu się ulotnię. Prosiła przecież, bym przyszedł.
A ja jej to obiecałem.
*****
Michał, mam sprawę tylko się nie przestrasz powiedziała wczoraj wieczorem Malwina. Moi rodzice chcą cię poznać
Malwina moja dziewczyna.
Siedzieliśmy razem w knajpce na Powiślu, kolacja, luz, rozmowy o naszych planach na weekend.
I nagle jej rodzice chcą mnie poznać. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Nawet przestałem jeść, patrząc na nią, próbując wybadać, czy żartuje.
W sumie, to normalne. Rodzice dziewczyny chcą zobaczyć, kto się z nią spotyka. Dziwne byłoby, gdyby nie wykazali zainteresowania.
Tylko
bałem się, że im się nie spodobam. Że nie spełnię ich oczekiwań. I nie było to moje widzimisię miałem ku temu powody.
Mama Malwiny, Wanda, od lat pracuje na Uniwersytecie Warszawskim od zwykłego wykładowcy, aż do prorektora. Teraz pełni wysoką funkcję w Ministerstwie Edukacji.
Jej ojciec, Zbigniew, podobna ścieżka kariery. Zaczynał jako inżynier w dużym przedsiębiorstwie budowlanym, potem został wicedyrektorem, aż w końcu założył własną firmę jedną z większych w mieście. Osobiście zna prezydenta Warszawy. Człowiek z nazwiskiem.
Sama Malwina, trochę po trzydziestce, kieruje działem prawnym w dużej spółce finansowej.
A co ja osiągnąłem przez te 35 lat?
Zwykły administrator systemów komputerowych, bez dyplomu magistra. Płacą nieźle, ale perspektyw żadnych.
Jak wyglądam przy nich, siedząc przy tym samym stole? Co im powiem? Jak spojrzę w oczy komuś, kto zbudował pół Warszawy i jest przyjacielem rektora UW?
Może chcieliby dla córki prawnika, właściciela firmy, syna posła? A nie systemowca ze średnim technicznym
Pewnie zastanawiacie się, jak w ogóle poznałem Malwinę? Zwykły przypadek.
Była piękna, słoneczna sobota. Chciałem trochę się przewietrzyć spacer po Polu Mokotowskim wydawał się świetnym pomysłem. Tam i na Malwinę się natknąłem. Zwariowana historia.
Ona z koleżankami, one poszły po lody, a ona została pilnować ławki i dzwonić do mamy.
Nie widziała nawet, że w jej stronę pędził chłopak na elektrycznej hulajnodze tak był wstawiony, że ledwo trzymał się na nogach.
Zareagowałem w ostatniej chwili złapałem ją za rękę, odciągnąłem od toru lotu hulajnogi. Ułamek sekundy później hulajnoga przeleciała obok i wjechała w śmietnik.
Co pan robi?! oburzyła się Malwina.
Zaraz jednak zrozumiała, o co chodziło i patrzyła na mnie już inaczej. Wiedziała, że gdyby nie to przyciągnięcie mogło skończyć się źle.
Zacząłem zagadywać, koleżanki jej zwlekały z lodami, wymieniliśmy się numerami telefonów. Spotkaliśmy się znów, potem jeszcze raz Tak od pół roku jesteśmy razem.
Wszystko to przetaczało mi się przez głowę po pytaniu Malwiny podczas kolacji w knajpie.
Długo bałem się tej chwili. Obawiałem się, że jej rodzice nie zaakceptują mnie, uznają za naciągacza szukającego dobrze sytuowanej żony. Już raz tak straciłem bardzo ważną dziewczynę. Teraz nie chciałem tego powtórzyć.
– Michał, co z tobą? zapytała Malwina, widząc mój wyraz twarzy. Coś się stało? Źle się czujesz?
– Nie, wszystko w porządku – udało mi się wydukać. Odłożyłem widelec i sięgnąłem po sok.
– To przyjdziesz?
– Co? Gdzie mam przyjść?
– No do mnie do domu! uśmiechnęła się szeroko. Mama coś pysznego ugotuje, tata przywiezie specjalne, kolekcjonerskie wino. Od znajomych z Francji. Michaś, tylko ciebie mi potrzeba. Będziesz?
– Sam nie wiem Myślę, że rodzicom mogę się nie spodobać.
– Ale czemu niby?
– Bo nie mam magistra, całe życie tylko instaluję programy i odzyskuję dane z dysków twardych. Na pewno mieli dla ciebie inną wizję. Kogoś z grubej ryby, a nie informatyka bez perspektyw
– Przestań się tak stresować. Moi rodzice to zwyczajni ludzie! Zobaczysz jutro, punktualnie o 19. Nie spóźnij się.
– No spróbuję odpowiedziałem, choć sam nie byłem przekonany.
*****
I tak nadeszło jutro.
Stoję pod kamienicą Malwiny, jest 18:55, zimno. I nie wiem, co robić.
Wiem, że wcześniej czy później muszę ich poznać, bo z Malwiną myślimy już poważnie chciałbym się jej oświadczyć.
Tylko dziś to wszystko mnie przerasta. Może jak mnie przeniosą do nowego oddziału (mają awansować mnie na szefa IT), będę wyglądał nieco poważniej w oczach jej rodziców.
Wtedy może Wanda i Zbigniew nie wyrzucą mnie od razu za drzwi.
Już zamierzałem się wycofać, kiedy w kieszeni zawibrował telefon.
To Malwina.
– Michał! radosny głos w słuchawce. Z mamą prawie skończyłyśmy przygotowania, tata zaraz powinien być. Gdzie jesteś? Idziesz już?
– Hej, Malwinka tak już prawie jestem…
– Słabo cię słyszę! Idziesz już?
– Tak westchnąłem. Prawie jestem.
– Michał, jeśli teraz masz znowu wątpliwości, to nic nie mów. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz! Wyjść ci po ciebie?
– Nie, nie trzeba! Zaraz będę
– To czekamy!
Odłożyłem telefon, przeszedłem na drugą stronę ulicy, potarłem mocno skroń próbując znaleźć powód, by jednak nie pójść do nich.
Nic nie wymyśliłem.
Jeszcze mi tylko brakuje, żeby spotkać Zbigniewa przed wejściem, pomyślałem nerwowo i przeszedłem wokół kamienicy.
Po drodze spotkałem jakiegoś chłopaka, poprosiłem o papierosa nie paliłem od miesięcy, ale dzisiaj naprawdę potrzebowałem czegoś na uspokojenie.
Stanąłem na rogu bloku, zaciągnąłem się, patrzyłem nerwowo w pusty plac za budynkiem.
Nic ciekawego, po prostu pusto. Z prawej śmietnik, z lewej miejsce, gdzie kiedyś stały garaże teraz planują tam budować nowy blok.
Wtem zauważyłem psa na środku pustego placu. Od razu się spiąłem bezpańskie psy bywają nieprzewidywalne.
Ale po chwili stwierdziłem, że ten zupełnie nie zwraca na mnie uwagi. Po prostu leżał na śniegu. Najwidoczniej nie miał wyboru. Pewnie nikt go nie wpuści się ogrzać do klatki, choć mróz był niemal siarczysty.
*****
Psa nazwałem Fafik taki zwykły, polski pies, może trochę podobny do labradora, a może więcej w nim kundla. Ostatnie dni nie jadł prawie nic.
Mieszkał kiedyś na Pradze, ludzie go lubili i dokarmiali, ale
jedna starsza pani uznała, że pies nie pasuje do ich okolicy.
Cięgle pisała do urzędu miasta, zbierała podpisy I ludzie podzielili się na tych za i przeciw.
Ten bezpański pies buszuje po placu zabaw! krzyczała. Jeszcze pogryzie dziecko! Spójrzcie jakie ma smutne, złe oczy!
W istocie oczy Fafika były bardzo smutne. Jego pierwszym panem był chłopiec, Bartek.
Bartek z rodzicami jechał na Mazury, pies biegał przy drodze, jeszcze szczeniak. Dziecko ubłagało rodziców, żeby zabrali psa ze sobą.
Zabrali go na wakacje, ale gdy przyszło wracać, zostawili go na działce. Do bloku nie możemy zabierać psa. Kto będzie go wyprowadzał, ty? pytali Bartka.
– Nie pokręcił smutno głową.
Pies został. Tęsknił. Miesiąc później przygarnęła go jakaś kobieta, przywiozła do miasta i codziennie prowadzała na bazar. Próbowała go sprzedać.
Wmawiała kupującym, że to rasowiec nie miała żadnych papierów, ale udało się. Sprzedała go małżeństwu.
Gdy pies podrósł, małżeństwo zorientowało się, że to zwykły mieszaniec, nie rodowodowiec pozbyli się go na przedmieściach.
To była wiosna pies poradził sobie wtedy. Od tego czasu był zdany na siebie.
Zamieszkał w końcu na Mokotowie cicho, spokojnie, nie było wrednych, agresywnych psów. Często patrzył na dzieci bawiące się na placu. Wzdychał, wspominając Bartka.
Marzył, że kiedyś jeszcze go spotka. Że będzie miał prawdziwy dom.
Bartka nie spotkał. Kilka dni temu ludzie zaczęli być nieprzyjemni rzucali w niego kamienie, krzyczeli. Musiał odejść.
Nie chcąc nikomu przeszkadzać, zrezygnowany opuścił znane podwórko.
Teraz leżał na śniegu, wyczerpany i głodny, bez siły na cokolwiek.
Zobaczył mnie z papierosem, który stałem na rogu. Westchnął w duchu: I tak mi nie pomoże. Zapali i pójdzie.
*****
Skończyłem papierosa, rozejrzałem się, poszedłem do klatki wyrzucić peta. Mógłbym rzucić go w śnieg, ale miałem zasady mama powtarzała: Chcesz zmienić świat? Zacznij od siebie.
Gdy już byłem przy śmietniku, na podwórko skręcił samochód. Był czarny, luksusowy odruchowo uciekłem na pusty plac, by nie spotkać ewentualnie Zbigniewa.
Przypomniałem sobie o Fafiku właśnie wtedy.
Tylko żeby nie szczekał przestraszyłem się.
Ale pies nawet na mnie nie spojrzał.
– Ej, wszystko w porządku? odezwałem się półgłosem.
Zero reakcji. Dziwne.
Podszedłem bliżej. Nic. Uklęknąłem tuż przy nim, dotknąłem zimny jak lód i prawie nieruchomy, ale jednak oddychał.
Wiedziałem, że jeśli mu nie pomogę, nie doczeka rana.
Automatycznie wziąłem go na ręce i ruszyłem w stronę bloku, żeby wejść do klatki, przy kaloryferze odgrzać go i potem wezwać taksówkę, zawieźć do weterynarza.
Wszystkie bramy na domofon zamknięte.
Ruszyłem do kolejnej kamienicy.
Telefon cały czas dzwonił z kieszeni Malwina wytrwale mnie szukała ale nie miałem wolnych rąk.
Przechodząc pod oknem Malwiny, spojrzałem na trzecie piętro. Ona i jej rodzice pewnie by pomogli, ale bałem się, że wyproszą mnie z bezpańskim psem.
Na końcu ulicy zatrzymała się limuzyna. Oślepiły mnie reflektory miałem już odejść, gdy nagle uchyliły się drzwi i wychylił się z nich elegancki mężczyzna.
– Chłopie, co się dzieje? Pomóc ci?
– Leżał tu pies, ledwo żywy z zimna wyjąkałem. Pan wie, gdzie tu weterynarz całodobowy?
– Blisko nie. Ale znam bardzo dobrego na Solcu! Wsiadaj z psem z tyłu, zawiozę was.
– Tak po prostu? Zabierze mnie pan i psa?
– Jasne, wskakuj! Czas gra rolę. Chyba chcesz, żeby pies przeżył?
Nie musiał długo mnie przekonywać. Po chwili już wylatywaliśmy z podwórka.
W trakcie jazdy mężczyzna dzwonił do kogoś przez telefon: Córeczko, mam awarię, zaraz ci wszystko wyjaśnię. Mówiłaś, że Michała nie ma? Nie widziałem nikogo pod blokiem. Gdyby był dam znać.
– Przeze mnie będzie miał pan kłopoty bąknąłem.
– Daj spokój! Opowiadaj, pies przeżyje? Reaguje?
– Oddycha, ale ledwo… nie otwiera oczu.
– Przyspieszam rzucił krótko.
Po dziesięciu minutach byliśmy u weterynarza czekał już na nas znajomy kierowcy. Psa od razu zabrali na zaplecze.
Zostałem na korytarzu, w końcu spojrzałem na telefon kilka nieodebranych od Malwiny i wiadomość: Gdzie jesteś? Wszystko ok?. Powinienem oddzwonić, wyjaśnić ale nie miałem na to siły.
Myśli miałem tylko o psie.
Nie podziękowałem nawet kierowcy. Wyszedłem na ulicę, ale samochodu już nie było. Wróciłem do przychodni dowiedzieć się, co z Fafikiem. Już wtedy wiedziałem, że jeśli przeżyje, zabiorę go do siebie. Nawet jeśli z Malwiną się nie ułoży przynajmniej nie będę zupełnie samotny.
*****
Minęło chyba z czterdzieści minut, ale z pokoju, na który wciąż patrzyłem, nikt nie wychodził.
Nagle przy recepcji rozległa się głośna rozmowa. Znałem ten głos Malwina! Za nią jej mama i co mnie zaskoczyło najbardziej ten sam kierowca.
Uśmiechnął się szeroko i powiedział:
– A mówiłem ci, córeczko, że będzie czekał jak na szpilkach. Przejmuje się losem tego psa.
Zrozumiałem, że to rodzice Malwiny Wanda i Zbigniew.
– Michał, dlaczego nie zadzwoniłeś? Martwiłam się! Malwina prawie na mnie naskoczyła.
– Przepraszam spuściłem wzrok. Bałem się przynieść bezpańskiego psa do waszego domu.
– Ale jesteś głupiutki! zaśmiała się. Moi rodzice uwielbiają zwierzęta mamy w domu trzy koty, które mama przygarnęła z ulicy.
– Naprawdę?
– Naprawdę!
Podejdą do mnie rodzice. Nastała wreszcie ta chwila, której tak się bałem.
– No to się poznaliśmy zaśmiał się Zbigniew, mocno ściskając mi rękę.
– Wie pan odezwała się Wanda, podając mi dłoń to, co pan zrobił, to prawdziwy gest człowieka o dobrym sercu. Malwinka miała rację trzeba było przyjść od razu do nas. Proszę się nie martwić, damy radę i z psem, i z poznaniem rodziców.
– Damy radę, damy radę potwierdził weterynarz wychodząc z pokoju. Pies przeżyje.
Fafika pozwolono zabrać już tego samego dnia. Wystarczyło go dogrzać i opiekować się.
Miłość czyni cuda pożegnał nas lekarz. I z piekła potrafi wyciągnąć.
Chciałem wracać do siebie, ale Malwina i jej rodzice przekonali mnie, żeby psa przynieść do nich koty się nim zajmą lepiej niż niejeden lekarz. Przy okazji można uczcić jego uratowanie no i może lampkę wina na nowe znajomości.
I tak Fafik położył się na kanapie w salonie, otoczony trzema kotami, chyba pierwszy raz w życiu pewny, że nie zmarznie i nikt go nie wygoni. A ja siedziałem w kuchni, przy cieście, z Malwiną i jej rodzicami.
Niepotrzebnie się bałem okazali się cudowni, zwyczajni, gościnni.
Po kilku dniach Fafik doszedł do siebie mógł chodzić. Postanowiłem go przygarnąć.
– A mnie ze sobą nie zabierzesz? Malwina zaśmiała się, wychodząc z walizką do przedpokoju.
– Ciebie? Na poważnie?
– Bardziej niż serio. Rodzice powiedzieli, że mam się już wyprowadzić, bo chcą wnuków. Twierdzą, że czas zacząć powiększać populację Polski.
Nie wytrzymałem i wybuchłem śmiechem. Malwina dołączyła, a Fafik wesoło merdał ogonem.
Niby nie do końca rozumiał, co się dzieje ale czuł, że zaczyna się coś bardzo dobrego.
Tak to się stałoPo raz pierwszy od dawna poczułem się naprawdę u siebie nie przez metraż, nie przez meble, ale przez to cudowne poczucie, że ktoś czeka na mnie po drugiej stronie drzwi. Ktoś, kto zna moje największe obawy, widział najgorsze wątpliwości i nie tylko nie uciekł, ale jeszcze mocniej przy mnie stanął.
Fafik przysunął nos do mojej ręki, ledwo pozwalając Malwinie ją trzymać.
Dobrze, Malik powiedziała czule. Z tobą to i psy są zazdrosne.
Z kuchni dobiegał śmiech Wandzi i Zbigniewa. Ich dom pachniał ciepłem i obecnością, a na starej, dębowej szafce stały już dwie miski jedna dla Fafika, jedna dla nowego zięcia, jak zażartował Zbigniew.
Malwina spojrzała na mnie długo, jakby wiedziała, co chcę powiedzieć, zanim sam zrozumiałem, co czuję.
Wiesz zacząłem, ale głos mi ugrzązł w gardle. Zawsze myślałem, że żeby na coś zasłużyć, trzeba być kimś lepszym. Studiować, wspinać się po drabinie, mieć wizytówkę z pieczątką A ty i twoja rodzina daliście mi odwagę po prostu być sobą. Może właśnie to wystarczy?
Dla mnie od początku było szepnęła Malwina, wtulając się we mnie.
Wieczór dłużył się w rozmowach, żartach, planach aż do pierwszej cichej gwiazdy za oknem, kiedy wszyscy po kolei przysnęli na kanapie. Nawet koty pozwoliły Fafikowi spać na najlepszym kocu.
Zbigniew zgasił lampkę i przeszedł do pokoju, uśmiechając się pod nosem.
Gdzieś, głęboko, przemknęła mi przez głowę myśl, że czasem to, czego boimy się najbardziej, jest tylko drzwiami do nowego, lepszego życia. Czasem wystarczy wejść do środka, nawet jeśli serce wali jak podczas egzaminu dojrzałości.
Może od teraz już żaden egzamin mnie nie przestraszymam rodzinę, która lubi psy, i kobietę, która przytuli, gdy zaczynam się bać.
Wieczór zamknął się razem z nami w ciepłym mieszkaniu. Fafik mruknął przez sen, Malwina uśmiechnęła się w półśnie. Wiedziałem już, że jestem dokładnie tam, gdzie zawsze chciałem być.
I, kto wie może następnym razem to właśnie ja komuś podam pomocną dłoń. Zresztą, cała reszta to już tylko piękna, codzienna historia.



