Trudne szczęście
Jak to się rozwodzimy? Michał, żartujesz sobie? zapytała Magda, patrząc na męża jak na jasny gwint. Rozwód? Po prawie dwudziestu pięciu wspólnych latach? Za dwa tygodnie mieli świętować okrągłą rocznicę A może to już nieaktualne? Myśli latały po głowie jak muchy na działce u cioci Halinki. Przecież sala zamówiona, zaproszenia poszły, cała rodzina miała się zjechać. Znajomi dzwonili non stop, pytając, co dać w prezencie. A Kaśka, najlepsza przyjaciółka Magdy, już nawet paczkę przysłała, bo daleko, i w szóstym miesiącu ciąży do samolotu nie wsiądzie. Niech siedzi w domu. Jeszcze się pobawią razem, Kaśka była przecież swatką tej pary. To ona zapoznała Magdę z Michałem swoim kolegą ze studiów. A na weselu to Kaśka pierwsza wrzasnęła: Gorzko! Gorzko!, chowając się za bukiet ślubny, który Magda z uporem wcisnęła jej prosto w ręce, omijając całą kalkę z rzucaniem.
Czekałabym jeszcze, aż twój Tomek się zdecyduje? jęczała Magda.
Spokojnie! odparła Kaśka, poprawiając Magdzie fryzurę. Każdemu potrzebne jest trochę czasu. Tomek musi dojrzeć! A po co mi taki niedojrzały mąż? Żeby rozwód był po dwóch latach, góra trzech? Potem podział mieszkania, dzieci, rodziny, bo się wszyscy do mnie przywiążą? To ja już wolę poczekać na urodzaj.
Planujesz na dwa lata w przód? śmiała się Magda, patrząc, jak Kaśka wyczynia cuda z pędzlem i pudrem.
Nie umiem żyć na pół gwizdka! Jak robić, to na całego!
A dzieci, Kaśka? Od razu dwójka?
A jeszcze! Najlepiej bliźniaki! Raz przejść przez mękę i mieć komplet. W mojej rodzinie i u Tomka były już takie incydenty.
Ale wychowywać trzeba podwójnie!
Dwójka łatwiej niż jedno, konkurencja ich uczy. Zawsze to ktoś do zabawy. A i „Matka Roku” murowane.
Nie mów nic więcej! Magda śmiała się, a w duchu wiedziała, że Kaśka dostanie, co chce.
I rzeczywiście, los miał więcej poczucia humoru niż sama Kaśka, bo zamiast bliźniaków dostała trojaczki. Chyba niebo chciało sprawdzić, jak sobie poradzi.
Poradziła i to jak! Teściowa i szwagierki ja pokochały, choć Kaśka zawsze trzymała fason nie robiła z siebie służki, ale jak trzeba, pomagała każdemu. Najczęściej przez mobilizowanie męża do działania: Chcesz ziemniaczki z grzybkami na kolację? To skocz do mamy i napraw jej szafkę. Tobie to dwie godziny roboty, jej będzie miło. A okna jej umyję za tydzień.
I tak, gdy przyszła potrzeba pomocy przy dzieciach, dwie babcie i jeden dziadek byli w pełnej gotowości, bo dziadka Kaśki już nie było. Dzieci udało się odchować, a potem Kaśka, zapytana przez Magdę, po co jej jeszcze studia, odparła: Ktoś postawi trójce dzieci słabą ocenę? Przynajmniej mózg mi się nie zlasuje. A po macierzyńskim wszędzie mnie przyjmą i mogę negocjować!
Magda czasem się dziwiła, jak Kaśka daje radę. Sama zawsze była typem człowieka, który osiem razy się zastanowi, zanim zdecyduje, czy do pracy założyć granatowe rajstopy czy bordowe. Ale ty Magda, jak już coś zdecydujesz, to porządnie uspokajała ją Kaśka. Jesteś konserwatystką, a to najpewniejszy typ człowieka.
Konserwatystką! O, i Michał to docenił aż mu się zachciało rozwodu! Po co to wszystko? Jakoś się żyło, wiadomo brak dzieci bolał, ale temat odpuścili dawno. Magda kiedyś nawet była wolontariuszką w domu dziecka, ale szybko zrozumiała, że nie umiałaby pokochać nieswojego dziecka tak, jak trzeba. Bała się, że nie starczy jej tej wyjątkowej, „maminej” miłości.
Pani Magdo, po prostu nie trafiła pani jeszcze na swoje dziecko mówiła jej dyrektorka domu dziecka, pani Stefania. Wie pani, jak zobaczy pani swoje, to po ptakach, od razu poczuje pani powołanie, żadna trudność panią nie zatrzyma.
A jeśli nie zobaczę? Może mi nie jest dane być matką? Magda układała przywiezione prezenty na stołach i usiłowała nie uronić łzy.
Cóż, nie każdemu dane. Lepiej uczciwie niż na siłę. Widziała pani tego Sebka? Dwa razy wracał.
Boże, jak to wracał? Przecież on ma z pięć lat!
Sześć skończy, był już w dwóch rodzinach. Za pierwszym razem adoptowali, potem im się urodził własny, oddali Sylwka z powrotem. Potem druga rodzina, własnych mają dwójkę i trójkę przyjętych, Sylwek miał być czwarty i nie wystarczyło już miłości.
Jak można oddać dziecko?! wykrzyknęła Magda.
Ten mały po prostu przestał jeść i poprosił, żeby go oddać z powrotem. Bo się nie kochają. Takie rzeczy się zdarzają, niestety.
Magda wróciła do siebie, cała roztrzęsiona, już miała zacząć papierologię, by zabrać Sebka, gdy ochłonęła po rozmowie z Kaśką: Jesteś pewna, że masz tyle miłości? Bo jeśli nie, lepiej daj spokój. To nie piesek. I przemyśl dobrze, czy to nie tylko litość.
Pakowanie rzeczy Michała? Może ciepłe swetry? Przecież zima długa, a tutaj w Gdańsku lato krótsze niż lista sukcesów nowego rządu. Ach, u mamy, w Zakopanem, inne życie było. Zimą chodziło się w lekkiej kurtce, a mróz to tylko w górach łapał. Teraz Magda marzyła tylko, by wrócić do mamy i pójść razem w górski szlak. Ale mamy już nie było. Teraz i Michała nie będzie.
Faktem jest Magda tej wolności nie potrzebowała, tylko męża przy boku. Poranne kawy, nocne rozmowy bez sensu, spontaniczne wypady, bo nigdy niczego nie umieli dobrze zaplanować. Najlepsze (i najgorzej sfotografowane) chwile w życiu Teraz to przeszłość. On będzie miał nowe „szczęście” z nową, która urodzi mu dziecko. O to chodziło? Albo ich małżeństwo od początku było iluzją?
Magda ledwo stała przy kuchennym oknie, przytulona kolanami do kaloryfera, nasłuchiwała jak Michał krząta się po domu, szuflady, drzwi Trzęsła się tak, że przesunęła jedyną roślinkę, którą dostała kiedyś od Kaśki, na sam brzeg parapetu. Kiedy trzasknęły drzwi, wyprostowała się, pacnęła doniczką, krzyknęła.
Ulżyło? Nic z tych rzeczy. Smutna czarna ziemia rozrzucona po kuchni była tylko groteskowym obrazem nowej rzeczywistości same czarne myśli. Nie zostało już nic Trzeba się zbierać.
Po chwili w końcu sięgnęła po telefon.
Kaaaaśka To już nie był płacz, tylko wycie rannej łani. Kaśka rozpoznała wszystko bez słów.
Michał? Odszedł?
Taaaak
Dobra, jestem jutro.
Zwariowałaś?! Kaśka, nie! Ja nie przeżyję, jak z tobą i dzieckiem coś się stanie po drodze Zaraz, wiedziałaś?
Podejrzewałam. Michał na mnie nie spojrzał ostatnio ani razu. Daj spokój, Magda. To i tak na dobre.
Jakie na dobre? Moje życie się skończyło! Magda aż omal nie upuściła telefonu.
Kup sobie sukienkę!
Co?! Usiadła osłupiała.
Sukienkę sobie kup, tę czerwoną, której zawsze było ci żal pieniędzy. Teraz. Potem mi pokaż. Nie siedź w domu i nie wyj! Pospacerujesz, polecisz do mnie pod Tatry, i pójdziemy w góry.
Jakie góry, kobieto? Ty w końcówce ciąży!
Bez przesady, nie jestem inwalidką. Przecież w hotelu, a nie pod namiotem. Nie marudź! Za pół godziny czekam na numer lotu.
Kaśka się rozłączyła, a Magda jeszcze długo gapiła się w czarny ekran. Co teraz? Ale odpowiedź przyszła sama.
Zlustrowała się w lustrze. No, już nie nastolatka, ale i nie staruszka! Mimo wszystko jeszcze nie jest do kasacji! Kaśka ma rację nie dam się! Po chwili już odwoływała rezerwacje, dzwoniła do restauracji, kasowała spotkania I do boju!
Czerwona sukienka leżała jak wylana. Dotąd Magda chodziła raczej w szarych, stonowanych barwach, głównie dla świętego spokoju. Kaśka wręcz przeciwnie wyzywająca, kolorowa, a jednak zawsze na granicy dobrego smaku. Magda zawsze była z boku, cicha i ostrożna.
Może to czas na zmianę? Zwierciadło pokazało kobietę zmęczoną, ale silną. Kiedy Michał wyjeżdżał, bolało i jego. Przepadł przyjaciel na lata. A przyjaciela zdradzić boli podwójnie Ojoj, Michał, czemu?
Z przesiadką po drodze, Magda ruszyła do Kaśki pod Tatry. Góry ją oczyściły. Przechadzały się, gawędziły, czasem milczały. Kaśka potrafiła tak zamotać, że to, co wczoraj było tragedią, dziś stawało się szansą.
Wracaj w rodzinne strony. Co ci po tym biznesie w Trójmieście? Dzieciaki w nowych dzielnicach potrzebują żłobków, a twój tata zdrowotnie coraz gorzej. Kupiłaś mieszkanie na drugim końcu Polski po co? Lepiej bądź bliżej niego, a jak chcesz, to razem zamieszkajcie.
Magda podumała. Do końca tej krótkiej „depresyjnej” wycieczki wiedziała już, że to najlepszy wybór. Rozwód, sprzedaż mieszkania i auta, kupowanie nowego życia wszystko na raz. Kilka spotkań z Michałem, wytrzymała bez łez, po czym wyciszyła kontakt i postanowiła zacząć na czysto.
Zakopane powitało Magdę jabłoniami w rozkwicie i słońcem w szybach. Taty już nie wzięła do siebie, bo na miejscu pojawiła się sąsiadka, pani Barbara, która przywitała się z takim ciepłem, że Magda od razu zrozumiała tata potrzebuje kogoś na miejscu, do pogadania, a nie do łez i wspomnień. Kiedy tata z Barbarą pielili ogródek, Magda cieszyła się, że nie musi się martwić o jego samotność.
Ale ten twój tata przystojny! westchnęła pewnego dnia Barbara, gasząc wszelką wątpliwość Magdy, że czasem nawet po siedemdziesiątce można jeszcze kogoś spotkać.
Może i ona? Jeszcze nie wszystko skończone?
Minął rok. Magda otworzyła dwa nowe żłobki i czasu na rozmyślania nie było. Zmieniła wszystko: styl, fryzurę, nawet kupiła psa jamnika Remika, o którym marzyła od czasów podstawówki. Ale czasem, po ciemku, gdy wszyscy już spali, parzyła sobie herbatę i marzyła, żeby Michał wrócił, przytulił i spytał: Źle ci Magda? No chodź, zrobię ci herbatę i pogadamy.
Wiedziała, że trzeba odciąć się na dobre, ale nie umiała. Michał był po prostu jak stary piec z jednej strony grzeje, z drugiej szkoda wyrzucić, choć kopci jak smok.
Sprawa z urzędem skarbowym, która wynikła po likwidacji firmy, nawet ją ucieszyła: trzeba ruszyć się do Gdańska, rozliczyć papiery przynajmniej jest okazja oderwać się od codzienności. Po załatwieniu formalności miała cały dzień wolny, więc ruszyła w stare strony. Nie do końca wiedziała, po co z ciekawości zobaczyć, gdzie była kiedyś szczęśliwa. Przed żłobkiem sterczała korkowa tabliczka „Nowy właściciel”, dzieciaki malowały, a jeden z młodych nauczycieli naśladował niedźwiedzia. Dzieci piały z zachwytu, wszystko szło jak trzeba. Magda uśmiechnęła się pod nosem.
Podeszła do parku, gdzie spacerowali z Michałem lata temu. Teraz ławki świeżo odnowione, fontanna śmiga, a na jednej z ławek zobaczyła Michała. Kołysał wózek dziecięcy lekko i patrzył na boki, jakby pilnował, by nikt go nie zobaczył. Gdy Magda podeszła, przez chwilę się wahała, a potem jednak usiadła obok.
Michał
Kulił się w sobie, nie patrzył na nią.
Cześć Magda.
Co słychać? palnęła głupio, bo co miała powiedzieć? On za to odparł:
Źle, Magda. Źle u mnie powiedział wolno, ciągle patrząc w bok.
Dlaczego?
Bo jestem sam. Bo straciłem wszystko. Bezmyślnie.
Nie przesadzaj. Masz przecież córkę. Magda zerknęła na wózek.
Ewka. Mama umarła przy porodzie.
W tym momencie Magdzie było autentycznie żal tej młodej dziewczyny, choć kiedyś była zazdrosna. Teraz Michał kołysał wózkiem, a Ewka smacznie spała.
Długo milczeli, a potem zaczęli rozmawiać. Tak długo, że Ewka zdążyła się przebudzić i oglądała z zaciekawieniem latarnie i gwiazdy.
Magda nachyliła się nad wózkiem i nagle w jej głowie zabrzmiały słowa pani Stefanii: Jak zobaczy pani swoje dziecko, reszta będzie jasna.
Pół roku później pani Stefania przyprowadziła do biura ciemnowłosego Michała Juniora (tak, imię to samo co ex los ironiczny), nadwerężonego życiem, ale bardzo dzielnego chłopca.
Michał, wiesz, po co przyszłam?
Po mnie.
Chciałbyś zamieszkać ze mną?
Nie wiem Pewnie mnie oddacie.
Chłopiec patrzył na Magdę poważnymi oczami, bez cienia złudzenia.
To twój mąż? zapytał, spoglądając na zdjęcie.
Były.
A to twoja córka?
Nie, to Ewka. Ale dla niej będę mamą. I dla ciebie, jeśli chcesz.
Oddacie mnie jak inni.
Ja jestem inni. Wiem, jak to jest stracić wszystko. Wiem też, że matka to ktoś, kto nigdy nie pozwoli skrzywdzić swojego dziecka.
Chce mnie pani żałować?
Nie. Chcę cię pokochać. I będziesz starszym bratem Ewki. Dasz radę?
Michał dotknął rękawa czerwonej sukienki.
Ładna.
Pozwolisz, żebym była mamą? zapytała cicho.
Po dłuższej chwili skinął głową.
Dwa lata później, szlak pod Morskim Okiem: szczupły chłopak prowadził siostrę Ewkę, która co chwilę zbiegała gdzieś bokiem.
Ewa, tam w lesie są wilki! straszył brata.
A niedźwiedzie? pytała.
Są! I głodne! Bo ich mama nie umie gotować kaszy.
Nasza umie! Ewka śmiał się i rzucała się Magdzie na szyję.
Ale ty nie umiesz bez grudek, mamo! A niedźwiedzie nie lubią zbitych kaszek!
To dam im twoją, jutro! I ten miodek, co wczoraj kupiłam.
Nieeee! To ja sama zjem! To ja wolę iść do taty na ręce!
I już siedziała u Michała, a Magda pogłaskała syna po głowie:
Co, Michał, może niedźwiedziom zostawimy kaszę na trotuarze, a sami pójdziemy dalej?
Mamo, ja do domu nie wracam. Jeszcze nie wszędzie byliśmy. Ewa nakarmi połowę gór, a z resztą pójdziemy do zoo.
Magda roześmiała się i spojrzała w jasne niebo nad górami. A echem niósł się śmiech nowych ludzi w jej życiu ludzi, którzy umieli przegrywać tylko po to, by znowu wygrać.



