Swoje miejsce
14 października 2012
Mamo, co ty robisz?! Przestań! Zuzanna prawie płakała, patrząc, jak jej mama wyrzuca z szafy jej ubrania i drobiazgi. Czerwona sukienka w groszki, ta ukochana, została rzucona na podłogę, zaraz sięgnął po nią młodszy brat. Staś przytulił się do sukienki i wpakował pasek do buzi. Staś, zostaw! Oddaj mi, proszę!
Żal ci szmaty! Agnieszka wrzuciła jeansy Zuzi do innych rzeczy i zatrzasnęła szafę. Wynoś się!
Ale dokąd mam pójść? I to o tej porze? Mamo, co ty robisz?!
Robię to, co chcę. W swoim domu! Ty nie masz tu miejsca!
Jak to nie? Przecież to też mój dom!
Nie, kochana. Tu nie masz swojego miejsca! Agnieszka podniosła na ręce synka i wytarła mu nos rogiem sukienki Zuzi. Nic do ciebie tu nie należy! I już przestań mi podnosić ciśnienie! Ledwo zaczęłam układać sobie wszystko na nowo, a ty mi wszystko chcesz zniszczyć? Nie pozwolę!
Mamo, co niby ci niszczę? Co?!
Przed Bartkiem kogo oczarowujesz? Nie ty czasem?
Przestań! Zuzia krzyknęła tak głośno, że Staś się przestraszył i rozpłakał. Co ty mówisz?! Słyszysz się w ogóle?!
Słyszę doskonale! Wystarczy! Powiedziałam, co miałam powiedzieć. Za pięć minut nie ma cię w domu.
Agnieszka trzasnęła drzwiami i wyszła, a ja zamarłam. Chyba właśnie wyrzucono mnie z domu Mój umysł odmawiał pracy, myśli rozbiegały się w różne strony. Zza drzwi dobiegał płacz Stasia i nagle zorientowałam się, że brat płacze tak żałośnie, że chce się biec do niego, przytulić. To ja najczęściej go uspokajałam odwracałam uwagę, bawiłam, byle przestał płakać. Nowy mąż mamy nie znosił dziecięcych łez ani żadnych kłopotów związanych z dzieckiem. Nie poznawałam swojej mamy. Zamiast wziąć synka na ręce i przytulić, oddawała go mnie i szła do Bartka.
Zajmij się nim! Jesteś dorosła, to powinnaś pomagać!
Dorosła Jeszcze wczoraj byłam córcią mamy i taty, a dziś odcięty kawałek, jak mnie teraz nazywa mama. Ostatnie dwa lata były jak wir niczego nie rozumiałam, wszystko się waliło.
Najpierw, po zawale, odszedł tata. Niesprawiedliwie i głupio. Można było go uratować, gdyby przy przystanku był choć jeden człowiek, któremu by nie było wszystko jedno. Przystojny, dobrze ubrany, miał niecałe pięćdziesiąt lat. Przez godzinę leżał obok przystanku autobusowego, a ludzie mijali go szerokim łukiem, śpiesząc nie wiadomo dokąd. Nawet nie zapytali, czy czegoś nie potrzebuje Może myśleli, że pijany albo coś mu się Stało. Dopiero jakaś pani go szturchnęła za późno.
Mama wtedy zamarła jakby w czasie. Z trudem wysłuchała informację o śmierci męża, nie płakała, jakby ją nie dotyczyło. Ja płakałam i próbowałam ją obudzić z tego letargu, ale było to niemożliwe. Po pogrzebie zamknęła się w pokoju, jakby nie miała córki.
Nie mieliśmy rodziny ani od strony mamy, ani taty. Przyjaciele i znajomi pojawiali się rzadko, przy okazji świąt, potem na długie miesiące znikali. Rodzice byli dumni ze swojej samowystarczalności, przekonani, że wystarcza im siebie nawzajem. Wyrosłam w tym przekonaniu i długo nie lubiłam, gdy ktoś przychodził w gości po co, skoro w domu dobrze.
Zmieniło się to, gdy poszłam do pierwszej klasy. Przypadło mi siedzieć w ławce z Gertrudą ruchliwą dziewczynką z długimi, prawie do pasa czarnymi warkoczami. Zazdrościłam jej tych włosów Moje jasne loczki wiecznie układały się w aureolkę, cokolwiek mama nie wymyśliła. Od początku miałam przez to przezwisko Mniszek.
Przeciągałam się do warkocza Gertrudy dopiero po kilku dniach, gdy marudziła, że ma dość i zetnie go nawet, jeśli mama się obrazi.
Zwariowałaś? Przecież masz przepiękne włosy! wyjąkałam.
Tak się zaczęła nasza przyjaźń z Gertrudą, na którą wszyscy mówili Gienia.
Gienia była czwartym dzieckiem w wielodzietnej rodzinie Orłowskich. Pierwszy raz wchodząc do ich domu na przedmieściach Torunia, oniemiałam tyle ludzi w jednym domu! Nie mogłam się połapać, kto jest kim dla kogo. Znałam jej mamę zawsze gościnna, sadzała przy stole i karmiła do syta. Starszy brat Gieni pomagał w lekcjach, siostry uczyły gotować. U nich wszystkie dziewczynki potrafiły już lepić pierogi i piec placki, a mnie mama trzymała z daleka od kuchni bo jeszcze czas.
Dzięki nim zrozumiałam, że rodzina i bliscy to nie tylko obowiązek, czasem potrafią być wsparciem. Patrzyłam na Gienię, jej stos prezentów z okazji nie tylko urodzin, ale i wszystkich świąt ile było tych okazji! Dziewczynki były rozpieszczane, nawet w imieniny babci.
Czemu ty dostajesz prezenty? To przecież nie twoje święto! spytałam.
Czy trzeba czekać na pretekst, by sprawić komuś radość? odparła Gienia.
Mama nie znosiła tej przyjaźni. Gdyby zobaczyła ich dom, pewnie zabroniłaby mi tam chodzić, na szczęście ciągle pracowała. Do domu wpadałam tylko na szybki obiad, a potem leciałam tam, gdzie witano mnie serdecznie i zawsze czekał kawałek ciasta.
W najtrudniejszym czasie, po śmierci taty, to brat Gieni przyjechał na wieczór z pieniędzmi i pomocą. Mama nie chciała nawet wyjść z pokoju. Ale chłopcy nie przejęli się jej fochami załatwili dokumenty, przewieźli nas, zadbali o wszystko.
Po kilku miesiącach Gienia wyszła za mąż szokowało mnie to wtedy bardzo. Gdy zapytałam, czy tego chce czy nie woli skończyć szkołę, być lekarką, tak jak sobie wymarzyła, odpowiedziała spokojnie, że nie ma wyboru: rodzice zdecydowali, że tak będzie dobrze.
Nie rozumiem, przecież to ty masz z nim żyć, nie oni!
Oni na pewno dobrze wybrali. Najważniejsze, żebym miała dom, rodzinę.
Na jej ślubie ledwo powstrzymałam łzy, kiedy wyjeżdżała do Warszawy ze swoim mężem. Wtedy pojawił się Bartek i mama zaczęła mnie traktować coraz bardziej ozięble. Coraz trudniej było mi znaleźć powód, żeby wracać do domu.
Z czasem zaczęłam pracować w szpitalu w Toruniu dyżury nocne dawały mi pretekst, by unikać atmosfery domu. Po wyjeździe Gieni, przy pierwszej awanturze, mama wyrzuciła mnie. Załatwiłam wszystko: ubrania, dokumenty, zdjęcie taty I znowu jestem na ulicy.
Na przystanku autobusowym nie było nikogo. Jesień przyszła do Torunia, pachniało chłodem. Owinęłam się szalikiem, który Gienia dała mi na gwiazdkę, i czekałam na autobus, nie wiedząc, dokąd pojadę. Przeglądałam w myślach nazwiska koleżanek i znajomych. Mama już nie była tą osobą, do której mogłam się zwrócić z problemem.
Nagle zatrzymało się przy mnie auto. Drgnęłam z niepokoju, lecz z wnętrza wychylił się ktoś znajomy.
Zuzia?
Przemek!
Przemek, starszy brat Gieni, wyciągnął na mnie dłoń.
Co tu robisz tak późno i z walizką?
Bez namysłu opowiedziałam mu wszystko, co mnie spotkało: mama, Bartek, brak miejsca w domu
Wsiadaj. Krótko, po swojemu. Ruszyliśmy przez nocny Toruń w zupełnej ciszy. Było ciepło i przyjemnie, czułam ulgę. Po chwili zorientowałam się, że wcale nie jedziemy do szpitala.
Przemek, gdzie mnie wieziesz?
Nie do szpitala. Tam nie możesz nocować. Poza tym co dalej? Przewidziałem coś lepszego.
Wjechaliśmy na osiedle z pięknym, kutym ogrodzeniem. Ochrona wpuściła Przemka, jakby był u siebie. Weszliśmy na trzecie piętro, zadzwonił do drzwi. Otworzyła je duża, postawna kobieta.
Babciu!
Przemek! I masz koleżankę Gieni! Wchodź, Zuzia, nie krępuj się. U mnie nikt nie jest obcy!
Poczułam zapach kawy i domowego ciasta. W kuchni babcia Gieni, pani Stefania, postawiła na stole filiżanki.
Kiedy Przemek wyszedł, zostałam z nią sama. Chyba wtedy po raz pierwszy odważyłam się rozpłakać. Pani Stefania przytuliła mnie, pogłaskała po głowie, mówiła cicho:
Nie martw się, dziecko. Wszystko się ułoży. Ja dużo w życiu widziałam, nie takie rzeczy się przetrwało. Napij się kawy, opowiedz wszystko.
Opowiedziała mi kawałek swojej historii. O tym, jak jej dom rodzinny pod Lublinem został zniszczony podczas wojny, jak zgubiła rodzinę, przeżyła tylko z rodzeństwem, z pomocą znajomych. Powtarzała:
To, że jesteś silny, nie znaczy, że sam wszystko dźwigasz. Siła jest w tych, którzy cię wspierają. Teraz ja jestem po twojej stronie. To twoje miejsce. Póki nie znajdziesz swojego, możesz zostać u mnie.
Babcia śmiała się szczerze, zauważając, że przeraża mnie perspektywa nauki gotowania i prowadzenia domu Bo ze mnie gospodyni musi być! Faktycznie, przez dwa lata nauczyła mnie wszystkiego, czego nie umiałam, pokazała, jak należy dbać o siebie i innych.
Kiedy któregoś dnia Gienia odwiedziła rodzinę, spojrzała na moje pierogi:
Twoje są lepsze! Skąd znasz tę sztuczkę z trawą cytrynową?
Od babci.
Wtedy, jednak, mój spokój zachwiał powrót problemów rodzinnych.
Mama poważnie zachorowała. Jak się dowiedziałam nie zostało jej zbyt wiele czasu. Trafiła do szpitala, tego samego, w którym pracowałam. Leżałam z decyzją, czy powinnam do niej pójść. Nie widziałyśmy się wiele miesięcy. Byłam rozdarta pamięć o tym, jak mnie potraktowała po śmierci taty i potem, z Bartkiem, bolała okrutnie. Ale przecież oddaliła się ode mnie już dawno.
Z rozmowy z Gienią jasno wynikało muszę zrobić ten krok, jeszcze zdążyć wybaczyć, póki się da. Mama błagała o przebaczenie ostatnie dwa dni życia. Przebaczyłam. Zostały po tym wydarzeniu tylko ślady dzieciństwa obraz mamy w letniej sukni, z miseczką żółtych czereśni, pocałunki pachnące słodyczą. Takie wspomnienia rozjaśniają wszystko.
Tydzień później wróciłam z moim bratem. Staś trzymał mnie mocno za rękę, spojrzał głęboko w oczy.
To już mój dom na zawsze?
Tak, Stasiu. Jesteśmy w domu. Tu jest nasze miejsce.
I zrozumiałam wtedy, że wszystko jest na swoim miejscu. Moje miejsce znalazłam właśnie tutaj.



