— Kropka? Ja nazwałem ją Choinka. Cały ranek biegała tu po okolicy. Od razu widać – zgubiła się. A p…

Guzik? A ja nazwałem ją Choineczką. Całe rano dziś tu biegała. Od razu można było poznać zgubiła się. Potem przyszła i wtuliła się w moje nogi. No to wsadziłem ją do auta, żeby nie zmarzła, biedaczka uśmiechnął się mężczyzna…

Justynko, czy ty musisz mieć takiego pecha? Ile razy ci mówiłam, że ten Wojtek ci nie pasuje! upominała Justynę matka.

Kobieta stała ze spuszczoną głową. Chociaż niedawno stuknęło jej trzydzieści siedem lat, czuła się jak uczennica, która przyszła do domu z pałą na świadectwie.

A najgorzej było jej żal samej siebie, swojego nieudanego życia i córeczki. Przecież tuż przed najbardziej magicznym świętem w roku zostały bez ojca.

Odchodzę do ciebie, rzucił niedbale Wojtek wieczorem. Justyna nawet nie zrozumiała od razu, o czym on mówi.

Dokąd? zapytała automatycznie, stawiając przed nim talerz parującego barszczu.

Serio, Justa, ty żyjesz w innym świecie. Nie rozumiesz poważnych rzeczy! Jak ja wytrzymałem z tobą tyle lat? przewrócił oczami z teatralnym bólem.

Justyna nie zdążyła dopytać, bo Wojtek sam już dalej tłumaczył sytuację:

Nie dam tak rady. I jeszcze ten twój wiecznie ujadający pies. Córka ciągle chora. Zero romantyzmu. Popatrz na siebie, na kogoś ty się zamieniła? wykrzyczał z urazą.

Spróbowała spojrzeć w oszklone drzwi kredensu, by zobaczyć swoje przestraszone odbicie, ale łzy same ciekły jej po policzkach i pozostała tak, stojąc sama pośrodku kuchni.

Wojtek nie znosił łez. Spojrzał na barszcz z żalem, zabrał się od stołu i poszedł pakować walizki…

Suczka Guzik szybko wyczuła zły nastrój i zaczęła plątać się przy nogach, popiskując i próbując dodać otuchy.

Wreszcie odpocznę od tego wycia rzucił Wojtek, pokazując się w drzwiach z torbą przez ramię.

Wojtku… a co z Zosią? szepnęła Justyna, wyobrażając sobie smutek pięcioletniej córki, która spała teraz w swoim pokoju.

Coś wymyśl! Jesteś matką, w końcu odburknął i przy dźwiękach żałosnych skowytów Guzika, opuścił mieszkanie…

Całą noc Justyna przesiedziała w kuchni, przytulając się do Guzika. Zwierzak lizał jej policzki ciepłym językiem, jakby rozumiał tragedię, jaka się wydarzyła.

Przez kilka dni nie wiedziała, jak to powiedzieć mamie. Ta dzwoniła co chwila i pytała o wszystko. Justyna zawsze mówiła, że wszystko w porządku i wyłączała telefon.

I jak z robotą? Znalazłaś coś? Patrz, twój Wojtek cię zostawi i nie będziecie mieli za co żyć upominała matka, gdy przyszła w odwiedziny.

I wtedy Justyna się rozpłakała, tłumacząc, że żadna praca się nie trafia, a Wojtek odszedł już kilka dni wcześniej.

Matka jęknęła. Takiego obrotu spraw się nie spodziewała.

Przecież to od razu było jasne. Pięć lat razem, dziecko, a on nawet nie poprosił cię o rękę zżymała się starsza kobieta.

Było jej żal własnej zagubionej córki i wnuczki.

I co teraz? spytała wreszcie.

Justyna wzruszyła ramionami:

Coś wymyślę. Pójdę pracować do przedszkola jako opiekunka, razem z Zosią.

Na tej pensji długo nie pociągniecie… Psa też trzeba karmić podsumowała matka, która za zwierzakami nigdy nie przepadała, a malutkiego Guzika, którego Justyna kiedyś przygarnęła spod bloku, wręcz nie znosiła.

Chciała coś jeszcze dodać, ale zmilczała, widząc, że córka ledwo powstrzymuje łzy.

Już dobrze, nie płacz. Pomogę. Jak będzie trzeba, to z Zosią zostanę spróbowała ją pocieszyć…

Minął tydzień.

Justyna znalazła pracę. Teraz chodziła z Zosią do przedszkola. Dziewczynka była szczęśliwa.

Mamusiu, to może też Guzika zabierzemy do pracy? Bo babcia ciągle narzeka, że się męczy na spacerach, a Guzik mógłby ci pomagać myć talerze albo strzec nas podczas drzemki cieszyła się Zosia.

Justyna śmiała się razem z córką, ale w oczach znów pojawiał się smutek za każdym razem, gdy Zosia pytała:

Mamo, a tata wróci przed świętami? Zdąży na Sylwestra?

Nie umiała jej powiedzieć prawdy. Wymyśliła historię o nagłym wyjeździe służbowym. Dzwoniła jeszcze do Wojtka, próbując się dogadać. Ale on już miał ważniejsze sprawy:

Daj spokój, Justa. Powiedz Zosi, że jestem superagentem i wyjechałem na tajną misję. Prędko nie wrócę, coś w tym stylu rzucił przez telefon, pytając, czy widziała gdzieś jego krawat.

No i w czym ja ten Nowy Rok powitam narzekał, kończąc rozmowę.

Justyna długo siedziała w zadumie, nie mając pojęcia, jak sama spędzi to Boże Narodzenie ani jak wszystko wytłumaczyć córce.

A potem wydarzyło się coś niezwykłego. Babcia prowadziła Zosię do przychodni, bo dziewczynka była przeziębiona, ale już dochodziła do siebie. Wtedy nagle zza rogu wyskoczył Wojtek.

Tata! Tatuś! Wróciłeś?! wykrzyknęła, rzucając się mu w ramiona.

Mężczyzna drgnął, spiął się i wysilił na smutny uśmiech. Szepnął Zosi, że z mamą już nie będą razem mieszkać, po czym szybko się pożegnał.

Może jeszcze wpadnę, jak będę miał czas rzucił na odchodnym.

Zosia zamarła w miejscu, szepcząc:

Nie musisz już do nas przychodzić.

Wieczorem znów dostała gorączki i dwa dni później przyszedł lekarz.

Zosia nie chciała z nikim rozmawiać, zdrowieć jej się nie spieszyło.

To najpewniej przez stres rozłożył ręce doktor, słysząc o rozstaniu rodziców.

Justyna obwiniała siebie:

Trzeba było od razu wytłumaczyć Zosi, co się stało… Przecież ona wszystko rozumie mówiła do mamy. Ta tylko kręciła głową…

Po dwóch dniach wydarzył się nowy dramat. Babcia wyszła z Guzikiem na spacer. Goniła się i, spiesząc się, wyszła bez smyczy. Nagle piesek zdecydował postawić na swoim i, ledwie starsza kobieta podniosła głos, popędził w przeciwnym kierunku.

A no widzisz, taka jesteś? Nie chcesz mnie słuchać? Zmarzniesz, to wrócisz sama burknęła i pobiegła do domu po lekarstwo dla wnuczki.

Ale dziewczynka po wiadomości o zniknięciu Guzika przestała jeść i pić na dobre. Justyna obiecywała, że zrobi wszystko, by znaleźć pieska. Zosia tylko powtarzała:

Jak się znajdzie Guzik, to zjem i odwracała się do ściany.

Przez twoje wychowanie ona taka. Rozpuszczona, kompletnie cię nie słucha! A mówiłam… zaczęła mama Justyny.

Lepiej byś pilnowała Guzika zamiast wiecznych kazań wybuchła nagle zwykle spokojna kobieta.

No dobrze już! Przecież dla was się staram obraziła się matka i wyszła.

Justyna znów została sama. Długo krążyła tamtego wieczora wokół bloku.

Zosia w końcu zasnęła. A Justyna całą noc miała nadzieję, że piesek wróci do domu. Ale na próżno. Wróciła zziębnięta i śniło jej się coś niespokojnego…

Zosia rano powiedziała:

Mamusiu, przyśniła mi się choinka! Przystroiliśmy ją, a potem znaleźliśmy Guzika! ucieszyła się.

Justyna smutno się uśmiechnęła. Na stole stała malutka sztuczna choinka. Przed nimi był Nowy Rok, do którego próbowały przygotować się najlepiej, jak mogły.

Ale Zosia była rozczarowana i powtarzała, że choinka musi być duża i żywa.

Tylko wtedy znajdzie się Guzik. Jak we śnie! płakała.

Justyna westchnęła. Akademik nie przewidywał kupna prawdziwej choinki, po prostu nie było jej na to stać. Zadzwoniła do matki, ale ta odmówiła odwiedzin.

Widzisz, byle pies dla ciebie ważniejszy niż rodzona matka! obraziła się.

Justyna zrozumiała, że nawet babcia nie pomoże. Dobrze, że przed nimi były jeszcze wolne dni.

Zosia czuła się marnie, nie chciała wstać. Wieczorem, gdy wszystko już było gotowe na przyjście Nowego Roku, zapłakała:

Nie mam choinki, mamusiu. I Guzik też nie wróci, tak samo jak tata…

Justyna głaskała ją po włosach, łzy ściskały gardło. Poprosiła sąsiadkę, miłą staruszkę z naprzeciwka, by zerknęła na Zosię, po czym wybiegła na ulicę…

Mróz szczypał w policzki, a płatki śniegu wirowały w powietrzu. Ludzie spieszyli się z zakupami, uśmiechnięci, szczęśliwi. Justyna niewiele z tego dostrzegała, rozpaczliwie szukała Guzika.

Gdzie ty się schowałaś, kochanie? powtarzała, błąkając się po znajomych uliczkach.

Nagle wyszła na mały bazarek choinkowy. Brodaty mężczyzna w kufajce przestępował z nogi na nogę obok ostatnich zielonych drzewek. Justyna zamarła.

Chce pani choinkę? Ostatnie sztuki, taniej oddam, bo już chcę do domu zawołał sprzedawca.

Pewnie czeka na niego rodzina… Żona już zastawiła stół, dzieci patrzą przez okno… przemknęło Justynie przez myśl.

W tej chwili do mężczyzny podeszła szczęśliwa para i wykupili jedną z choinek.

I co? Decyduje się pani? Została jedna, mogę pomóc dowieźć oznajmił.

Spojrzała na niego smutno. Nie miała przy sobie pieniędzy, a te w domu nie wystarczyłyby na taki wydatek.

Spuściła głowę, wtedy zobaczyła na tyłach furgonetki garść gałęzi.

Może mogłabym te gałęzie… jeśli panu niepotrzebne? wyszeptała nieśmiało.

Mężczyzna spojrzał na nią, westchnął i podał naręcze świerkowych gałęzi.

Justyna, wdzięczna, zaczęła tłumaczyć:

Wie pan, córka chora, marzy o choince… piesek uciekł… wszystko na raz, wcale nie czuć świąt…

Sprzedawca słuchał uważnie. Jego też niedawno opuściła żona. Nie mógł się pozbierać. Było mu ciężko, że w te święta nikt go nie wyczekuje.

Wtedy podszedł inny mężczyzna:

Po ile choinka? spytał, zerkając na ostatnią sztukę.

Już sprzedana. Idź do sąsiada, może coś mu zostało odesłał go sprzedawca.

Justyna patrzyła zdziwiona.

A ja namiastkę choinki pomogę pani donieść do domu uśmiechnął się.

I nagle Justyna zauważyła, że mężczyzna wcale nie jest taki szorstki, jak wydawał się na początku.

Ale ja mówiłam, że nie mam pieniędzy… speszyła się.

Pamiętam szepnął cicho.

Wtedy wydarzył się prawdziwy cud. Takie rzeczy mogą się wydarzyć tylko przed najmagiczniejszym świętem.

Mężczyzna otworzył busa, a Justyna zobaczyła na siedzeniu… śpiącego Guzika, owiniętego w gruby sweter. Piesek przeciągnął się i spojrzał rozespanym wzrokiem.

Skąd pan go ma?! wyszeptała Justyna, walcząc ze łzami.

Guzik? Ja ją nazwałem Choineczką. Cały ranek błąkała się pod bazarem. Od razu było widać zagubiona Potem przytuliła się do moich nóg, to zabrałem ją do auta, bo by zmarzła, biedactwo uśmiechnął się.

Nazywał się Paweł. Kochał zwierzęta, miał serce do dzieci.

Niedługo potem w domu Justyny znów zrobiło się ciepło i przytulnie, jak nigdy wcześniej. Czy to magia świąt sprawiła, że spotkały się dwie dobre dusze, a może to los tak zdecydował…

Nikt nie wie. Wiadomo tylko, że nowa rodzina jest teraz szczęśliwa. A Guzika co jakiś czas ktoś z czułością nazywa Choineczką.

Oceń artykuł
TwojaCena
— Kropka? Ja nazwałem ją Choinka. Cały ranek biegała tu po okolicy. Od razu widać – zgubiła się. A p…