Kłopotliwa synowa

– Elżbieta, ty w ogóle czytałaś tę listę? Dałam ci ją przecież, wszystko jest napisane głos pani Haliny wybrzmiewał tak, jakby mówiła do dziecka, które wciąż nie rozumie najprostszych spraw. Tam stoi: galaretka z trzech rodzajów mięsa. Z trzech. Nie z dwóch, nie z jednego. Z trzech.

– Pani Halino, czytałam. Ale chciałam o tym właśnie porozmawiać. Jubileusz za tydzień i pomyślałam…

– Ty pomyślałaś. Teściowa zrobiła pauzę, pozwalając słowu pomyślałaś zawisnąć w powietrzu jak wyrzut sumienia. Ty pomyślałaś, a ja ci mówię. Galaretka z trzech mięs, pierogi z kapustą i grzybami, ryba po grecku, sałatka Warstwowa, sałatka jarzynowa, jeszcze ta z paluszkami krabowymi, jajka faszerowane, naleśniki ze śmietaną, kaczka z antonówką, rolady ziemniaczane, sernik domowy, tort Napoleon i W-Z. To minimum. Minimum, Elżbieta. Przyjdzie czterdzieści osób.

Elżbieta trzymała słuchawkę przy uchu, spoglądając za okno. Za szybą powoli sypał wilgotny listopadowy śnieg, tak ciężki i nie na miejscu, jak ta rozmowa.

– Rozumiem, pani Halino. Oddzwonię później, dobrze?

– Lepiej nie zwlekaj. Do soboty zostało niewiele czasu.

Odłożyła telefon na kuchenny stół i kilka chwil wpatrywała się w niego nieruchomo. Lista na kratkowanym kawałku papieru, napisana dużymi, stanowczymi literami teściowej, leżała pod solniczką. Elżbieta chwyciła ją i raz jeszcze przeczytała. Czternaście pozycji, przy każdej dopisek: domowe, nie kupione, jak ostatnio, tylko lepiej.

Jak ostatnio. Ostatnim razem była rocznica ślubu Agaty, szwagierki. Elżbieta wtedy zaczęła gotować na trzy dni przed przyjęciem. Trzy dni praktycznie nie spała, a pod wieczór drugiego dnia nogi odmawiały już posłuszeństwa, a dłonie popękały od wody i ciągłego mycia desek oraz naczyń. Andrzej przez ten czas wracał z pracy, zjadał coś prosto z garnka i szedł oglądać telewizję. Raz zapytał, czy nie potrzeba pomocy. Elżbieta odparła: Nie, dam radę. Kiwnął głową i wyszedł. Bez złości, bez emocji po prostu wyszedł.

Podczas uroczystości pani Halina spróbowała galaretki, przywołała Elżbietę i powiedziała cicho, niemal bez intonacji: Za dużo soli. Więcej nie dodała. Goście chwalili, prosili o dokładkę, ktoś mówił, że takich pierogów to już dawno nie jadł. A pani Halina kiwała głową i tylko mówiła: To nasza tradycja. Ani razu nie wspomniała o Elżbiecie.

Siedząc teraz przy stole w bloku na ulicy Spółdzielczej, gdzie z Andrzejem mieszkali już dziewiętnaście lat, Elżbieta myślała, że dla Haliny słowo tradycja znaczyło coś bardzo konkretnego. Tradycja: synowa gotuje. Tradycja: synowa sprząta. Tradycja: synowa jest wdzięczna, że ją zaproszono do stołu.

Zadzwonił telefon. Agata.

– Ela, rozmawiałaś z mamą? Mówi, że byłaś jakaś dziwna.

– Normalna byłam. Po prostu zmęczona.

– No właśnie. A przecież jubileusz za tydzień, trzeba już kupować produkty. Mogę z tobą pojechać w środę do sklepu, poniosę siatki. Pauza. Chociaż nie, w środę mam paznokcie. To może w czwartek?

– Agata, sama ogarnę zakupy.

– Jak chcesz. Ale mama bardzo chce kaczkę właśnie z antonówki, nie z żadnej innej odmiany. Antonówka daje kwasik, przecież wiesz.

– Wiem.

– I galaretka musi być przejrzysta. Ostatnio była trochę mętna.

Elżbieta zamknęła oczy. Przejrzysta galaretka z trzech mięs. Antonówka do kaczki. Dwa ciasta. Czterdzieści osób.

– Dobrze, Agata. Słyszałam.

Schowała telefon do kieszeni i podniosła się. Trzeba zaczynać gotować na kolację. Andrzej wróci o siódmej, będzie głodny, a jeśli nie będzie obiadu, to spojrzy z długim pytającym spojrzeniem i powie: Dziś nic nie robiłaś? Nie wyrzut, tylko zadziwienie jak u człowieka, który przychodzi na przystanek i nie rozumie, gdzie się podział autobus.

Otworzyła lodówkę. Wyjęła kurczaka, cebulę, marchew. Postawiła garnek na gazie. Ruchy miała mechaniczne, znajome aż do bólu. Dziewiętnaście lat tych samych czynności.

Poznała Andrzeja, gdy miała dwadzieścia sześć lat. Był wesoły, głośny, umiał opowiadać tak, że wszyscy się śmiali. Pani Halina już na pierwszym spotkaniu powiedziała: Ty, Ela, jesteś mądra, od razu widać. Wzięła to za komplement. Dopiero po latach pojęła: mądra znaczyło nie dyskutuje.

Ślub wzięli, gdy miała dwadzieścia osiem. Pierwszy rok jeszcze ujdzie. Potem urodził się Tomek. Potem Tomek dorósł i wyjechał na studia. Zostało to: mieszkanie, kuchnia, lista dań na kratkowanej kartce.

Wywar zaczął się gotować. Zmniejszyła ogień i przeszła do pokoju. Chciała zadzwonić do mamy po prostu usłyszeć jej głos. Ale telefon już dzwonił.

Dzwoniła mama.

– Ela głos mamy był cichy, lecz w nim było coś, od czego Elżbiecie natychmiast ścisnęło się w żołądku. Możesz dziś przyjechać?

– Co się stało?

– Tacie źle. Pogotowie było. Jesteśmy w szpitalu.

Elżbieta już wkładała kurtkę, gdy przypomniała sobie o rosole. Wróciła do kuchni, wyłączyła gaz. Napisała do Andrzeja krótką wiadomość: Tacie źle, jadę do rodziców, rosół w garnku. Chwyciła torebkę. Wyszła.

Na dworze było ciemno i wilgotno. Zamówiła taksówkę i całą drogę patrzyła na rozmazane światła. Jan Władysław. Tata. Siedemdziesiąt dwa lata, serce jak zegar, nigdy się nie skarżył. Mówił: Po co narzekać, ja was wszystkich przeżyję. Myślała, że to prawda. Chciała, żeby to była prawda.

W szpitalu przyjęła ją woń świeżego detergentu i długie białe korytarze. Mama stała pod oknem w izbie przyjęć. Mała, w płaszczu, nie zdjętym jeszcze, z torebką w objęciu.

– Mamo.

Mama się odwróciła. Oczy miała suche, ale takie, że Elżbieta tylko zdołała połknąć łzy.

– Mówią, że bardzo wysokie ciśnienie. I coś z głową. Upadł w korytarzu, jak wyszłam z kuchni, już leżał.

– Jak się czuje?

– Badania robią. Trzeba poczekać.

Czekały na twardych krzesłach, mama ściskała jej dłoń małą i chłodną. Elżbieta myślała, że nie była tutaj od trzech tygodni. Zawsze coś: zakupy, gotowanie, sprzątanie, rozmowy z Haliną o liście potraw.

Po półtorej godzinie wyszedł lekarz. Młody, zmęczony, w okularach.

– Udało się ustabilizować stan powiedział. Ale jest podejrzenie udaru. Musimy obserwować, potrzebne będą badania. Przynajmniej tydzień tu zostanie.

– Wyzdrowieje? spytała mama.

– Będziemy obserwować. Na razie za wcześnie przewidywać.

Elżbieta odprowadziła mamę do domu, zrobiła herbatę, siedziała przy niej, aż mama przysnęła w fotelu. Potem usiadła przy kuchennym stole w domu rodzinnym i wsłuchiwała się w ciszę. Tu zawsze była inna cisza miękka, otulająca jak stary pled. Na oknie stały mamy pelargonie, które kwitły co roku, bez przypominania. Na ścianie wisiała fotografia: Elżbieta, mając jakieś siedem lat, trzyma tatę za rękę i patrzy w dal, tata patrzy na nią.

Wróciła do domu po północy.

Andrzej nie spał, leżał z telefonem, ale gdy weszła, odłożył go.

– I jak tata?

– Źle. Podejrzenie udaru.

– To poważne powiedział. Jadłaś chociaż?

– Nie.

– Rosół jest w garnku, odgrzałem. Weź.

Zjadła nad zlewem, na stojąco, bo nie miała siły nakrywać do stołu. Położyła się. Długo nie spała, wpatrywała się w sufit, myślała o twarzy taty, o dłoniach mamy, o zapachu tamtej kuchni.

Rano zadzwoniła pani Halina.

– Elżbieta, słyszałam, że wczoraj gdzieś pojechałaś. Andrzej mówił, coś z ojcem? Mam nadzieję, że rozumiesz, że do jubileuszu zostało sześć dni?

– Pani Halino, tata w szpitalu.

– Wiem. Ale szpital jest blisko. Przecież sama nie leżysz. Kiedy zamierzasz zacząć gotować?

Elżbieta poczuła w sobie coś bardzo powolnego i jasnego. Jak woda, która przestała płynąć.

– Jeszcze nie wiem.

– Co znaczy nie wiem? w głosie Haliny zabrzmiało to szczególne oburzenie, z którym reagowała na nieoczekiwane rzeczy. Elżbieta, to mój jubileusz. Siedemdziesiąt lat. To raz w życiu. Rozumiesz?

– Rozumiem. Tata też jest jeden.

Cisza.

– No cóż powiedziała wreszcie Halina myślę, że zdążysz. Przecież nie musisz być cały czas w szpitalu. Odwiedzisz i będziesz wolna.

Elżbieta nic już nie odpowiedziała. Pożegnała się i rozłączyła.

Andrzej pił na kuchni kawę. Spojrzał na nią.

– Dzwoniła mama?

– Tak.

– I co?

– Pytała o przygotowania.

Kiwnął głową, upił kawy. Po chwili powiedział:

– Słuchaj, Ela, to dla niej ważny dzień. Czterdzieści osób. Nie można teraz odwołać.

– Ja nie mówię, żeby odwoływać.

– No właśnie. Tata jest w szpitalu, odwiedź go, ale gotować możesz, nie?

Spojrzała na niego. Patrzył w telefon, brwi ściągnięte, ale nie przez nią.

– Andrzej zapytała a gdyby Twoja mama była w szpitalu?

Podniósł oczy.

– Co to za porównanie?

– Tak tylko pytam.

– To zupełnie co innego.

– Dlaczego?

– Bo to moja mama powiedział tak, jakby nic więcej nie trzeba było tłumaczyć.

Elżbieta ubrała się i pojechała do szpitala.

Tata leżał w sali czteroosobowej. Gdy weszła, był nieprzytomny. Ktoś z personelu powiedział, że po prostu śpi. Siedziała przy nim, patrzyła na jego twarz: zmarszczki, siwy zarost, duże dłonie o sękatych palcach, spoczywające na kocu. Tymi dłońmi robił jej drewniane ptaszki. Raz złapał, kiedy spadała z roweru.

Tata otworzył oczy, spojrzał na nią, uśmiechnął się niepewnie.

– Przyjechałaś powiedział. Głos miał słaby. Zawsze mówił mocno.

– Oczywiście, że przyjechałam. Jak się czujesz?

– Nic wielkiego. Głowa trochę kręci. Drobiazg.

– To nie drobiazg, tato.

– Żyjemy dalej.

Siedziała dwie godziny. Zadzwoniła potem do mamy: tata kontaktowy. Mama odpowiedziała: Dzięki Bogu ciszej, niż zwykle.

Wracała autobusem, patrząc przez zaparowaną szybę. Myślała, że to jest właśnie ważne. Tata w szpitalu. Mama sama. To jest o wiele ważniejsze, niż lista pani Haliny. Ta myśl była tak oczywista, że się zadziwiła, dlaczego dopuściła ją do siebie dopiero teraz. Albo nie pozwoliła jej wypłynąć wcześniej.

Wieczorem Andrzej był w dobrym humorze, przyniósł chleb, opowiedział coś o pracy. Słuchała, kiwała głową. Potem powiedziała:

– Andrzej, nie będę gotować na jubileusz.

Stanął. Odstawił szklankę.

– Co to znaczy?

– Nie będę. Tata w szpitalu. Mama potrzebuje pomocy. Nie spędzę trzech dni przy garnkach.

– Elżbieta powiedział pełnym imieniem, jak wtedy, gdy się irytował. Jest czterdzieści osób. Mamie zależy. Taki jubileusz. Co mamy zrobić?

– Andrzej, mój tata ma udar.

– Rozumiem, to poważne, ale są tam lekarze. Przecież nie musisz siedzieć w szpitalu non stop.

– Nie. To znaczy, że nie zrobię dwunastu potraw dla czterdziestu osób, gdy mój tata jest w szpitalu.

Andrzej odwrócił się. Przeszedł po kuchni.

– Przecież nie odwołamy przyjęcia… Wszyscy zaproszeni. Agata już wszystko rozpowiedziała.

– Może zamówcie catering.

– Catering?! brzmiało to, jakby powiedziała coś nieprzystojnego. Mama chce domowe. Zna przecież mamę.

– Znam już aż za dobrze.

Patrzył na nią; w oczach miał nie złość, a coś w rodzaju zagubienia, jak człowiek, któremu właśnie popsuła się na zawsze znana, domowa rzecz.

– Ela, pomyśl. To raz w życiu. Tata w szpitalu, to jasne, odwiedzisz. Ale przecież gotować możesz, nie?

– Nie.

– Nie?

– Nie, Andrzej.

Wyszedł z kuchni. Po chwili zadzwoniła Agata.

– Ela, co się dzieje? Andrzej mówi, że nie będziesz gotować? Przecież czterdzieści osób! Rozumiesz?

– Rozumiem.

– Mama ma urodziny! Siedemdziesiątka! I nic to nie znaczy?

– Znaczy. Ale mój tata leży w szpitalu, też znaczy.

– Tego przyjęcia nie da się odłożyć!

– Agata, możecie zamówić jedzenie. Albo gotować sami. Przepisy dam.

Cisza. Potem:

– My tak nie potrafimy.

– Nauczycie się.

Odłożyła telefon. Ręce nie drżały. Było w niej tylko to niezwykłe, spokojne uspokojenie, jakie poczuła od rana.

Następnego dnia znów była w szpitalu. Tata czuł się lepiej, siedział, jadł kaszę, krzywił się, ale jadł. Powiedział: Karmią tu jak w przedszkolu. Roześmiała się. Przyniosła domowy rosół w termosie, mama ugotowała z rana. Tata wypił wszystko: To już co innego.

Potem siedziały z mamą w kuchni, piły herbatę. Kuchnia była malutka, firanki w kwiatki, lodówka, której klamka prawie odpadła. Pachniało chlebem i ususzoną miętą z działki. Elżbieta myślała: ten zapach zna od dziecka. To jej zapach. Nie kuchnia teściowej, gdzie gotuje potrawy dla gości, których się nie dziękuje.

– I jak, Ela? spytała mama.

– Dobrze. Radzę sobie.

– Z Andrzejem coś się dzieje?

– Teściowa ma jubileusz.

– I pojedziesz?

– Może. Ale gotować nie będę.

Mama przez chwilę milczała. Potem bardzo ostrożnie zapytała, jakby długo to rozważała:

– Ela, dobrze ci tam?

Spojrzała na nią.

– Co masz na myśli?

– Po prostu widzę, jak przyjeżdżasz. Zmęczona, w biegu, zawsze czuwasz, sprawdzasz telefon…

Popatrzyła na telefon. Rzeczywiście.

– Nałóg.

– Rozumiem odpowiedziała mama i więcej nie dodała. Tylko dolała herbaty.

W środę zadzwoniła po raz pierwszy pani Halina. Głos miała inny cichy, lekko drżący.

– Elżbieta, chcę, byśmy porozmawiały jak dorośli.

– Słucham.

– Rozumiem, że twój ojciec ma problemy zdrowotne. Współczuję, naprawdę współczuję. Ale wiesz przecież, że dwadzieścia lat czekałam na ten jubileusz? Mam siedemdziesiąt lat. Drugiej okazji nie będzie.

Elżbieta milczała.

– Nie proszę cię, byś zostawiła tatę ciągnęła Halina. Proszę tylko, byś zrobiła to, co umiesz najlepiej. Gotujesz najlepiej ze wszystkich. Sama to wiesz. To twój wkład w rodzinę. Czyż nie?

– Pani Halino powiedziała cicho Elżbieta w tym tygodniu zrozumiałam jedno. Mój wkład w rodzinę to nie galaretka i pierogi. Mój tata leży w szpitalu i chcę być przy nim.

– To bądź. Kto ci broni? Rano w szpitalu, wieczorem gotowanie. Przecież nie proszę o niemożliwe.

– Może dla pani to nie jest za dużo. Ale dla mnie to właśnie jest niemożliwe. Nie udam, że wszystko w porządku, kiedy nie jest.

Długa cisza.

– Byłaś zawsze problematyczna rzuciła na koniec Halina. Bez złości, raczej jakby stwierdzała pogodę.

– Być może.

– Andrzej jest bardzo zmartwiony.

– Wiem.

– Mówi, że się zmieniłaś.

– Może i tak.

Pożegnała się, odłożyła telefon. Ręce nie drżały.

W czwartek rano spakowała torbę. Małą bielizna, ładowarka, szczoteczka, paszport. Bez rozmyślania, po prostu. Napisała do syna: Tomi, dziadkowi lepiej. Będę u dziadków kilka dni. U mnie wszystko dobrze. Tomek odpisał prawie od razu: Mamo, zadzwonię wieczorem. Na pewno okej? Na pewno. Buziak.

Kiedy Andrzej poszedł do pracy, zostawiła na stole karteczkę: Będę u rodziców. Zadzwonię.

Zatrzymała się na moment przy swojej kuchni. Dziewiętnaście lat tej kuchni. Tego stołu, tej kuchenki, tego obcego poranka.

Zamknęła drzwi i wyszła.

Śnieg już nie padał, ale było zimno i jasno, niebo było niebiesko-szare, takie, jakie bywa w późną jesień. Elżbieta szła w kierunku przystanku i myślała, że dziewiętnaście lat to bardzo długo. To prawie pół życia. I przez pół życia sądziła, że zasługuje tylko na to, co jej dali. Nie więcej.

W domu rodziców powitał ją zapach mięty i ciepłe światło. Mama otworzyła drzwi, zobaczyła torbę nie zapytała o nic. Po prostu wpuściła ją, objęła mocno, ciepło. Stała w tych objęciach i czuła, jak coś dawno zaciśniętego w niej powoli puszcza.

– Zostaniesz? spytała mama.

– Parę dni. Jeśli mogę.

– Co to znaczy jeśli możesz? spojrzała z lekkim wyrzutem. To twój dom.

Elżbieta mieszkała u rodziców cztery dni. Codziennie z mamą jeździły do szpitala. Tata z każdym dniem czuł się lepiej. Zaczął mówić składniej, denerwował się na kroplówki, domagał się domowego jedzenia. Lekarz powiedział, że rokowanie jest ostrożnie dobre, potrzeba rehabilitacji.

W te cztery dni Elżbieta spała dużo, jak nie spała od lat: bez budzika, do oporu. Jadła domowe proste obiady: kaszę gryczaną z masłem, barszcz, zwykły jabłecznik z antonówki, tej, którą mama przywiozła z działki we wrześniu. Ciasto nie było wymyślne zwykłe, mamine. Ale pachniało tak, że kręciło ją w nosie.

– Co jest? spytała mama.

– Nic. Po prostu pyszne.

Mama przytaknęła nic nie pytając.

Andrzej dzwonił, po raz pierwszy w piątek wieczorem. Głos miał spięty.

– Kiedy wrócisz?

– Jeszcze nie wiem.

– Ela, jutro jest jubileusz. Cała rodzina…

– Wiem.

– Mama szaleje. Agata próbuje coś ugotować, wszystko się przypala.

– Niech zamówią jedzenie. Sama mówiłam.

– Wiesz, że mamie przykro?

– Domyślam się. Przykro mi, ale jestem tutaj.

Długa pauza.

– Ty się zmieniłaś powiedział, prawie tak samo jak Halina, ale innym tonem: między zarzutem a niepokojem.

– Może i tak.

W sobotę nie pojechała na jubileusz.

Z mamą rano zawiozły tacie rosół i bułkę, którą mama upiekła o świcie. Tata zjadł wszystko, pochwalił bułkę, powiedział, że jak wyjdzie, to sam będzie gotował, bo mama się odzwyczaiła. Mama się roześmiała: Jeszcze zobaczymy!. Elżbieta siedziała obok nich i słuchała ich żartów, które tylko dla nich były żartami, a naprawdę były rozmową ludzi, którzy wiedzą o sobie wszystko i nadal im razem dobrze. Tata ponad siedemdziesiąt, mama też, a umieli nadal tak.

Wieczorem, gdy wróciła, usiadła w fotelu z książką. Tak naprawdę nie czytała, tylko trzymała. Mama dziergała na drutach. Za oknem padał śnieg, już cichy, grudniowy. Telefon wibrował parę razy. Agata napisała: To była katastrofa, przyjechali goście, a jedzenia prawie nie ma, wstyd! Halina nie napisała nic. Andrzej jedno słowo: I co?

Elżbieta odłożyła telefon i wróciła do książki.

Rozmowę z Andrzejem odbyli po kilku dniach, gdy jednak wróciła do mieszkania na Spółdzielczej. Wracała, bo tam były jej rzeczy, dokumenty, praktyczne życie. Tata był już na wspólnej sali, dochodził do siebie, mama dawała radę.

Andrzej siedział w kuchni. Gdy weszła, spojrzał uważniej. Coś w nim się zmieniło przez ten tydzień, jakby w nim również coś na stałe się przesunęło.

– Pogadamy? spytał.

– Pogadajmy.

Rozmawiali długo. Bez kłótni. To była chyba pierwsza prawdziwa rozmowa od lat: on o pracy, ona o kolacji. Elżbieta mówiła, że ma dość bycia funkcją. Że dziewiętnaście lat była wygodna, a to kosztowało ją coś, czego nazwać nawet nie umie. Andrzej słuchał. Tłumaczył, że nie myślał źle, tak jakoś wyszło, że mama jest mamą. Nie sprzeczała się. Po prostu mówiła, jak widzi to ona.

– Chcesz się rozwodzić? spytał wprost w pewnej chwili.

Zamilkła.

– Chcę żyć inaczej powiedziała. Jak to się nazywa, nie wiem jeszcze.

Kiwnął głową. Wstał. Nalał sobie wody.

– Zadzwonię do Tomka.

– Dobrze.

Tomek przyjechał po dwóch tygodniach. Sam, bez zapowiedzi, z torbą i tym poważnym wyrazem twarzy, który miał od dziecka na ważne rozmowy.

– Mamo, jak się trzymasz?

– Dobrze, Tomku. Naprawdę.

– Tata powiedział, że… wszystko się komplikuje.

– Wszystko jest szczere poprawiła. To inne słowo.

Przebywał trzy dni. Dużo rozmawiali. Wściekał się na nią, potem na ojca, potem się uspokoił i po prostu był. Przed wyjazdem objął ją w progu.

– Po raz pierwszy od lat nie wyglądasz na zmęczoną.

– Aż tak widać?

– Bardzo.

Rozwód przeprowadzili spokojnie, bez awantur, jak rozstają się ludzie, którzy dawno już byli obok siebie, a nie razem. Andrzej został na Spółdzielczej. Elżbieta wzięła swoje rzeczy i tymczasowo przeniosła się do rodziców, zanim załatwi coś swojego. Mama nie powiedziała ani słowa. Po prostu przygotowała czystą pościel i położyła na szafce tego drewnianego ptaszka, którego tata kiedyś dla niej wystrugał. Elżbieta zobaczyła go od razu, wzięła. Był lekki, gładki, pełen małych śladów po nożu.

Tata wyszedł ze szpitala na początku grudnia. Przyszedł o własnych nogach, wolniej niż zwykle, z laską, ale szedł. Na progu mieszkania stanął, spojrzał na Elżbietę.

– No, wszyscy w domu.

Sylwestra spędzali we czwórkę: Elżbieta, mama, tata i Tomek, który przyjechał specjalnie. Ubierali choinkę, oglądali stare filmy, jedli sałatkę jarzynową i kapuściany placek. Prostą, bez dodatków. Elżbieta lepiła go razem z mamą, stały przy stolnicy obsypanej mąką i myślała: tak właśnie się gotuje dla bliskich. Nie dla listy. Nie dla tradycji. Dla ludzi.

W lutym wynajęła małą kawalerkę. Jednopokojowe, piąte piętro, z oknem na cichy dziedziniec z kilkoma brzozami. Mieszkanie skromne, ledwo umeblowane, pachniało świeżą farbą i nowością. Przyszła z pierwszymi rzeczami. Stała długo pośrodku pokoju. W końcu podeszła do okna, spojrzała na brzozy.

Agata zadzwoniła raz, już w marcu. Głos miała urażony i godzący się jednocześnie.

– Ela, jak tam? My tutaj… mama martwi się o ciebie. Sama nie powie.

– Wiem.

– I co teraz?

– Dobrze, Agata. Żyję.

– Może byś… czasem wpadała? Chociaż na święta. My tu tak sami…

Elżbieta uśmiechnęła się. Agata nie widziała, ale uśmiech był szczery.

– Pomyślę. Może się ułoży.

– Chociaż galaretkę umiesz. My próbowaliśmy, ale ciągle mętna.

– Agata, zaraz ci wyślę przepis. Najważniejsze to przecedzić wywar przez podwójną gazę. Spróbuj.

– Serio?

– Serio. Nic trudnego. Trzeba tylko samemu spróbować.

Wysłała jej przepis. Agata odesłała tylko zdziwioną buźkę i już nie dzwoniła.

Tata zdrowiał powoli, ale wyraźnie. Wiosną chodził już bez laski, narzekał na lekarzy, chciał wracać na działkę. Lekarze mówili: Zobaczymy. Dociągnął do maja i Elżbieta sama go tam zawiozła. Otworzyli domek, rozpalili piec. Siedzieli na ganku, pili herbatę ze starych kubków z granatowym paskiem. Za ogrodem kwitła czereśnia.

– Tato, pamiętasz jak strugałeś mi te ptaszki?

– Pewnie. Wszystkie gubiłaś.

– Jeden mam. Zawsze stoi.

– Wiem. Mama mówiła. Milczał dłużej. Jesteś dzielna, Ela.

– Za co?

– Tak po prostu. Odstawił kubek na balustradę werandy i patrzył na czereśnię. Życie jest długie. Najgorzej je wydać nie tam, gdzie trzeba.

Kiwnęła głową. Za ogrodem kwitła czereśnia, pachniało mokrą ziemią i słodyczą, było cicho, tylko gdzieś w oddali kukała kukułka.

Tą wiosną Elżbieta wróciła do pracy. Z wykształcenia była księgową, ale przez lata w domu Halina twierdziła: rodzina ważniejsza, Andrzej się zgadzał. Teraz znalazła etat w małej firmie, zgrany zespół, jasna robota. Na początku dziwnie było wracać do rytmu, ale potem przyszło poczucie, że znów ma wpływ na swój dzień.

W weekendy odwiedzała rodziców. Czasem zostawała na noc. Z mamą piekły ciasta, nie według listy dla czterdziestu osób po prostu ot, jedno, z tego, co było pod ręką. Tata siedział w kuchni i dawał rady, których nikt nie potrzebował, a mama odpowiadała, że sama sobie radzi. Drewniany ptaszek stał na szafce spokojnie.

Pewnego letniego wieczora zadzwonił Tomek, po prostu tak, żeby porozmawiać.

– Mamo, jak się masz?

– Dobrze, Tomku. Naprawdę dobrze.

– Wiesz zawahał się cieszę się bardzo. Jesteś teraz zupełnie inna.

– Inna zgodziła się.

– W sensie lepsza.

Zaśmiała się.

– A jak u ciebie?

– Dobrze. Planujemy z chłopakami wyjazd latem. Może przyjadę w sierpniu.

Słuchała go i patrzyła za okno. Brzozy w podwórku były całe w liściach, zielonych i gęstych, jakby całe podwórko było zielenią zasypane pod sam dach.

– Przyjeżdżaj. Zrobię barszcz.

– Zwykły barszcz?

– Zwykły, po maminemu.

– Lepszego na świecie nie ma powiedział Tomek. Umowa stoi.

Oceń artykuł
TwojaCena
Kłopotliwa synowa