Ławeczka na podwórku
Wiesław Szymonowicz wyszedł na podwórko tuż po pierwszej. Głowa mu pulsowała wczoraj skończył ostatnie śledzie i sałatki, a dziś od rana rozbierał choinkę i chował bombki. W mieszkaniu było aż za cicho. Naciągnął czapkę, wsunął telefon do kieszeni i powoli zszedł po schodach, kurczowo trzymając się poręczy.
Styczniowe południe sprawiało, że podwórko wyglądało jak scenografia: odśnieżone chodniki, nietknięte zaspy, ani żywej duszy. Wiesław Szymonowicz strzepał śnieg z ławeczki pod drugim klatką. Śnieg zsunął się łagodnie z drewnianych desek. Tu najlepiej się myślało, zwłaszcza gdy było tak pusto. Można sobie w ciszy posiedzieć pięć minut i wrócić do siebie.
Nie przeszkadzam tu? rzucił męski głos.
Wiesław Szymonowicz odwrócił głowę. Przed nim wysoki facet w granatowej kurtce, może pięćdziesięcioletni. Twarz gdzieś już widział.
Jasne, siadaj pan, miejsca wystarczy przesunął się trochę. Z którego mieszkania?
Czterdzieści trzy, drugie piętro. Od trzech tygodni tu mieszkam. Maciej.
Wiesław Szymonowicz uścisnął automatycznie wyciągniętą dłoń. Witam w naszej spokojnej okolicy.
Maciej wyjął paczkę papierosów.
Nie ma pan nic przeciwko?
Proszę się częstować.
Wiesław Szymonowicz nie palił już od dekady, ale zapach tytoniu natychmiast przypomniał mu czasy w redakcji lokalnej gazety, gdzie przepracował niemal całe życie. Złapał się na tym, że chciałby zaciągnąć się dymem i zaraz ten impuls odgonił.
Długo pan tu mieszka? zagaił Maciej.
Od osiemdziesiątego siódmego. Wtedy cały blok dopiero postawili.
A ja pracowałem kiedyś po sąsiedzku, w Domu Kultury Metalowców. Jako akustyk.
Wiesław Szymonowicz drgnął:
U pana Henryka Drygasa?
No właśnie! A pan skąd?
Pisałem o nim reportaż. W osiemdziesiątym dziewiątym była tam rocznica, koncert jubileuszowy. Pamięta pan jeszcze, jak Sierpień grał?
Ten koncert potrafiłbym z głowy opowiedzieć! roześmiał się Maciej. Kolumnę wtedy przynieśli olbrzymią, zasilacz iskrzył…
Rozmowa sama zaczęła się toczyć. Wypływały imiona, wydarzenia raz wesołe, raz smutne. Wiesław Szymonowicz łapał się na myśli, że przecież już powinien wracać, ale za każdym razem wypływał nowy temat: muzycy, sprzęt, zakulisowe historie.
Od dawna nie zwykł tak długo rozmawiać. Ostatnie lata w redakcji pisał same pilne teksty, a na emeryturze już się od ludzi odsunął. Wmawiał sobie, że tak łatwiej nie zależeć od nikogo, do nikogo się nie przywiązywać. A teraz czuł, że coś w nim zaczyna rozmarzać.
Wie pan co Maciej zgasił trzeciego papierosa mam w domu cały archiwum. Plakaty, zdjęcia… nawet kasety z koncertu, sam nagrywałem. Jakby pan chciał…
Po co mi to, przemknęło przez głowę Wiesławowi Szymonowiczowi. Znów trzeba będzie łazić, zadawać się z ludźmi. Jeszcze zapragnie „sąsiedzkiej przyjaźni” i cały ustalony rytm dnia szlag trafi. Co ja zobaczę nowego?
Czemu nie, można zobaczyć powiedział. Kiedy panu pasuje?
Nawet jutro. Około piątej? Akurat wrócę z pracy.
Dobra, wyciągnął telefon, otworzył kontakty. Niech pan zapisze numer. Gdyby się coś zmieniło zadzwonimy.
Wieczorem długo nie mógł zasnąć. W myślach wracał do rozmowy, wygrzebywał szczegóły dawnych historii. Kilka razy chwytał za telefon żeby odwołać, wymyślić jakąś wymówkę. Ale nie zadzwonił.
Rano obudził go telefon. Na ekranie: Maciej, sąsiad.
Nie rozmyślił się pan? Maciej brzmiał trochę niepewnie.
Nie, będę na piątą odpowiedział cicho Wiesław Szymonowicz.




