– Dziewczyny, moja teściowa to już naprawdę przegięła! Wyobraźcie sobie wczoraj przyszła do mnie z garnkiem czerwonego barszczu! No powiedzcie, słyszałyście o czymś takim?! Mój barszcz jej nie pasuje. Jej syneczek ponoć tylko na jej potrawie wyrósł! Sonia odsunęła od siebie filiżankę z kawą i przysunęła kieliszek wina. Skąd oni się biorą? Wy mi powiedzcie! Przecież nie będziemy kiedyś takie same? Jak tak, to niech mnie ktoś wywiezie do puszczy i zostawi bez mapy!
Spokojnie, Soniu! Elżbieta poklepała koleżankę po ręce, kiwając do kelnera po nową porcję herbaty. Może ona przechodzi klimakterium, no i nudzi jej się. To jedyny jej syn. Co ma robić, jak nie uszczęśliwiać go na siłę? Pomyśl więcej jedzenia mniej gotowania dla ciebie. Niech się babka postara.
No wiesz! Jeszcze brakowało, żeby się wprowadziła do nas na stałe! Teraz mam dosyć jej numerów. Pamiętasz ten komplet, który kupiłyśmy przed Świętami?
Ten? Prezent?
Tak. Wyrzuciła go.
Ale jak to? Elżbieta wylewała herbatę za rant filiżanki Celiny, farbując obrus w cytrynowe smugi.
Zdrowiu szkodzi! Majtki nie takie! Sonia nerwowo zachichotała. Nawet nie powiedziałam jej, ile wydałam, bo by chyba połknęła mnie na miejscu!
Widzisz? Dbają o ciebie, a ty wybrzydzasz! Elżbieta parsknęła śmiechem, ale zaraz spoważniała. A czemu ona grzebie ci w bieliźnie?!
Zapytaj ją! Sonia rzuciła serwetkę na stół i zaczęła wycierać plamę. Co ja robię! Tego się nie dopierze…
Weź się w garść! Celina, dotąd milcząca, odebrała serwetkę i dosunęła Soni kawę. Strasznie się spinasz ostatnio. Przestań.
Dziewczyny, kiedy mieszkaliśmy w wynajmie, było tak spokojnie! Ona nie przychodziła. Mogłam godzinami kręcić się po domu i pracować nad zamówieniami. I nikt nie przeszkadzał. Nie rozumie, że praca w domu to też praca. A zarabiam prawie tyle co jej syn. Ale odkąd mamy własne mieszkanie, czuję się jak ameba pod mikroskopem. Wchodzi, kiedy chce, robi, co chce. Bo przecież pomogła nam przy wkładzie własnym. Teraz jakby jestem jej niewolnicą. Sonia przełknęła ślinę, ledwo powstrzymując łzy.
Zmień zamki…
Nie mogę. Mąż i tak jej da klucze. Bo to mama… I żalów potem nie będzie końca! Rozwód pozostaje!
A wiesz co? Przestań panikować! Czy ja cię nie znam? Przypomnij sobie, jaka byłaś twarda w liceum. Gdzie to się podziało? Elżbieta fuknęła.
Poszło z marzeniami w ogień. Sonia zrobiła spory łyk wina. Mam dość. Muszę wziąć się w garść. Bo jeszcze dziecko zacznie się mnie bać. Ostatnio pytał, co mi się stało i czemu jestem zła. Powinnam mu powiedzieć, że babcia mnie wyprowadza z równowagi? Macie rację. Tak nie może być…
No jasne! Elżbieta zamachała do kelnerki. Chodźmy na deser, co? Muszę jeść na nerwy.
Dawaj… Sonia wytarła kąciki oczu i się uśmiechnęła. Chcecie, pokażę wam tort, który zrobiłam na ostatni ślub? Sama byłam w szoku!
Nachylone nad smartfonem, dziewczyny wykrzyknęły:
Niesamowite!
Sonia, jak to wisi? To magia jakaś!
Tajemnica cukiernika! Mój synek wpadł na pomysł. Składał klocki, a ja zgapiłam. Jak go przewieźliśmy, nie chcę pamiętać, ale mam już 6 zamówień na dwa miesiące. Tylko… nie wiem, jak dam radę.
Zostaw małego z teściową! Niech zajmie się wnukiem.
Oj, Elka, jesteś naiwna! Sonia zaśmiała się. Ona natychmiast udaje chorą.
A może wysłać ją z mężem i dzieckiem do jej mamy?
Ręka Soni zawisła nad filiżanką.
Celina, geniusz z ciebie! Nikt by się nie plątał, a ona szczęśliwa wnuczek je barszcz, i to na jej terenie, z jej talerzy. Wystarczy dać dzieciakowi cukierka babcia nie odsapnie!
Śmiały się głośno, bo wiedziały, jak po słodyczach Sonia syn zmienia się w szatańskiego urwisa na żadnej imprezie Sonia nie spuszczała go z oka.
Celina, a u ciebie co słychać? Cały wieczór milczysz. Twoja jak? Nie dręczy cię?
Elka, kiedy by miała? Minęło dopiero trochę czasu od ślubu. Sonia oblizała łyżeczkę i marszczyła się. Czemu tyle cukru w bezie?
Idź i naucz ich! Elżbieta roześmiała się głośno, ale zaraz zamilkła, patrząc na Celinę. Co się dzieje?
Sama nie wiem, dziewczyny. Jakieś za cicho wszystko. Słucham Soni i myślę, że u mnie chyba nie powinno być aż tak spokojnie…
A może masz po prostu szczęście normalną teściową. Elżbieta wzruszyła ramionami. Nie każdemu trafia się taka burza jak Sonii. Ta jej to unikat.
Celina przypomniała sobie niespodziewaną szczerość teściowej, Katarzyny.
Celinka, nie jestem piernikiem, ani złotą monetą. Nie musisz mnie lubić. Jeszcze mnie nie znasz. Sama jestem trochę zgryźliwa, trudno będzie nam się dogadać, ale najważniejsze to rodzina. Szczęście mojego syna jest dla mnie najważniejsze. Skoro cię wybrał, to miał powód…
To było dziwne i zbiło ją z tropu.
Celina poznała Wojtka na ślubie przyjaciół. Ona stała z boku, wśród dziewczyn, czekających na rzut bukietem. Była w wysokich szpilkach, a on niewysoki, krępy chłopak. Wzrostowo komedia. On ją zagadał.
Czemu nie łapiesz bukietu? Nie chcesz wyjść za mąż?
Nie chcę.
Każda kobieta ponoć marzy o zamążpójściu.
Chyba nie do końca…
I tak przegadali cały wieczór. Wojtek odprowadził ją do domu i pożegnał się pocałunkiem w rękę, prosząc o numer.
Tej nocy podróżowała bez snu, głaszcząc dłoń i wyobrażając sobie, co by powiedziała jej babcia.
No w końcu! usłyszała w wyobraźni jej miękki, ciepły głos.
Babcia Celiny, Serafina, sama ją wychowywała po tym, jak ojciec zmarł, a mama wyjechała do Niemiec za chlebem. Początkowo pisała listy, przysyłała drobiazgi, potem się urwało. Serafina chciała zgłosić zaginięcie, przyszło jedno, króciutkie pożegnalne pismo matka założyła nową rodzinę, czekała na dziecko. Celina miała żal, ból zamienił się w bunt i całą złość wyładowywała na kochającej babci. Dopiero, gdy Serafina zachorowała, a Celinie stuknęło piętnaście, zrozumiała. Zostały szpitale, leki, nauka. Zamiast świata zabaw odpowiedzialność. Serafina odeszła po trzech latach.
Matka wróciła po dwóch miesiącach. Przywiozła na miejsce pogrzebu żal i pretensje o spadek mieszkanie i ogródek babci.
Niesprawiedliwie. Trzeba się podzielić.
Celina wtedy wykrzyczała matce wszystkie nierozdrapane blizny a potem ta zniknęła znowu.
Pomogła jej wtedy właśnie Elżbieta. Przyjęła do pracy w rodzinnej firmie meblarskiej. Liza była piękna, mądra, błyskotliwa i nieszczęśliwie zakochana w kolejnym złym facecie.
Jak znajdę tego jedynego, to go zasypię miłością i nie oddam!
Śmiały się we trzy Liza, Sonia i Celina, tak różne i tak swoje przez te wszystkie lata.
Sonia właściwie mieszkała u Celiny, Elżbieta z kolei bywała na obiadach u babci Serafiny, która nauczyła dziewczyny piec najlepsze drożdżówki i dzielić się ostatnim kawałkiem chleba. Gdy matka Celiny chciała zakwestionować testament, Elżbieta zagroziła sądem.
Lata płynęły Celina i Wojtek byli razem dwa lata, potem ślub, a Liza złapała bukiet i od razu zgarnęła Szymona, przyjaciela Wojtka, do tańca. Ale nic z tego nie wyszło. Gdy mieszkał, bywał u Celiny, Elżbieta go unikała.
Uważaj na tego Szymona. Mętny typ powtarzała.
Minęło trochę czasu i Celina zaszła w ciążę. Radość tak wielka, że nie wierzyli lekarze sugerowali, żeby nie robić sobie nadziei. A tu cud. Wojtek był szczęśliwy, a Katarzyna, teściowa, dziwnie milcząca. W drodze powrotnej nocą przez Warszawę, Katarzyna nagle pyta:
Ufasz żonie?
Mamo, nawet nie zaczynaj!
Ufasz jej?
W stu procentach.
Pawełek się urodził Celina całkowicie zatopiła się w opiece. Katarzyna nie nachodziła, ale nigdy nie odmówiła pomocy.
Celina! Hej, żyjesz tam? głos Lizy wyciągnął ją ze wspomnień.
Tak, zamyśliłam się. Dziewczyny, dajcie spokój smutasom. Liza, jak twoi kawalerowie?
Celina zerknęła na telefon już dwie godziny minęły, teściowa nie dzwoniła. To ona nalegała, by Celina spotkała się z przyjaciółkami.
Idź! Odpocznij ja zostanę z Pawełkiem.
Celina nie potrafiła się przełamać. Z Katarzyną było poprawnie, ale czuła ten mikro-kamień, który czasem przydeptuje się w bucie i nie daje spokoju.
Gdy gdzieś w dali dzwonek telefonu przeszył jej świat, drgnęła i omal nie rozlała wina.
Celina… teściowa brzmiała matowo, nie do poznania. Celina…
Reszta wydarzeń zatarła się dziewczyny lały wodę na kark, szukały transportu, Liza gdzieś dzwoniła, Sonia poiła zimną herbatą. Pamięta tylko, że Marcepan pies koleżanki uciekł w tym zamieszaniu przez drzwi.
Katarzyna, zmęczona o pół wieku, oddała Lize Pawełka.
Jedziesz ze mną? Zawsze się bałam…
Wojtek zginął wpadając samochodem w otwartą studzienkę, auto podskoczyło, zniosło go prosto pod tira.
Celina wtopiła się w ból jak w stado sturowanych ptaków. Rytuały czystek, porządki, płacz nocami, byle tylko czas się przesunął szybciej. Katarzyna nie chciała zamieszkać z nimi.
Nie mogę… Wszystko tu wciąż jego. Często mam wrażenie, że zza ściany wróci i poprosi o racuchy.
U mnie nigdy nie prosił…
Musiały nam każdej coś zostać z własnych rytuałów. U mnie racuchy, u ciebie rosół.
Pawełek, plącząc się między mamą a babcią, gładził każdą po policzku dłońmi nie rozumiał, gdzie się podział tata.
Celina widziała, że w kontakcie z wnukiem Katarzyna mięknie i prosiła, by zostawała z nimi częściej.
Mijały miesiące, nadchodziło Boże Narodzenie. Miało być pierwsze w górach w Tatrach, z nartami i lepieniem bałwanów spełnienie Wojtkowego marzenia.
Ja górę pokonam, a ty spacer z Pawełkiem.
Naucz się najpierw stać na nartach, a potem podbijaj świat! żartowała Celina.
Chciała odwołać wyjazd, ale Katarzyna zaproponowała:
Jedźmy razem. Może skierujemy ból gdzie indziej? Będzie dobrze.
Zakopane powitało ich deszczem i szarością, morze chmur ścieliło się aż po świt, tylko raz zdołali zejść do Morskiego Oka.
Szaro, brzydko… mruknęła Celina.
Potęga życia, burzliwa szepnęła Katarzyna, a Celina nieoczekiwanie objęła ją pierwszy raz, bez wstydu.
Dobrze, że jesteście powiedziała Katarzyna, wtulając się w jej ramię.
Jesteśmy?
Tak, Celina. Bo mogłam stracić i was.
Nie rozumiem…
Szymon warknęła teściowa. Celina zatrzymała oddech.
Co z nim?
Przyszedł tydzień po wypadku. Twierdził, że wiedział o problemach Wojtka i… Pawełek nie jest jego. Zasugerował, że to jego dziecko…
Sonia wpadła na nią później z Lizerą nalewając herbatę, by jakoś pobiec do jutra. Pawełek ściskał obie za szyje, całował po policzkach.
Te dni przepłynęły w rozmowach i wspólnych łzach o Wojtku, o przyszłości, o kamieniach pod stopami, o rodzinie ułudnej i tej prawdziwej, przechodzonej przez wspólne śniegi.
Pół roku później Celina wyjęła z szafy zapomniane szpilki i jęknęła:
To chińska tortura!
Trzeba cierpieć, żeby być piękną śmiała się Katarzyna, podając jej rosę i zapięcie do sukni.
Na schodach Pawełek dreptał z bukietem.
Zabieramy i idziemy, bo Liza nam nie wybaczy spóźnienia! rzuciła Celina.
Ślub Elżbiety był olśniewający i trochę pogubiony goście na chybcika, Liza zaciągnęła narzeczonego w tan. Sonia przy torcie ukrywała łzy.
Co się stało? Celina pogładziła ją po brzuchu.
Bez teściowej bym nie zdążyła, a Liza nie miałaby tortu.
Wyjątkowy! Liza pojawiła się znienacka.
Wystraszyłaś mnie! Chcesz być matką chrzestną przed czasem?
Nie dziś! Dziś jestem ja. Nie smuć się, Sonka.
A później, gdy zabawa trwała, Celina patrzyła, jak Katarzyna tańczy z Pawełkiem. Uśmiechnęła się i wypowiedziała, już bez nieśmiałości:
Mamo.
I słowo to rozlało się po niej jak letni deszcz, miękko i na zawsze.



