Dziadka już z nami nie ma

Dziadka już nie ma

Julia właśnie wróciła z kolejnej delegacji i nie zdążyła się nawet przebrać ani rozpakować walizki, gdy zadzwoniła do niej mama.

Głos Danuty był niespokojny. Julia jednak nie przywiązała do tego większej wagi pewnie przez zmęczenie.

Julka, córeczko, jesteś już w domu?

Cześć, mamo. Tak, właśnie weszłam do mieszkania. A czemu dzwonisz, stało się coś?

Dobrze… Dobrze, że jesteś w domu.

Julia od razu poczuła, że mama chce jej coś powiedzieć, ale jakoś odwleka to w czasie. Albo nie wie, jak zacząć, albo z jakiegoś innego powodu się waha.

Pewnie znowu jakieś ploteczki z całej kamienicy i zaraz będzie się chciała wszystkim podzielić… pomyślała Julia, ale przyznać trzeba, że teraz nie była gotowa na takie pogawędki.

Marzyła tylko o jednym położyć się na łóżku i wyspać porządnie, bo w pociągu całą noc nie mogła zmrużyć oka.

W sąsiednim przedziale jechała paczka młodych, co od samego wieczoru trzymała formę. Po północy zrobił się już prawdziwy koncert: jeden grał na gitarze, reszta śpiewała.

I nawet o niej śpiewali:

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonej kępy,
Szła i śpiewała, głośno wołała: 'Chłopcy, dajcie wędki!’ niosło się zza ściany.
Gdyby tylko Julia była w lepszym humorze, może i uśmiechnęłaby się pod nosem. Ale wtedy marzyła tylko, żeby struny w gitarze im pękły. Niestety, nie pękły.

Mamo, odpocznę chwilę po drodze, ogarnę się i potem do ciebie oddzwonię, dobrze?

Boję się, że się nie da… westchnęła mama.

To znaczy? Co się nie da? dopiero teraz Julia jakoś wychwyciła, że głos mamy jest dziwny.

Nie będziesz miała jak odpocząć.

Ale dlaczego? Byłam w delegacji, mam prawo. Gości nie spodziewam się, sama w odwiedziny też się nie wybieram… Czy jest coś, o czym nie wiem? Oby tylko nie to, że zaraz zapukasz do mnie bez uprzedzenia…

Julciu, dziadka już nie ma…

Julię zbladła, przycisnęła słuchawkę do ucha i powoli usiadła na kanapie. Nie spodziewała się takiej wiadomości.

Zadzwoniła dziś rano sąsiadka, pani Maria. Poszła do niego z mlekiem, a Henryk Borowski… już leżał w przedpokoju, za serce się trzymał, nie oddychał. Całą noc, biedak, musiał tam leżeć. Trzeba jechać na wieś, załatwić pogrzeb. Sąsiedzi pomogą, jeśli co, ale musisz pojechać. Słyszysz mnie, Julka?

Julia była tak oszołomiona tą wiadomością, że ledwo z siebie wykrztusiła ciche mhm.

Maria dzwoniła też po rodzinie z drugiego miasta, ale odmówili przyjazdu. Powiedzieli, że gdyby zostawił im spadek, to by się zastanowili, a tak szkoda czasu i pieniędzy. No a dom po dziadku… sama wiesz, nikomu niepotrzebny. Danuta przerwała na chwilę i dodała: Ja też, szczerze mówiąc, nie ciągnie mnie na wieś. Henryk sam mi powiedział, żebym do niego nie przyjeżdżała, nawet na pogrzeb. Obiecałam mu więc, że nie przyjadę. Tylko na ciebie mogę liczyć, córeczko. Pojedziesz, Julka? Odprowadzisz dziadka na ostatnią drogę?

Zapadła cisza. Julia patrzyła na komodę, na której leżał list od dziadka. Ostatni list, nadany jeszcze miesiąc temu według stempla na kopercie.

Niestety, nie zdążyła odebrać go wcześniej, bo była poza miastem.

To była jej trzecia delegacja w ciągu pół roku. I wcale nie ostatnia, jak można się było domyślać.
Firma otworzyła filię w innym mieście i na barkach Julii spoczęło ogarnięcie wszystkiego od podstaw.

Tylko ją wysyłali inni mieli chorujące dzieci, chorowali sami albo inne rodzinne historie… A ona niby wolna od obowiązków.

Julka w słuchawce odezwała się Danuta. Nie chciałabym, żeby sąsiedzi myśleli, że całkiem o staruszku zapomniałyśmy. Wredny był, to fakt. Ale jednak człowiek. I jakby nie patrzeć, ty z nim miałaś dobre relacje. Co mam Marii powiedzieć? Pojedziesz?

Tak, mamo. Oczywiście pojadę. Tylko…

Julia wstała, podeszła do komody, wzięła do ręki list od dziadka i znów go odłożyła.

Mamo, jak to się mogło stać? Przecież dziadek czuł się dobrze. Na Boże Narodzenie był w świetnej formie, nie uskarżał się na nic.

Julka, córeczko, skąd ja mam wiedzieć… odpowiedziała cicho Danuta. On już swoje lata miał. Dzisiejsi mężczyźni rzadko do emerytury dociągają, a twój dziadek już miał siedemdziesiąt sześć. Cóż, trzeba mu życzyć spokoju w ziemi.

Julia była w szoku. Bardzo kochała swojego dziadka i była chyba jedyną, która utrzymywała z nim kontakt. Ani rodzina Henryka, ani mama nie widywały się z nim od dawna.

Mama… Z dziadkiem Danuta miała od lat wzajemną niechęć. Henryk nie mógł jej wybaczyć śmierci Andrzeja jego jedynego syna, ojca Julii. Obwiniał ją o wszystko, twierdząc, że żona zajeździła chłopa, aż serce wysiadło.

Faktycznie, Danuta namawiała męża, by zrezygnował z nauczycielstwa i jeździł na kontrakty. Trzeba było wyremontować mieszkanie, kupić działkę, pożyć choć raz po ludzku…

Andrzej miesiącami nie bywał w domu, ale zawsze przywoził pieniądze i upominki. Do czasu… Aż pewnego razu nie wrócił wcale. Serce się poddało.

Henryk na pogrzebie niemal wył z rozpaczy. Każdy współczuł, bo wiadomo Rodzic nie powinien chować dziecka.

Od tamtej pory Henryk z synową zerwał kontakt i kazał jej nawet nie pokazywać się więcej u siebie.

To proszę bardzo! wykrzyczała Danuta. Niewinna jestem! Facet ma zarabiać, takie życie! O tym, że coś mu dolegało, nie mówił.

Henryk powstrzymał się wtedy, żeby nie rzucić w synową drewnianą szczapą.

Potem utrzymywał relację tylko z wnuczką, Julią. Bardzo ją kochał, a ona jego.

Jako dziecko Julia spędzała u dziadka każde wakacje. Potem, gdy już studiowała i pracowała, pisała z nim listy.

Listy, bo Henryk nowinek technicznych nie uznawał żadnych komórek, smartfonów, komputerów. Może właśnie dlatego nikt inny z rodziny z nim nie rozmawiał. Bo kto teraz w XXI wieku listy pisze i po co, skoro można zadzwonić albo wysłać mail? Szybciej i wygodniej.

Krewni uważali Henryka za dziwaka. Niektórzy sąsiedzi też.

Odśwież mu się w głowie… szeptały emerytki na ławce. Najpierw żona, później syn… To nie dziwota.

A w ostatnim miesiącu życia przekonali się niemal wszyscy, że z Henrykiem rzeczywiście nie jest najlepiej. Nawet pani Maria, dotąd go broniąca, zaczęła wątpić.

Bo od pewnego czasu Henryk dużo mówił nie z sąsiadami, nie do siebie. Do kota.
Niby nic takiego, gdyby nie fakt, że nigdy tego kota nikt nie widział. Jak tu się nie zastanawiać…

Po rozmowie z mamą Julia rzuciła telefon na łóżko. Patrzyła długo w jeden punkt, potem się rozpłakała.

Tak bardzo chciała zobaczyć się z dziadkiem latem, ale ciągle coś wypadało. Już wiosną się wybierała, ale przesunęła wyjazd. Jedna delegacja, druga, zaraz potem trzecia…

Szef, szczerze mówiąc, przesadzał. Gdy tylko próbowała narzekać, uśmiechał się:

Ma pani, pani Julio, dobrą pensję, a nie podoba się nikogo nie trzymam. Chce się pani zwolnić, proszę bardzo, ale gdzie indziej dostanie pani takie pieniądze?

Trzeba przyznać, wynagrodzenie było świetne. Dlatego Julia znosiła te wszystkie wyjazdy.

W końcu, kiedyś się skończą wróci normalność.

Chociaż żal w środku zostawał. Bo nie chodzi przecież tylko o pieniądze, ale i o szacunek… Każdy pragnie odpocząć, mieć coś z życia…

*****

Na cmentarzu wszystko toczyło się swoim rytmem: po krótkiej ciszy i wbiciu ostatniego gwoździa w wieko, mężczyźni opuścili trumnę na dno grobu.

Każdy wrzucił jeszcze garść ziemi. Potem zasypali grób.

Świeże kwiaty, wieńce. Swieżo usypany kopiec. I co, to już wszystko? myślała Julia. Był dziadek, i już go nie ma…
Czekało jeszcze stypa wódka, jedzenie, wspomnienia o zmarłym.

Pewnie właśnie dzięki tym rozmowom Henryk będzie żył dalej już tylko w pamięci tych, którzy go znali.

Kiedy goście powoli się rozchodzili Julia została sama. Było jej strasznie przykro i samotnie.

Nie zdążyłam… Nie zdążyłam pożegnać się z dziadkiem, zanim odszedł… wzdychała ciężko.

Żeby zająć myśli, zaczęła ogarniać dom.

Wywietrzyła pokoje, umyła podłogi, wytarła kurz, zmiotła pajęczyny i poukładała jedzenie do lodówki.

Oddychało się trochę lżej.

Dziadkowy dom, choć zwykły, miał w sobie wiejski, spokojny urok.

Wyjrzała przez okno już wieczór. Wyszła na ganek, wciągnęła świeże, pachnące powietrze.

Potem obeszła ogród. Ogród jak każdy inny nic niezwykłego.

Grządki równo przygotowane, choć jeszcze puste. Może dziadek czuł, że już nic nie zdąży posadzić? W sadzie kwitły jabłonie, krzewy porzeczki i maliny. Dziadek nie lubił, gdy ziemia leżała odłogiem.

Ciekawe, kto teraz będzie tu dbał o wszystko… Julia westchnęła.

Usiadła pod jabłonią i zadzwoniła do mamy, opowiedzieć jej o pogrzebie.

Dobrze zrobiłaś, Julciu. Jaki by nie był, to jednak człowiek.

Ale on był normalny, mamo, tylko tyle smutku w swoim życiu przeszedł. Nie miej już do niego żalu. Kochał mojego tatę nad życie, może stąd te wszystkie ostre słowa…

Daj spokój, Julka… wyszeptała Danuta. Nie mam już do niego żalu. Niech spoczywa w pokoju. Ty lepiej powiedz kiedy wracasz? Jutro, a może już dzisiaj? Sama w takim domu nie boisz się?

Nie, nie dziś, nie jutro. Wzięłam kilka wolnych dni, chcę jeszcze zostać. Odpocznę od miejskiego zgiełku. Poza tym do dziewiątego dnia od pogrzebu, trzeba tu być. Może ty przyjedziesz?

Julka, gdzie ja będę jechać? Jeszcze sezon na działce się zaczął.

No cóż, nie musisz. Ale przypominam ci tu jest też grób taty. Nie byłaś od pogrzebu ani razu.

Ja mówiłam dziadkowi, żeby Andrzeja pochować w mieście, ale mnie nie słuchał. Ojej, mój serial już leci, kończę! Dzwoń, jak coś się stanie.

Julia się uśmiechnęła. Jej mama jak zwykle kiedy brak jej słów, nagle wynajduje pilne sprawy.

Wróciła do domu, zaparzyła herbatę z liści porzeczki, mięty i melisy, które znalazła w spiżarce, wypiła i położyła się spać.

Przed snem sięgnęła po list od dziadka. Już go czytała, w dniu powrotu, ale nadal budził dziwne uczucia.

Bo tym razem dziadek pisał głównie o swoim kocie…

Jakim kocie, Julia nie wiedziała. Dziadek nigdy nie lubił zwierząt.

Więc jeszcze raz przeczytała list. I znów niewiele rozumiała…

Kim był ów Cień? I skąd się wziął?

Wyobraź sobie, wnuczko, Cień uwielbia mleko. Mówią, że dorosłym kotom nie wolno, a on wyliże pół słoika! Będzie trzeba znów poprosić sąsiadkę o mleko. Ciekawa będzie, bo zwykle litrowy starczał mi na tydzień, a teraz poszło w dwa dni… Cień ciągle się jeszcze chowa. Prawie go nie widziałem. Coś ciemnego przemknie do szopy i już. Dniem i nocą go szukam nie widzę. Ale jego spojrzenie czuję na plecach. Takie kocie. Tęsknię za tobą, wnuczko. Może tobie uda się go wytropić. A może razem go złapiemy. Ludzie chyba go skrzywdzili, bo bardzo się boi.

To była tylko część listu o tym puszystym przyjacielu, którego Julia nie widziała, chociaż spędziła kilka dni w tym domu.

Na próżno żadnego kota nie napotkała, ani w domu, ani na podwórku.

Choć tego kociego spojrzenia, o którym pisał dziadek, faktycznie dziś doświadczyła. Kilka razy oglądała się przez ramię, ale nikogo nie dostrzegła.

Muszę jutro zapytać panią Marię, co to za Cień…

*****

Obudziła się o świcie.

Za firankami nieśmiało wpadały pierwsze promienie, na podwórku świergotały wróble, w innych zagrodach darły się koguty. Poranek jak poranek na wsi.

Julia wstała, otworzyła na oścież okno, zamknęła oczy i wsłuchała się w te dla niej nietypowe dźwięki.

Przypomniała sobie dzieciństwo, kiedy z dziadkiem robiła budki dla ptaków. Przypomniała sobie również, że chciała zajść do sąsiadki i zapytać o kota…

Jaki jeszcze kot? zdziwiła się Maria.

Sama nie wiem… westchnęła Julia. Cień jakiś. Kiedy pisał list w kwietniu, o nim nie wspominał. Ale w ostatnim tylko o Cieniu.

Aaa… pani Maria klepnęła się w czoło. Coś mi świta. Z miesiąc temu Henryk faktycznie mówił do kota. Przechodziłam wtedy obok. Namawiał go, żeby się pokazał. Zajrzałam przez płot a tam nikogo. Następnego dnia to samo. A potem codziennie gadał ze swoim niewidzialnym przyjacielem. Historia taka, że nie widziała tego kota jeszcze żadna dusza. Ani w środku, ani na podwórku. Bywałam u niego trochę mleka, trochę ciasta, czasem poplotkować. Pytałam, on żartował, że jak złapie, to pokaże. Moim zdaniem, starość mu zaszkodziła. Przecież gdyby był kot, ktoś by go zobaczył, nie?

Pewnie tak… zamyśliła się Julia. Ale coś jednak czuję, że dziadek nie zwariował. Może rzeczywiście kot się chował. Koty wam nie ginęły ostatnio?

No własnie nie. A czarnych kotów tu nikt nie ma.

Po tej rozmowie Julia wróciła do swoich obowiązków.

Sprzątając, wciąż rozmyślała o kocie, o którym tyle pisał dziadek, a którego nikt nie widział.

Rzeczywiście dziwna sprawa myślała. Jeżeli był, to gdzie się podział?

Tymczasem za krzakiem, siedząc w swoim ukryciu, obserwował ją czarny kot.

Już dawno zwrócił uwagę na tę dziewczynę. Spośród wszystkich ludzi, którzy od paru dni kręcili się po podwórku, właśnie do niej najbardziej go ciągnęło. Było w niej coś znajomego…

Może dlatego, że przypominała mu Henryka, który ostatni miesiąc poił go mlekiem, karmił kiełbasą, kotletami, czym popadnie.

Starał się nie wychodzić na oczy, ale śledził każdy jej ruch.

Bał się ludzi ile razy go przepędzano! Jeszcze mały, był kopany, potem rzucano w niego patykami, kamieniami…

Nie znalazł miejsca dla siebie, ciągle się przenosił między wsiami w poszukiwaniu domu.

U Henryka znalazł spokój. Oczy dziadka były dobre, głos miał miły… Cień mógł słuchać jego opowieści bez końca. Słuchał, przyglądał się zza rogu. Było mu szkoda tego człowieka.

Ale lęk ciągle zwyciężał nad ciekawością nie odważył się pokazać.

A kiedy dziadek umarł, od razu poczuł w powietrzu śmierć. Pobiegł do drzwi zamknięte. Krążył wokół okien, szukał przejścia, nie znalazł. Całą noc czuwał pod gankiem, cicho miaucząc z żalu…

Cień obserwował więc teraz Julię i wyczuwał instynktownie, że jest dobra. Tak samo jak Henryk.

Ale wciąż jeszcze nie zdobył się na to, by podejść bliżej.

Mimo wszystko doświadczenie uczyło, że pozory mogą mylić.

Jednak pewnego dnia, na stypie dziewiątego dnia po śmierci stało się coś niezwykłego. Julia tak długo rozglądała się za kocim cieniem, że w końcu go wypatrzyła.

No, to ty jesteś, Cień! ucieszyła się. Czyli dziadek mówił prawdę. Chodź, pokaż się, czas się poznać.

Ledwie ruszyła w stronę kota, ten zniknął w mgnieniu oka.

Tchórz malowany! powiedziała z uśmiechem, zaglądając w krzaki. Jutro już muszę wracać do miasta, a ty dalej się kryjesz. Nie bój się, nie gryzę i bardzo chciałabym zostać twoją przyjaciółką.

Przypadkiem te słowa usłyszała pani Maria, niosąc Julii drożdżówki na podróż. Usłyszała, że rozmawia z nikim, stanęła na palcach przy płocie, zerknęła i zobaczyła Julię ale kota po prostu nie dostrzegła.

Co się dzieje… przestraszyła się Maria i pośpieszyła do siebie, zapominając o drożdżówkach. Najpierw dziadek, teraz wnuczka… Czy choroby umysłowe są zaraźliwe?

Po południu niebo zrobiło się bure, granatowe chmury zakryły słońce. W powietrzu zawiązał się jakiś niepokój, a ciszę przerywało tylko gdakanie kur i dudniący z daleka grzmot.

Coś się święci skrzywiła się Julia, patrząc w niebo. Zaraz lunie.

I rzeczywiście: nadciągała potężna burza. Ledwie to pomyślała, a już pierwsze krople uderzyły jej w głowę.

Kilka razy zawołała kota, by wpuścić go do domu, ale nie pokazał się…

Tymczasem Cień siedział w ukryciu, tuląc się do ziemi i z niepokojem nasłuchiwał grzmotów. Bał się…

Bał się burzy jeszcze bardziej niż ludzi.

*****

Deszcz dudnił o dach, czasem cichł, potem znów przybierał na sile. Za oknem panowały egipskie ciemności. Julia przewracała się w łóżku, nie mogąc zasnąć.

Aż nagle trach!

Zerwała się i spojrzała w okno. Nigdy wcześniej nie słyszała takich grzmotów.

Po niebie szalały błyskawice, rozświetlając na sekundę pokój biało-żółtym światłem.

Z wiatru szarpały się firanki w otwartych oknach. Już miała wstać, żeby zamknąć okno, gdy kolejna jasna błyskawica oświetliła dwa żółte ślepia w okienku.

O rany! krzyknęła Julia, cofnęła się na łóżku.

Sekundę później w pokoju znalazło się coś czarnego i mokrego, mignęło przy nogach i schowało się pod łóżkiem.

To musi być Cień! zorientowała się.

Faktycznie gdy zajrzała pod łóżko, siedział tam czarny kot i cały się trząsł.

Z wielkim trudem udało się go zwabić na ręce.

Wytarła go ręcznikiem, posadziła przy sobie na łóżku, a burza szalała za oknem. Julia i kot grzali się wzajemnie swoim ciepłem.

Błyski i grzmoty nie były już takie straszne.

*****

Julia obudziła się rano, bo kot uparcie próbował wyjść przez okno. Oczywiste Cień.

Słońce wpadało przez firanki, burza minęła.

Dokąd to, kolego? uśmiechnęła się Julia do czarnego kota na parapecie.

Kot zamarł, potem spojrzał na nią jakby przepraszając za wczorajszą słabość.

Miaaau zamiauczał, drapiąc łapką szybę. Prosił, by go wypuścić.

Nie ma tak lekko, Cieniu. Najpierw śniadanie. A potem… Potem to już twoja decyzja: zostać tu albo pojechać ze mną do miasta. Wydaje mi się, że dziadek chciałby, żebym cię zabrała. Ja też tego chcę, ale ty decydujesz.

Nakarmiła kota, po czym otworzyła drzwi na ogród i zaczęła się pakować.

Gdy wyszła z domu z torbą, Cień już czekał na ganku. Podszedł, otarł się o jej nogi, spojrzał z ufnością w oczy. Zdecydował jedzie z nią. Po pierwsze, ona naprawdę nie gryzie, a po drugie z nią czuje się pewnie. To dzięki niej odważył się na zaufanie ludziom i pokonał swoją burzową obawę…

No i po prostu już mu się nie chciało uciekać, chciał być zwykłym, domowym kotem.

No widzisz, jesteś odważny uśmiechnęła się Julia. Wierzyłam, że tak wybierzesz.

Gdy Maria zobaczyła ją z kotem na rękach (przyszła oddać klucze od domu), bardzo się zdziwiła.

Kto to? Ten kot?

Ten sam potwierdziła Julia. Niepotrzebnie na dziadka plotkowano, wszystko w porządku z jego głową. Po prostu, kot był nieśmiały. Bał się ludzi, ale burzy jeszcze bardziej. Teraz już wszystko dobrze.

Rzeczywiście… A myślałam, że coś z nim nie tak… Pilnuję domu, przyjedziesz jeszcze?

Oczywiście. Ja i Cień jeszcze nie raz zawitamy, choć nie wiem, jak często, ale przyjedziemy.

To dobrze. Weź, tu masz paczkę z drożdżówkami na drogę.

Dziękuję, pani Mario. Za wszystko.

Kiedy Julia siedziała już w autobusie, spojrzała na niebo i na sekundę zobaczyła w jednym z obłoków twarz dziadka.

Nawet kot na jej kolanach, wychylony do okna, patrzył w to samo miejsce.

Ta twarz patrzyła na nich łagodnie, z uśmiechem jakby mrugała okiem.

A potem autobus ruszył i chmura zniknęła z widoku. I nawet jeśli im się to tylko przywidziało to już nie miało znaczenia.

Najważniejsze, że wiedzieli, iż dziadek nie odszedł zupełnie. Żyje w nich dalej, w ich wspomnieniach i sercach. I pewnie z góry cieszy się, że Julia i jego tajemniczy, puszysty przyjaciel odnaleźli się nawzajem.

Oceń artykuł
TwojaCena
Dziadka już z nami nie ma