Mileno, minęło już pięć lat, odkąd cię nie ma. Przestało ci zależeć, jak żyję, co mnie spotyka…
Milena i Krzysztof żyli razem ponad pięć lat, we wspólnym mieszkaniu w Poznaniu. Krzysztof nie zarabiał dużych pieniędzy, był przecież tylko magazynierem, z pensją zaledwie wystarczającą na opłacenie rachunków i skromne życie. Milena zawsze śniła o życiu w dostatku, najlepiej w luksusie, dlatego przy każdej okazji cieszyła się, gdy w jej otoczeniu pojawiali się bardziej zamożni mężczyźni niż jej mąż.
Któregoś wieczoru Milena miała więcej szczęścia niż rozumu. Na jednym z przyjęć zauważył ją zamożny przedsiębiorca z Warszawy obiecywał jej złote góry, drogie podróże po Europie i zakupy w paryskich butikach. Uwierzyła w jego słodkie słowa i porzuciła Krzysztofa, by rozpocząć nowe, rzekomo lepsze życie.
Dla Krzysztofa był to cios w samo serce. Klękał przed żoną, płacząc i błagając ją, by nie odchodziła. Przyrzekał, że się zmieni, będzie pracował ciężej, znajdzie lepszą pracę, choćby miał harować od rana do nocy byle tylko została przy nim.
Milena nie dała się jednak przekonać. W jej głowie był już obraz białego jachtu na Mazurach i sukienek od najlepszych projektantów. Żadne zapewnienia o miłości Krzysztofa nie były w stanie jej powstrzymać.
Minęło pięć długich lat. Milena miała trzydzieści dwa lata, gdy bogaty biznesmen znudził się nią. Wokół niego kręciły się młodsze, pewne siebie kobiety. Oskarżył ją, że jest roszczeniowa, ciągle z nim dyskutuje, i kazał jej się wynosić.
Nagle znalazła się sama, w Warszawie, bez środków do życia. Nie była przyzwyczajona do pracy, nigdy wcześniej nie pracowała nawet jednego dnia. Wtedy przypomniała sobie o Krzysztofie. Pomyślała, że skoro przysięgał jej wieczną miłość i oddanie, to pewnie czeka na jej powrót.
Z duszą na ramieniu stanęła pod dobrze znanymi drzwiami, w których tyle lat mieszkała. Akurat, gdy miała zapukać, usłyszała odgłos klucza, a chwilę potem drzwi otworzyła nieznajoma kobieta, tuląca do siebie paruletnią dziewczynkę.
Martynko, mówiłam przecież, żebyś nigdy nie otwierała sama drzwi upomniała ciepło dziecko, po czym zwróciła się do Mileny: Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
Milena z trudem wydusiła:
Przepraszam… Czy Krzysztof jest w domu?
Krzysiu! zawołała kobieta do środka. Jakaś pani do ciebie. Możesz się przedstawić?
Drzwi do przedpokoju przeciął znajomy cień.
Milena? powiedział z niedowierzaniem Krzysztof, stając naprzeciw niej. Olu, weź Martynkę, muszę zamienić słowo z gościem.
Gdy drzwi do pokoju się zamknęły, Milena spojrzała pytająco: Kim była ta kobieta i ta dziewczynka?
To moja żona, Ola. Martynka to nasza córeczka odpowiedział spokojnie Krzysztof.
Milena poczuła, jak świat usuwa się jej spod nóg.
Ożeniłeś się? Masz dziecko? Przecież przysięgałeś mi miłość do końca życia…
Minęło tyle lat. Byłem załamany, kiedy odeszłaś. Myślałem, że nigdy się po tym nie podniosę, ale życie musi toczyć się dalej. Poznałem Olę, zakochałem się na nowo, mam rodzinę, której pragnąłem… Dała mi szczęście, którego nigdy nie zaznałem przy tobie.
A co ze mną?
Mileno, zniknęłaś na całe pięć lat. Ani jednego telefonu, listu. Liczyły się tylko pieniądze i twój komfort. Nigdy nie byliśmy bogaci, ale to nie tłumaczy tego, co wtedy zrobiłaś. Czego teraz oczekujesz? Że miałem siedzieć przy oknie i czekać, aż zechcesz wrócić?
Milena spuściła głowę, szepcąc żałośnie: Byłam głupia… Kocham cię, Krzysiu…
Mileno, teatrzyk już się skończył. Lepiej idź. Nie chcę znów widzieć cię w swoim życiu. Odszedł od ciebie ten bogacz i nagle sobie o mnie przypomniałaś? Proszę cię, oszczędź nam wszystkim kłopotów, wróć tam, skąd przyszłaś.
I zanim zdołała cokolwiek odpowiedzieć, łzy popłynęły jej po policzkach. Milena wybiegła z klatki schodowej, a Krzysztof stał jeszcze chwilę, słuchając jej cichego płaczu zza zamkniętych drzwi. W końcu poczuł ulgę nie bolało już, a jego nowa rodzina czekała na niego po drugiej stronie korytarza.




