– Zostaniemy u ciebie na jakiś czas, bo nie stać nas na własne mieszkanie! – usłyszałam od dawnej pr…

Pozwolimy sobie zostać u ciebie przez kilka dni, bo nie mamy nawet grosza na własne mieszkanie! powiedziała mi moja znajoma.

Mam sześćdziesiąt pięć lat, ale wciąż jestem kobietą pełną energii, ciągle w ruchu, przemierzającą ulice Poznania niczym cień obcego kota we śnie. Spotykam tylu niecodziennych ludzi: studentów, aktorów, nieznajomych z przystanku tramwajowego, poetki pod Halą Targową. Wracam myślami do młodości z dziwnym uśmiechem, w którym miesza się niedowierzanie i żal wszystko wtedy było prostsze, jakby kwota biletu kolejowego do Helu albo Łeby nie miała znaczenia. Można było z grupką przyjaciół nocować pod namiotem nad jeziorem Ukiel, zbierać poranne mgły nad Wisłą albo zagubić się gdzieś na szlaku w Karkonoszach. Wszystkie kieszenie były wtedy pełne grosików, wystarczających na kanapkę, ciepłe kakao i wesołe wspomnienie.

Ale to już zamglony rozdział, znikający pod ciężarem teraźniejszości.

Lubiłam ludzi, ich śmiech, historie, dziwne opowieści przy ognisku. Spotykałam ich na piasku plaży w Gdańsku, pod dachem opery czy w ciasnych kawiarenkach na Jeżycach. Część tych znajomości trwała latami, nawet jeśli widywaliśmy się tylko we śnie.

Pewnej nocy na wiejskiej stacji kolejowej poznałam kobietę imieniem Marlena. Przypadkiem wylądowałyśmy w jednym pokoju w pensjonacie pod Szczawnicą. Pożegnałyśmy się niczym siostry, obiecując sobie listy na święta. Czas płynął leniwie, pełen cichych rozmów. Aż pewnego wieczora pod drzwiami mojego mieszkania wtoczył się telegram, bez podpisu, jakby napisało go powietrze: O trzeciej nad ranem przyjeżdża pociąg. Bądź na dworcu!.

Nie wiedziałam, kto śnił ten sen i dlaczego do mnie wysłał wiadomość. Z mężem, Stanisławem, polegując na wersalce, zdecydowaliśmy, że nigdzie nie idziemy w środku nocy. Ale godzina minęła, zegar uderzył czwartą, zadźwięczał dzwonek. Otworzyłam drzwi, a za nimi Marlena dwie nastoletnie dziewczyny, stara babka i postawny mężczyzna. Na klatce stała wieża walizek, foliowych toreb i rower z przyczepką. Zaniemówiłam ze zdumienia, Stanisław też. Ale goście weszli do środka, jakby rzeczywistość to był tylko cienki papier.

Marlena zapytała:
Dlaczego nie czekałaś? Przecież wysłałam telegram! Taksówka była droższa niż paczka papierosów z kiosku!
Nic nie wiedziałam, nie mogłam odczytać wiadomości odpowiedziałam.
No ale miałam twój adres, jestem tu.
Myślałam, że listy nam wystarczą… odpowiedziałam niepewnie.

Marlena wyjaśniła, że jedna z dziewcząt, Łucja, właśnie skończyła liceum na Sołaczu i idzie na studia. Cała rodzina przyjechała, by jej przyklasnąć i poprzeć.

Będziemy mieszkać u ciebie! Taniej w Poznaniu chyba się nie da, a ty blisko centrum masz mieszkanie, wynajem nierealny! powiedziała z dumą.

Poczułam się jak śliwka wrzucona w barszcz. Przecież nie byłyśmy rodziną. Kto gotuje barszcz dla obcych? Gotowałam obiady, kolacje, śniadania w nierzeczywistym tempie. Oni przynosili pomidory i chleb żytni, ale kuchnia rozbrzmiewała moim garnkiem i moimi talerzami. Ich palce dotykały moich rzeczy.

Trzeciego dnia miałam dość tej rodzinnej groteski, poprosiłam Marlenę, jej dzieci, babkę i wujka, żeby odeszli w głąb miasta, gdzie tramwaje śnią o morzu. Wtedy zaczęła się dziwna awantura dźwięki tłuczonych talerzy przetaczały się przez kuchnię, Marlena wrzeszczała, babka rzucała warzywami, dziewczynki płakały. Potem wyszli jak aktorzy z absurdalnej sztuki.

Zwinęli przy okazji mój szlafrok, dwa ręczniki i, jakimś snem niewiarygodnym, ogromny garnek pełen kapusty z grzybami. Nie wiem, jak im się to udało garnek znikł, zapadł się pod ziemię, został może tylko odbiciem na stole.

Tak się skończyła nasza przyjaźń. I choć czasem śnię o tamtym czajniku i kapuście, budzę się z ulgą, że już nie muszę karmić cudzych snów niewyjaśnioną gościnnością. Teraz do ludzi podchodzę bardzo ostrożnie, jak do porannej mgły nad Wartą.

Oceń artykuł
TwojaCena
– Zostaniemy u ciebie na jakiś czas, bo nie stać nas na własne mieszkanie! – usłyszałam od dawnej pr…