Dziennik Marzeny, 14 marca, Warszawa
Od rana w domu napięcie wisiało w powietrzu jak gęsta mgła nad Wisłą. Znów ta kryształowa miska. Patrzyłam, jak Krzysztof bez przekonania przestawia ją z jednego końca stołu na drugi, chociaż jasno powiedziałam, że powinna zniknąć w szafce nie pasuje do mojego porcelanowego serwisu. Poprawiłam nerwowo fartuch i wyprostowałam plecy.
Gdzie zamierzasz postawić tę misę, Krzysiek? Prosiłam cię, żeby ją schować. Kompletnie tu nie pasuje.
Krzysztof spojrzał na mnie nieco zakłopotany, z tym swoim uśmiechem, który zwykle rozbraja, a dziś budzi tylko złość.
Marzenko, czy to takie ważne…? próbował się tłumaczyć. Elżbieta zawsze lubiła tę misę. Mówiła, że sałatka w niej wygląda świątecznie. A skoro dziś cała rodzina razem, dla chłopaków, może warto zadbać, żeby wszyscy czuli się dobrze?
Zatrzymałam się z nożem w ręku, w połowie krojenia ogórka. Wydychałam powietrze powoli, licząc w myślach do trzech.
Krzysztof, powiedziałam z zimną determinacją przypomnę ci tylko jedno. Goście dziś przyjdą do mojego domu. Ja, twoja żona, od dwóch dni szykuję wszystko: zamarynowałam karkówkę, upiekłam biszkopty, wyszorowałam podłogi. I teraz słyszę, że powinnam ustawić jakąś kiczowatą miskę, bo lubiła ją twoja była żona? Naprawdę uważasz, że to rozsądne?
Krzysiek westchnął ciężko i opadł na krzesło, jakby cały świat opadł mu na ramiona.
Marzeno, nie zaczynaj, proszę cię. Przecież się umawialiśmy. Chłopaki mają dziś okrągłe dwadzieścia lat. Chcieli mieć oboje rodziców przy sobie. Co miałem zrobić? Powiedzieć Elżbiecie, żeby nie przychodziła? Jest ich matką. To tylko jeden wieczór. Posiedzimy, zjemy tort, porozmawiamy. Chciałem, żeby było bez awantur. Jesteś mądrą kobietą.
Ta mądra kobieta wieczna rola, która budzi we mnie tylko złość. Najwygodniejsze określenie dla kogoś, kto ma przełknąć wszystko w imię spokoju i nie robić zamieszania.
Pięć lat razem. Przyjęłam Krzyśka z przeszłością alimenty, wieczne wizyty u synów-bliźniaków. Nigdy nie robiłam trudności. Michał i Tomek odwiedzali nas często, układało się dobrze. Z Elżbietą gorzej. Zawsze zachowywała się tak, jakby Krzysiek był jej własnością, a ja tylko tymczasową opiekunką.
Nie mam nic przeciwko chłopakom, Krzysztofie. Już zaakceptowałam to, że zaprosiłeś Elżbietę, choć normalni ludzie spotykają się na takie okazje w kawiarni, nie w mieszkaniu obecnej żony. Ale nie rozumiem, dlaczego mam ustawiać stół na jej sposób? Może powinnam ubrać się w sukienkę, którą lubi, albo uczesać się jak ona?
Przesadzasz, rzucił, wstając. Dobrze, wyniosę tę miskę. Nie obrażaj się. Chłopaki będą za godzinę, Elżbieta z nimi samochód ma w naprawie, więc przyjadą razem. Daj spokój, Marzenko, proszę, dla spokoju.
Pocałował mnie w policzek, powierzchownie, zanim poszedł się golić do łazienki. Zostałam sama wśród garnków, sałatek i piekącej się karkówki. Pachniało cudownie, a ja nie miałam apetytu czułam, jakby przygotowywała stypę dla własnego poczucia godności.
Godzinę później rozległ się hałas w przedpokoju śmiechy i tupot, zalały mieszkanie. Michał i Tomek, nasi wysocy bliźniacy, zdejmowali kurtki. Między nimi, jak królowa balu, stała Elżbieta w intensywnej czerwonej sukience, z przesadnie wymodelowaną fryzurą.
O, Marzenko, witaj rzuciła niedbale, nawet na mnie nie spojrzawszy. Szukała Krzysztofa. Krzysiu, chodź, pomóż mamie z torbą, mam tu domowe kiszonki!
Krzysiek przybiegł, rozpromieniony.
Hej, życzenia dla moich chłopaków! uściskał synów. Elu, po co te kiszonki? Stół się ugina.
Znam te twoje stoły przewróciła oczami i wreszcie spojrzała na mnie. Marzenko, ty pewnie znów wszystko dietetyczne, bez soli i tłuszczu? Chłopaki muszą jeść konkretnie! Mam ogórki, pomidory, grzybki i, uwaga, prawdziwy polski galaret na wieprzowych nóżkach, a nie ta galaretka z kurczaka, którą ostatnio podałaś.
Zakręciło mi się z frustracji w głowie, jak za każdym razem, gdy Elżbieta gości w tym mieszkaniu.
Witam, Elżbieto odparłam chłodno. Proszę, rozgośćcie się. Jedzenia wystarczy dla wszystkich. Galaret mam dziś wołowy, klarowny jak łza.
Zobaczymy rzuciła pogardliwie i ruszyła do salonu bez pytania. Och, a kanapę wymieniliście? Krzysiu, mówiłam ci rok temu, ten kolor nie pasuje! Starzeje pokój, no i te zasłony… jakoś ponuro. U nas zawsze był jasny tiul.
Krzysiek bez słowa wziął jej torby.
Lubię mruknął nieśmiało.
„Lubię” to dusza śpiewa, a tu jak w grobie oceniła, siadając na starej kanapie. Chłopaki, myć ręce! Marzenko, nakrywaj, bo mężczyźni głodni!
Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż paznokcie wbiły się w skórę. Spokój… Tylko dla Krzysztofa, tylko dla świętego spokoju chłopaków powtarzałam sobie.
Po cichu poszłam do kuchni. Krzysztof dołączył natychmiast.
Marzenko, nie przejmuj się szeptał, łapiąc talerze. Ona zawsze tak, nie ze złej woli. Po prostu lubi rządzić. Pomogę przy sałatkach.
Poradzę sobie ucięłam stanowczo.
Siedliśmy do stołu. Elżbieta ulokowała się po prawej stronie Krzysztofa, tak blisko, że ich łokcie niemal się stykały. Bliźniacy naprzeciw, ja dostałam miejsce przy wyjściu, jak kelnerka na dyżurze.
Za moje orły! wzniósł toast Krzysztof. Dwadzieścia lat, zleciało jak jeden dzień!
No nie mów, Krzysiu! przytaknęła Elżbieta, natychmiast włączając się do rozmowy. Pamiętasz, jak mnie wieziesz do szpitala? Lód na ulicy, auto nie chciało odpalić, latałeś wokół poloneza w samej koszuli, taki roztrzęsiony! A potem pod oknami krzyczałeś Kto? Kto?. Śmiechu był!
Śmiała się głośno, poklepując Krzyśka po ramieniu. Ten rozpromienił się, zapatrzył w przeszłość.
Ehh… Czasy były… młodzi, głupi.
Pamiętasz, jak Tomek pierwszy raz wpadł w kałużę w nowym garniturze? Na jubileusz twojej mamy. Wyciągałeś go z fontanny, cały zapłakany!
Fala wspomnień płynęła tylko ich dwoje i tamte czasy. A pamiętasz nasze wczasy w Międzyzdrojach?, A ścianę, którą razem tapetowaliśmy?, A jak złamałeś nogę, a ja cię karmiłam z łyżki?.
De facto byłam tylko widzem przy własnym stole. Chłopaki pochłonięci telefonami, Krzysztof rozmiękczony winem i nostalgią całkowicie zapomniał, że siedzi obok obecnej żony.
Marzenko, podaj chleb rzuciła Elżbieta, opowiadając, jak Krzysztof uczył ją jeździć autem. Krzyczał Hamuj!, a ja naciskałam gaz… Ledwo w płot nie weszliśmy! Krzysiu, posiwiałeś wtedy chyba o dekadę!
Było, było śmiał się Krzysztof. Zawsze byłaś moją rajdówką.
Byłaś MOJĄ. To zabrzmiało jak strzał. Spojrzałam na Krzyśka. Nie zorientował się, co powiedział patrzył na Elżbietę z czułością, taką, jak kiedyś…
Sałatka przesolona skomentowała nagle Elżbieta. Zakochałaś się, Marzenko? Przesala się z miłości! Ale ty w kim? W swoim własnym mężu? Żart! Krzysiu, spróbuj mojego galaretu, tu jest prawdziwy smak, nie żałowałam czosnku!
Położyła kawałek swojego galaretu prosto na talerz Krzyśka, na wierzch mojego żurku.
Elżbieta, zabierz rękę syknęłam cicho.
Słucham? zdziwiła się.
Powiedziałam: zostaw talerz mojego męża w spokoju i zabierz swój galaret. Jest dość jedzenia, które zrobiłam.
Zapanowała cisza, którą można było kroić nożem. Bliźniacy spojrzeli znad ekranów. Krzysztof wystraszony, zamrugał jak dziecko przyłapane na psocie.
Marzenko, spokojnie, włożyła i co z tego…
Skoro tak ci smakuje, co zrobiła Elżbieta, to może chcesz też umeblować dom według jej gustu? Urządzić wspólnie święta jak kiedyś, śmiać się z dawnych czasów? A ja tu jestem tylko od podawania talerzy?
Oj, parsknęła Elżbieta. Ale delikatna jesteś! Dobre chęci miałam…
Nie chcę twoich rad spojrzałam jej prosto w oczy. Nie potrzebuję ani twojego jedzenia, ani twojej obecności. Przemilczałam wszystko dla Krzysztofa i synów. Ale widzę, że świetnie się Wam gada beze mnie. Jest tu Wasza rodzinka, więc zostanę kuchenną.
Marzenko, uspokój się Krzysztof próbował złapać mnie za rękę, ale odsunęłam się. Przecież to tylko wspomnienia…
Tylko je kontynuujcie, ja nie będę przeszkadzać.
Wstałam, odsuwając krzesło tak gwałtownie, że aż zgrzytnęło. Wyszłam, słysząc za plecami szept Elżbiety:
Histeryczka… Mówiłam ci, Krzysiu, ona do ciebie nie pasuje. Za dużo sobie wyobraża.
W sypialni ręce trzęsły mi się z emocji, ale myślałam nagle zdecydowanie jasno. Spakowałam kosmetyczkę, bieliznę, piżamę, laptop. Przebrałam się w dżinsy i sweter. Zamówiłam Ubera, za siedem minut miał być pod domem.
Przed wyjściem spojrzałam w salon. Wciąż śmiech, wciąż rozmowy jakbym już nie istniała. Może sądzili, że wrócę, usadzona przez kurze łzy.
Wychodzę powiedziałam głośno.
Zapadła cisza. Krzysztof odwrócił się, trzymając kieliszek.
Co? Po zakupy?
Nie, Krzysztof. Jadę do hotelu. Też mam dziś święto wyzwolenia z chamstwa i braku szacunku. Świetnie bawicie się w „starym składzie”, więc świętujcie dalej. Jedzenie w lodówce, tort na balkonie, zmywarka w kuchni, tabletki pod zlewem. Elżbieta niech pokaże swój kunszt nie tylko przy galarecie, ale i przy myciu naczyń.
Zwariowałaś?! Krzyś wstał, przewracając kieliszek. Wódka rozlała się brzydką plamą. Hotel? Jest noc, goście siedzą!
To twoi goście, Krzysztof. Nie moi. Miłego wieczoru i wszystkiego najlepszego, chłopaki.
Trzasnęłam drzwiami, odcinając krzyki Krzysztofa i oburzone pokrzykiwanie Elżbiety.
W taksówce patrzyłam przez okno na nocną Warszawę. Zadzwoniłam do najlepszego spa-hotelu w mieście.
Dobry wieczór, czy jest wolny pokój? Najlepiej apartament. Wspaniale będę za dwadzieścia minut. Proszę o szampana i owoce w pokoju. I proszę zapisać mnie na masaż rano.
Hotel pachniał perfumami, pokoje były ciche, świeże białe pościele. Żadnej cebuli, żadnych wideł, żadnych obcych głosów.
Po kąpieli otuliłam się szlafrokiem, nalałam kieliszek schłodzonego Prosecco i stanęłam na balkonie. Cała Warszawa lśniła mi pod stopami.
Telefon dzwonił bez ustanku od Krzysztofa, ale wyciszyłam go. Piętnaście nieodebranych, trzy wiadomości.
Co ty robisz?
Wracaj natychmiast, wstyd przed ludźmi!
Marzenka, to nie żarty, Elżbieta w szoku.
Uśmiechnęłam się i wyłączyłam aparat. Pierwszy raz od lat poczułam się wolna. Nie musiałam się martwić, czy kolacja smakuje, czy telewizor nie przeszkadza gościom. Byłam sama i to było wspaniałe.
Rano obudziły mnie promienie słońca. Rozciągnęłam się leniwie, zamówiłam śniadanie do pokoju jajka po benedyktyńsku, rogaliki, cappuccino. Masaż, basen. Przedłużyłam pobyt o kolejny dzień. Nie miałam ochoty wracać.
Wieczorem włączyłam telefon. Wiadomości od Krzysztofa, ton zmieniony.
Marzenka, gdzie jesteś? Martwię się.
Chłopaki wyszli zaraz po tobie. Powiedzieli, że zrobiliśmy cyrk.
Elżbieta wyjechała wieczorem. Pokłóciłem się z nią.
Proszę, odezwij się.
Zadzwoniłam do Krzyśka.
Marzenka! Boże, żyjesz? Gdzie jesteś? głos drżał.
W hotelu, odpoczywam.
Przepraszam cię. Byłem głupi, zepsułem wszystko.
Mów, jak minął wasz rodzinny wieczór.
Okropnie. Po twoim wyjściu Tomek wstał i powiedział: Jesteście dorośli, a zachowujecie się jak dzieci. Mama awanturnica, tata słabeusz. Marzenka jest ok, a wy ją wypędziliście. I poszli z Michałem, nie zjedli nawet tortu.
Uśmiechnęłam się w duchu. Synowie zachowali się dojrzalej niż rodzice.
A dalej?
Elżbieta zaczęła wrzeszczeć, pytać, czy nastawiłaś ich przeciw niej. Kazała mi sprzątać, skoro już jestem taki gospodarz. Odparłem, że skoro tak się czuje, niech pomoże. Wybuchła, rozbiła talerz ten od twojej mamy.
Rozbiła talerz? zapytałam lodowato.
Tak… przez przypadek, machnęła ręką. Nie wytrzymałem. Powiedziałem jej, żeby wzywała taxi i się zbierała. Pokłóciliśmy się okropnie. Wypomniała mi wszystko: pensję, moją mamę, trudne życie z mną. I wyszła.
Milczał, ciężko oddychając.
Siedzę tu sam, z górą brudnych naczyń. Nie sprzątam, nie mam siły. Marzenko, wróć! Zrozumiałem, jaki jestem kretyn. Błagam, koniec z byłymi u nas w domu. Przysięgam.
Nie sprzątałeś? spytałam.
Nie. Wszystko stoi.
Dobrze. Masz czas do jutra rano. Ma być lśniąco. Po Elżbiecie ani zapachu, ani śladu. Wyrzuć wszystkie jej przetwory i galaret. Jak przyjadę i poczuję jej perfumy rozwód gotowy. Rozumiesz?
Rozumiem, Marzenko. Zrobię wszystko. Wracaj. Kocham cię. Przepraszam. Chciałem dobrze…
Dobrze wychodzi ci tylko wtedy, kiedy nie starasz się zadowolić wszystkich innych. Przyjadę jutro na obiad. I, Krzysztofie… Jeśli jeszcze raz pozwolisz komuś krytykować mnie w moim domu nie pójdę do hotelu. Odejdę na zawsze.
Rozłączyłam się. Hotel rozświetliły wieczorne światła. Dopijałam zimną kawę, z żalem, ale i ulgą. Krzysztof to zagubiony, wiecznie dobry, słaby facet, któremu nie potrafiłam pomóc. Ale jeszcze bardziej żałowałam siebie tej, która godziła się na to latami.
Już nie będę. Ucieczka do hotelu przewróciła coś we mnie. Poczucie, że mam prawo być główną bohaterką własnego życia.
Gdy wróciłam następnego dnia, przewiało cytryną i czystym płynem. Okna otwarte na oścież. Krzysztof, oczy czerwone, ręce mokre od ścierania.
Wszystko sprzątnięte zameldował, spuszczając wzrok. Nawet zasłony wyprałem pachniały lakierem Elżbiety…
Poszłam do kuchni. Idealnie czysto. Żadnych słoików. Kryształowa misa zniknęła.
Gdzie miska? zapytałam.
Wyrzuciłem. Razem z galaretem. Nie chcę jej więcej.
Podeszłam do niego, spojrzałam w zmęczoną twarz.
Dobrze. Nastaw czajnik. Zjemy mój tort. Jeśli go nie wyrzuciłeś ze złości?
Krzysztof z ulgą wyciągnął ręce, przytulił się do mnie, wciskając nos w moje ramię.
Tort zostawiłem. Jest pyszny. Zjadłem kawałek w nocy, z rozpaczy. Jesteś najlepsza. Przepraszam cię.
Przebaczam. Ale to był ostatni raz, Krzysztof. Ostatni.
Siedzieliśmy przy herbacie. Patrzyłam na Krzyśka i już wiedziałam: czasem, żeby ocalić małżeństwo, trzeba po prostu… zniknąć na kilka dni. Bo puste miejsce przy stole potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów.




